Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 12.01.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/front/zycie-w-okupowanym-chersoniu/
URL: https://postpravda.info/pravda/front/zycie-w-okupowanym-chersoniu/
– Kiedy rozpoczęła się pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę, najbardziej bałem się nie ostrzałów, lecz samej okupacji. Czasami na długo znikał prąd, a wraz z nim łączność ze światem zewnętrznym – nie wiesz, co dzieje się w danej chwili na froncie w twojej okolicy. Po wyzwoleniu Iziumu i Chersonia zrozumiałem, że rzeczywistość okazała się znacznie straszniejsza niż moje najczarniejsze wyobrażenia. W rozmowie jedna z mieszkanek Chersonia powiedziała mi, że rosyjska okupacja to stan absolutnego bezprawia – straszniejsza może być tylko śmierć – opowiada Witalij, który wojnę zastał w Chersoniu na osiedlu Korabel, na Wyspie Kwarantynowe, w rozmowie z Nikolajem Karpickim.
– Rosyjska okupacja to nie jest po prostu zmiana władzy. To zamiana człowieka w rzecz, z którą można zrobić wszystko. Przed okupacją nie da się ukryć ani po prostu „przeczekać” jej w domu. Okupanci przyjdą do twojego domu i będą decydować, czy masz żyć, czy nie – a ta decyzja może zależeć od nastroju pijanych żołnierzy. Poza tym okupanci celowo polują na tych, którzy w wolnej Ukrainie otwarcie wyrażali swoje poglądy lub demonstrowali ukraińską tożsamość – mówi rozmówca PostPravda.Info.
– Rosyjska okupacja to nie jest po prostu zmiana władzy. To zamiana człowieka w rzecz, z którą można zrobić wszystko. Przed okupacją nie da się ukryć ani po prostu „przeczekać” jej w domu. Okupanci przyjdą do twojego domu i będą decydować, czy masz żyć, czy nie – a ta decyzja może zależeć od nastroju pijanych żołnierzy. Poza tym okupanci celowo polują na tych, którzy w wolnej Ukrainie otwarcie wyrażali swoje poglądy lub demonstrowali ukraińską tożsamość – mówi rozmówca PostPravda.Info.
Bezprawie
Witalij z Chersonia (Vital Ustas) opowiada o codziennym życiu w okupowanym mieście.
– W pierwszych dniach okupacji byliśmy w szoku. Dwa–trzy dni – i oni już są: flagi, sprzęt wojskowy jeździ po mieście. Myśleliśmy, że będzie jakaś obrona… Jak to możliwe, że pierwszego dnia znaleźli się w Kachowce?!
– To było jeszcze na samym początku. Do matki z synem, którzy po prostu szli ulicą, podjeżdża transporter opancerzony, żołnierz celuje w nich z karabinu maszynowego i milczy. Ona sama mi potem to opowiedziała. Ulica pusta. Matka stoi i nie wie, co robić: iść czy nie iść. Stoją, drżą. W końcu syn mówi: „No chodźmy, mamo”. „Chodźmy”.
Prawo do życia jest jak powietrze: dopóki je masz, nie zauważasz go.
– Bez dokumentów jesteś kawałkiem mięsa – mówi Witalij. – Gangsterskie lata dziewięćdziesiąte w porównaniu z tym, to bajki dla dzieci.
Podobnie jak Witalij, ja także pamiętam bezprawie i przestępczość początku lat 90., ale nawet wtedy wiedziałem, że jestem traktowany jak człowiek niezależnie od tego, czy miałem przy sobie paszport, czy zostawiłem go w domu. Pod okupacją jednak nawet posiadanie dokumentów niczego nie gwarantuje – nawet jeśli wszystko jest z nimi w porządku.
– Wychodzisz z domu i nie wiesz, czy wrócisz – opowiada Witalij. – Nie wiesz, gdzie znajdziesz się wieczorem: w piwnicy torturowany, a może zostaniesz rozstrzelany na posterunku kontrolnym.
Jako przykład Witalij przywołuje historię mieszkańców wsi, którzy regularnie przywozili do miasta mleko i dlatego byli już dobrze znani na posterunku kontrolnym.
– Dlaczego za każdym razem nas przeszukujecie? Kogo szukacie? – pytają rosyjskich żołnierzy.
– Szukamy nazistów.
– I ilu już tutaj złapaliście?
– My z nimi nie rozmawiamy. Jeśli coś zauważymy – strzelamy na miejscu. Dowódca batalionu powiedział: „Zobaczycie coś podejrzanego – żeby nie było żadnego oporu, możecie walić od razu”.
O tym, by kogoś rozstrzelano bezpośrednio na posterunku kontrolnym w samym mieście Witalij nie słyszał, natomiast na przedmieściach się zdarzało. W mieście na punktach kontrolnych częściej stała Rosgwardia – tam jeszcze mogli „zastanowić się”, zanim strzelili, za to przy najmniejszym podejrzeniu zatrzymywali ludzi i wysyłali ich „do piwnicy”.
Na posterunku kontrolnym
– Mieszkałem na osiedlu Korabel – kontynuuje Witalij. – To wyspiarska część Chersonia. Jest tam stocznia, skąd ostrzeliwano Mikołajów. Naszą dzielnicę oddzielono od reszty Chersonia posterunkiem kontrolnym. Z wyspy do miasta i z powrotem trzeba było jeździć tylko przez niego. Korki były straszne.
– Gdy przekraczasz posterunek, wszyscy są napięci jak struny. Przejechaliśmy – westchnienie ulgi. W mieście posterunki stały głównie na wyjazdach: drogi były całkowicie zablokowane. Ale wewnątrz miasta od czasu do czasu pojawiały się mobilne posterunki. Nagle zamykali ulicę na dwie–trzy godziny, wystawiali karabin maszynowy i zaczynali sprawdzać wszystkie samochody: dokumenty, bagaż.
– Telefony trzeba było „czyścić”: sprawdzali je na posterunkach. Przeglądali wszystko po kolei, trwało to długo – marszrutki stały i czekały. Czasem pojawiali się funkcjonariusze FSB: za pomocą specjalnej aparatury sprawdzali aktywność telefonu z ostatniego półrocza. Jeśli znaleźli coś podejrzanego – zabierali człowieka. Niektórzy potem znikali bez śladu. Na przykład w Biełozierskiem zabrali w ten sposób mężczyznę, a później wyrzucili go martwego, ze śladami tortur, pod jego domem.
– Przekraczamy posterunek między naszą dzielnicą a resztą Chersonia – i od razu: „Wszyscy mężczyźni wysiadać! Dokumenty! Rozebrać się do pasa!”. Sprawdzali tatuaże. Tatuaże więzienne znali, a jeśli znajdowali ukraińską symbolikę albo coś podobnego do run – zabierali od razu. A dalej – tortury. Dlatego ci, którzy mieli tatuaże, starali się w ogóle nie wychodzić z domu.
Jeszcze jeden przypadek Witalij przytacza z relacji matki dwóch synów. Starszy miał 22 lata, młodszy, z zespołem Downa – 18. Starszy wiózł młodszego do szpitala. Na posterunku wojskowi sprawdzili telefon i zobaczyli korespondencję w języku ukraińskim: znajomi z Kijowa pisali do niego na Telegramie.
„Język ukraiński?! Ty sukinsynu!” – krzyczą i wyciągają go z marszrutki. Marszrutka stoi, pasażerowie patrzą, jak biją młodego chłopaka. W końcu wojskowi postanowili go zabrać, ale pasażerowie zaczęli ich błagać – prosili, by pozwolili starszemu bratu odprowadzić młodszego do szpitala. Tylko dlatego chłopaka puścili, ale spisali jego dane i ostrzegli: jeśli jeszcze raz zobaczą korespondencję po ukraińsku – to będzie koniec.
Pobić mogli po prostu za to, że ktoś powiedział nie to słowo albo nie tak spojrzał. Witalij opisuje przykład 65-letniego mężczyzny w marszrutce, który jedynie odburknął, gdy zaczepiali go wojskowi. Wyciągnęli go na zewnątrz, bili nogami i kolbami na oczach wszystkich pasażerów, a potem porzucili na poboczu. Zdarzało się, że w ten sam sposób wyciągali również kobiety.
Terror
Witalij opowiada, że okupacja to nieustanne oczekiwanie czegoś strasznego.
– Budzisz się rano i od razu sprawdzasz wiadomości. To ogłaszają jakąś „mobilizację”: wszyscy mężczyźni – do ewidencji wojskowej. To paszportyzację. To likwidują hrywnę. To kogoś szukają. To robią obchody mieszkań. To zabierają terminale ze sklepów. Płaciliśmy kartami bankowymi – to strasznie irytowało raszystów. Do sierpnia terminale zabrano z części sklepów, choć nie wszędzie. Najstraszniejsze jest to, że jesteś całkowicie pozbawiony praw. Nie ma żadnej ochrony, żadnej gwarancji, że nie zabiorą cię tylko dlatego, że im się nie spodobałeś.
– Czasem, żeby zastraszyć ludzi, okupanci sami publikowali nagrania z tortur. Na samym początku ktoś ukradł im samochód. Znaleźli tego człowieka i wrzucili wideo, jak rażą go prądem – podłączając przewody do uszu. Ból jest potworny: jakby mózg się gotował.
„Obchód mieszkań” – tak nazywano planowe przeszukania mieszkań cywilów, o których opowiada Witalij:
– Pukanie do drzwi. Pierwsze pytanie: „Kto jest w mieszkaniu?”. Sprawdzali tożsamość, przeszukiwali wszystko, nie pomijając żadnego drobiazgu. Całego Chersonia nie zdążyli przeszukać, ale na wsiach znam domy, które przeszukiwano po kilka razy.
– Cały czas słyszeliśmy, że ludzie znikają – mówi Witalij. – Pewnego razu młodzi ludzie wyszli na spacer po rozpoczęciu godziny policyjnej. Do domu już nie wrócili. Matka rano stoi pod komisariatem: „Gdzie jest mój syn?”. – „Nie wiemy”. Mogli go wysłać kopać okopy albo zrobić coś jeszcze gorszego. Bywało, że ludzie nie wracali wcale. Do dziś nie wiadomo, ile osób zaginęło. Nie da się tego dokładnie policzyć. Ludzie po prostu znikali.
– Trwało polowanie na uczestników ATO (operacji antyterrorystycznej na wschodzie Ukrainy) i członków obrony terytorialnej. Raszyści mieli listy – być może przekazane przez zdrajców. W ten sposób porwano zastępcę dowódcy batalionu obrony terytorialnej. Dwa dni później jego ciało ze śladami tortur znaleziono w Dnieprze.
Protesty
Groźba okupacji jest straszniejsza niż ostrzały – dokładnie tak to odczuwałem podczas bombardowań w przyfrontowym Słowiańsku. Dlatego ogromne wrażenie zrobiło na mnie to, jak mieszkańcy Chersonia, którym okupanci próbowali odebrać nawet prawo do życia, wychodzili protestować pod lufami karabinów maszynowych.
5 marca na Placu Wolności odbył się pierwszy masowy wiec mieszkańców Chersonia z ukraińskimi flagami i hasłami „Chersoń to Ukraina” oraz „Rosjanie, wracajcie do domu”. Wojskowi otworzyli ogień ostrzegawczy, jednak protest nie został przerwany. Od tego momentu protesty w Chersoniu stały się codziennością.
W kolejnych dwóch dniach ludzie wychodzili na akcje protestacyjne także w innych miastach obwodu chersońskiego – Nowej Kachowce, Hołej Przystani i Ołeszkach. 6 marca w Nowej Kachowce wojskowi użyli broni przeciwko protestującym, raniąc pięć osób. 13 marca w Chersoniu odbyła się największa demonstracja – wzięło w niej udział około 10 tysięcy mieszkańców miasta.
Od 19 marca w Chersoniu rozpoczęła się eskalacja przemocy wobec protestujących. Okupanci przeszli od taktyki zastraszania do bezpośredniej przemocy: brutalnych zatrzymań i pobić, użycia granatów hukowo-błyskowych oraz gazu łzawiącego. W kwietniu protesty przybrały charakter fragmentaryczny i zdecentralizowany, przenosząc się w stronę krótkotrwałych zgromadzeń i akcji symbolicznych.
Ostatnia masowa akcja protestu przeciwko rosyjskiej okupacji w Chersoniu odbyła się 27 kwietnia 2022 roku. Ruch „Żółta Wstążka” zorganizował pokojowy marsz pod hasłem „Chersoń to Ukraina”, w którym wzięło udział około 500 osób. Podczas brutalnego rozpędzania demonstracji część uczestników została ranna.
Wszystko to wiedziałem z mediów społecznościowych – z dystansu, dlatego poprosiłem Witalija, aby opowiedział, co czuł jako bezpośredni świadek.
– Raszyści od początku liczyli na to, że wszyscy tutaj masowo będą za Rosją. A tymczasem ludzie byli wrogo nastawieni, napięci. Do marszrutki wchodzi funkcjonariusz Rosgwardii i pyta: „Czemu wy wszyscy tacy naburmuszeni?”. A wszyscy milczą – wiedzą, że i tak nie wolno nic powiedzieć. Powiesz jedno słowo – mogą wyciągnąć cię z autobusu, a kierowcy powiedzieć: „Jedź, jego zostawiamy”. Kiedy zobaczyli protesty, zrozumieli, że to dla nich wrogie środowisko.
– Mityngi zaczęły się 5 marca. Na początku okupanci tylko obserwowali. Potem zaczęli podchodzić bliżej – w pełnym uzbrojeniu, z automatami, w maskach, na pojazdach. Ludzie stoją, krzyczą. Najpierw zbierały się tysiące, potem coraz mniej. Byłem na demonstracjach w drugim tygodniu – było potwornie strasznie. Prowadzono nagrania wideo, latał dron. Bałem się, że trafię do jakiejś bazy danych, a potem za udział w proteście mnie zabiorą. Przez około trzy tygodnie mityngi trwały intensywnie, a potem przeniosły się z Placu Wolności do skweru Szewczenki. Tam zbierało się już osiem–dziewięć osób przy pomniku.
– Polowanie trwało na wszystkich, którzy „zabłysnęli” w mediach społecznościowych i uczestniczyli w protestach – wyjaśnia Witalij, odpowiadając na pytanie o ryzyko udziału w demonstracjach. – W pierwszej kolejności na tych, którzy byli najbardziej aktywni w pierwszym miesiącu okupacji. Jedną moją znajomą zauważono na mityngu, a może namierzono też przez media społecznościowe. Później została zatrzymana i zabrana do piwnicy. Tam położyli przed nią na stole rozebranego chłopaka i trzech żołnierzy go zgwałciło. Potem powiedzieli jej: „Jeszcze raz zobaczymy cię na mityngach albo przy blokpostach – spotka cię to samo”. Od tamtej pory siedziała cicho jak mysz do końca okupacji: nigdzie nie wychodziła, wszystkiego się bała.
Kolaboranci
Okupanci chcieli zarządzać funkcjonującym miastem, a do tego potrzebowali specjalistów z najróżniejszych dziedzin. Witalij opowiada:
– Kiedy zrozumieli, że miasto jest całkowicie pod ich kontrolą, zaczęły się działania filtracyjne. Najpierw liczyli na to, że ludzie sami pójdą dla nich pracować i będą donosić na wszystkich, którzy są za Ukrainą. Tacy się znaleźli, ale było ich zbyt mało, by szybko stworzyć własny system zarządzania. Wtedy zaczęli celowo poszukiwać urzędników państwowych i pracowników służb komunalnych – na każdym szczeblu.
– Postanowili odtworzyć orkiestrę przy teatrze dramatycznym. Było to mniej więcej dwa miesiące przed wyzwoleniem. Znaleźli dyrygenta – Jurija Kerpatenkę – i mówią mu: „No dalej, teatr musi działać. Będziesz pracował dla nas”. On odmówił. Wywiązała się rozmowa – słowo za słowo – i zastrzelili go prosto w jego własnym domu.
– W lipcu raszyści zaczęli pracować z dziećmi – w formacie zmilitaryzowanym. W Chersoniu zorganizowali pierwsze kółko „Junarmii”, znaleźli jakichś pedagogów. Bałem się, że dotrą także do mnie, ponieważ wcześniej działałem w ruchu skautowym w Narodowej Organizacji Skautowej Ukrainy. Do tego wcześniej pracowałem w policji.
– Jeśli na ulicy widziałem byłego kolegę, starałem się przejść na drugą stronę, byle się nie spotkać. Nie wiedziałem, czy jest „za nami”, czy „za nimi”. A co, jeśli powie wprost na ulicy: „Chodź do nas, u nas normalna pensja”, a ty odpowiesz: „Nie, nie chcę”. I zaraz padnie pytanie: „A dlaczego nie chcesz?”. W ten sposób naciskali na byłych urzędników państwowych i pracowników komunalnych: „Chodź do nas pracować!… Dlaczego nie chcesz?… Z zasady?… Aha, czyli jesteś za Ukrainą!”. A potem mogło wydarzyć się wszystko: szantaż, piwnica, tortury.
– W Chersoniu był przypadek dobrze znany w naszym policyjnym środowisku. Emerytowany już oficer policji w stopniu majora poszedł pracować dla raszystów i obiecał im przyprowadzić także swojego kuma – Ołeha Chudiakowa: „Jesteśmy kumami, przyjaciółmi, tyle lat razem pracowaliśmy. On jest kompetentny, na pewno będzie dla was pracował”. Tamten jednak kategorycznie odmówił. Przez trzy dni trzymali go w piwnicy – co mu tam robili, nie wiadomo. W końcu zgodził się na współpracę i został wypuszczony. Wrócił do domu i powiesił się.
– Baliśmy się nawet znajomych – byli tacy, z którymi przyjaźniliśmy się przez wiele lat, a potem nagle okazywało się, że są raszystami do szpiku kości: „Hurra! Hurra! Jesteśmy z Rosją!”. I czego się po nich spodziewać dalej – nie wiadomo.
– Znam na przykład nauczyciela śpiewu w szkole kultury. Nigdy otwarcie nie deklarował swojej postawy politycznej, ale pewnego dnia przyszli do niego znajomi i oświadczyli: „Doniesiemy na ciebie”. – „Za co?” – „Przecież przez tyle lat prowadziłeś zajęcia po ukraińsku!”. To wystarczyło, by ogłosić człowieka „nazistą”.
Łączność ze światem
– W kwietniu zerwał się ukraiński internet i łączność komórkowa – mówi Witalij. – Okupanci poprowadzili internet z Krymu – z ograniczeniami, jak w Rosji. Łączność mobilną przenieśli na jakieś specjalne karty SIM, na których ukraińskie numery były zablokowane, więc nie dało się już zadzwonić do krewnych na terytorium kontrolowanym przez Ukrainę.
– W marcu–kwietniu ludzie masowo wyjeżdżali przez Mikołajów. Mój kum jechał do Aleksandriwki – to obwód chersoński – i musiał przejechać przez około dwadzieścia blokpostów. Na jednych byli trzeźwi, na innych pijani, ale rewizje były wszędzie. Wtedy na blokpostach nie było jeszcze rejestrów uczestników ATO i wielu osobom udawało się przejechać – nawet w maju jeszcze wyjeżdżano.
– W czerwcu wyjazd stał się już skrajnie trudny: ogromne korki przed blokpostami, samochody przeszukiwano nawet przez godzinę. Jednej znajomej udało się wyjechać dopiero dwudziestego siódmego dnia. Ludzie stali w kolejkach przez cały miesiąc, wynajmowali noclegi, żeby przespać noc. Czasem raszyści zaczynali strzelać – chcieli przestraszyć ludzi, żeby się rozbiegli, ale nikt nie ustępował.
Szkoły
– Podczas okupacji, od marca do połowy maja, szkoły nie funkcjonowały – kontynuuje swoją opowieść Witalij. – Pod koniec maja i na początku czerwca w Chersoniu otwarto około czterech szkół – po jednej w każdej dzielnicy. Tam dyrektorzy poszli na układ z okupantami. Dzieci było niewiele, klasy niepełne.
– Zajęcia trwały krótko i zostały przerwane, gdy Siły Zbrojne Ukrainy zaczęły uderzać systemami HIMARS w bazy wojskowe. Władze okupacyjne zaczęły twierdzić, że w mieście jest „niebezpiecznie”, choć dla szkół nie było żadnego zagrożenia: uderzenia były bardzo precyzyjne i wymierzone w obiekty wojskowe, zniszczono m.in. miejsca stacjonowania Rosgwardii. Klaskaliśmy, gdy SZU zadawały ciosy.
– Po tym szkoły zamknięto, a dzieci zaczęto wysyłać do „obozów” – do Kraju Krasnodarskiego, na Krym, na Białoruś. Wywożono całe klasy, a potem ich już nie zwracano. W ten sposób dzieci albo pozostały na okupowanych terytoriach, albo znalazły się w Rosji.
Chersoń. Nota historyczna
2 marca rosyjskie wojska zajęły Chersoń. We wrześniu Rosja ogłosiła przeprowadzenie „referendum” i 30 września podpisała „umowę o włączeniu” obwodu chersońskiego do Federacji Rosyjskiej. 11 listopada 2022 roku miasto Chersoń zostało wyzwolone spod rosyjskiej okupacji po 256 dniach wrogiej obecności. Przed zajęciem miasta liczba mieszkańców Chersonia wynosiła około 279 tysięcy osób, obecnie – około 60 tysięcy.
Na początku okupacji represje miały charakter chaotyczny i ich ofiarami padali przypadkowi ludzie. W miarę porządkowania aparatu represji rozpoczęto systematyczne poszukiwanie osób uznanych za „nielojalne”. W czasie okupacji Chersonia machina represji nie zdążyła zakończyć przejścia od masowych, chaotycznych represji do punktowych, systematycznych prześladowań, podobnych do tych, jakie obecnie mają miejsce w Rosji.

