poniedziałek, 16 marca 2026

Nikołaj Karpicki. 13 marca 2014 roku: pierwsza ofiara wojny w Donbasie. Tak te wydarzenia pamięta ksiądz z Doniecka Serhij Kosjak

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 13.03.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/front/serhij-kosjak-13-marca-2014-donbas/

Modlitwa za Ukrainę w centrum Doniecka, zajętego przez prorosyjskich bojowników – świadkowie tragicznych wydarzeń z marca 2014 roku. Zdjęcie: Facebook Igor A. Kozlowski.

Pierwsza ofiara wojny Rosji przeciwko Ukrainie w obwodzie donieckim nie została zabita ani rakietą, ani bombą, lecz nożem na ulicy Doniecka. Stało się to 12 lat temu – 13 marca 2014 roku. Prawdziwą bronią nie był wówczas jedynie ów rzeczony nóż, lecz w głównej mierze zabójcza rosyjska propaganda, która wmawiała ludziom, że władzę w Kijowie przejęła „junta”, która do Doniecka wysyła autobusy z „nazistami”, by rozprawić się z mieszkańcami Donbasu. A jak wyglądało to naprawdę? prof. Nikołaj Karpicki dotarł do naocznego świadka wydarzeń w Doniecku z wiosny 2014 roku. Jest nim Serhij Kosjak, ukraiński duchowny.

Śmiercionośna propaganda Kremla przeciwko prawdzie historycznej

Najgroźniejszą bronią na wojnie nie są rakiety i bomby, lecz ludzie i myśli. Aby przekonać jednych do zabijania drugich, Rosja wykorzystuje fałszywe informacje i szeroko pojętą dezinformację. To właśnie od rozpowszechniania fałszywych narracji rozpoczęła się rosyjska agresja przeciwko Ukrainie. Moskwa szerzyła legendy o „przewrocie”, w wyniku którego w Kijowie rzekomo do władzy doszli naziści. A jak było naprawdę?

21 listopada 2013 roku w Kijowie rozpoczyna się Euromajdan, czyli protesty przeciwko rezygnacji Ukrainy z integracji europejskiej. Po jego brutalnym rozpędzeniu 30 listopada masowy charakter przybrała nowa fala protestów już przeciwko samowoli władzy. Eskalacja przemocy doprowadziła do ofiar śmiertelnych i 20 lutego 2014 roku Rada Najwyższa Ukrainy zakazała służbom stosowania przemocy wobec protestujących. Pozbawiony poparcia struktur siłowych prezydent Ukrainy uciekł, a pełnia władzy przeszła do Rady Najwyższej, która wyznaczyła pełniącego obowiązki prezydenta, a następnie zorganizowała wolne i uczciwe wybory nowej głowy państwa.

Oznacza to, że władza ani na chwilę nie przeszła w ręce organu niekonstytucyjnego ani osób, które nie przeszły procedury wyborczej, dlatego narracja o „kijowskiej juncie” jest absurdem. Mimo to, wykorzystując tę narrację, Rosja doprowadziła do okupacji Krymu. Prorosyjskie ugrupowania terroryzowały cywilów na wschodzie Ukrainy, biły uczestników manifestacji za jedność Ukrainy, a od 13 marca 2014 roku przeszły od pobić do zabójstw. Pierwszą ofiarą w Donbasie został 22-letni Dmytro Czerniawski.

Serhij Kosjak i Donbas, którego nie znałeś

O tym, jak do tego doszło, pisze naoczny świadek wydarzeń – pastor ewangelicznego kościoła zielonoświątkowego „Zgromadzenie Boże” w Doniecku, Serhij Kosjak, w książce „Donbas, którego nie znałeś. Dziennik księdza”. W tamtym okresie brał on udział w codziennym międzyreligijnym maratonie modlitewnym „Za pokój, miłość i integralność Ukrainy”, który odbywał się w centrum Doniecka od lutego do sierpnia 2014 roku. Przez cały ten czas, jako świadek, prowadził kronikę wydarzeń w Doniecku, która później została opublikowana w formie osobnej książki.

Pastor Serhij Kosjak podczas maratonu modlitewnego „Za pokój, miłość i integralność Ukrainy” w Doniecku. Zdjęcie: Facebook Igor A. Kozlowski.

Z pastorem Serhijem spotkałem się w 2015 roku. Patrzył na wydarzenia z perspektywy moralnej, a nie politycznej, nie popierał żadnych sił politycznych i krytycznie odnosił się do władz Ukrainy. Właśnie ta jego polityczna bezstronność budzi moje zaufanie do niego jako świadka wydarzeń.

Jako pastor Serhij Kosjak stara się dokonać moralnej oceny działań swoich rodaków. W tamtym okresie mówi jeszcze niewiele o Rosji, ponieważ stopień jej zaangażowania w krwawe wydarzenia nie był jeszcze znany mieszkańcom Doniecka. Następnie rozpoczęły się represje wobec uczestników maratonu modlitewnego, które dotknęły także samego autora książki, wojna w Donbasie oraz pełnoskalowa inwazja, która pochłonie życie setek tysięcy Ukraińców. W tamtym czasie Serhij Kosjak jeszcze tego nie wiedział, ale przeczuwał nadchodzącą tragedię.

Donieck na początku marca 2014 roku

Fragment książki. Serhij Kosjak: „Donbas, którego nie znałeś. Dziennik księdza”, s. 14

1 marca 2014 roku. 5. dzień maratonu modlitewnego


Byłem dziś na wiecu przed Doniecką Obwodową Administracją Państwową, a potem pojechałem na plac Lenina, który stał się miejscem koncentracji separatystów. Władza rozkręciła machinę „antyfaszyzmu” i „antybanderyzmu”, której teraz już nie potrafi zatrzymać. Ludzie, oszalali, podburzeni antyukraińskimi mówcami, nienawidzą wszystkich, na których wskażą im „krzykacze”. Kilkutysięczny, rozgrzany tłum z placu Lenina ruszył, by zająć Doniecką Obwodową Administrację Państwową.

Szaleństwo – nie ma na to innych słów… Wydaje się, że zebrało się takie bydło, że każdego by na widły wzięli.

Stałem na schodach przed budynkiem administracji obwodowej i poprosiłem o mikrofon. Przez około pięć minut wzywałem ludzi do modlitwy o pokój, ale oni dziko wrzeszczeli, nie reagując na pokojowe apele. A podczas minuty ciszy za poległych w starciach w Kijowie skandowali: „Berkut!”

Dla tych ludzi nie ma nic świętego – tylko nienawiść. Bardzo wyraźnie było widać, że ktoś kieruje całym tym zamieszaniem, a głównym celem jest destabilizacja i podsycanie agresji. Kiedy odchodziłem spod administracji obwodowej, słychać było wybuchy granatów hukowo-błyskowych. To milicja odpierała tłum, który ruszył szturmować budynek.

2 marca 2014 roku. 6. dzień maratonu modlitewnego

Dziś byłem na spontanicznym wiecu, który odbył się naprzeciwko soboru Przemienienia Pańskiego przy ulicy Artema. Trudno oddać, w jak pozytywnej atmosferze wszystko przebiegało. Około tysiąca osób, głównie młodzież, stało wzdłuż drogi z transparentami i ukraińskimi flagami, machając rękami i chorągiewkami do przejeżdżających samochodów. Kierowcy w odpowiedzi na powitanie trąbili klaksonami – czasami było ich tak dużo, że sygnał zamieniał się w jeden długi, ciągły huk. Po wczorajszym sabacie na placu Lenina i przy Donieckiej Administracji Obwodowej dzisiejszy wieczór przyniósł prawdziwy powiew świeżego oddechu wolności. Stałem razem ze wszystkimi i trzymałem plakat „Módl się za Ukrainę”. Spotkałem bardzo wielu znajomych – wszyscy byli w dobrym nastroju.

Masowy wiec w centrum Doniecka 5 marca 2014 roku

Mit, że mieszkańcy Doniecka masowo popierają Rosję i opowiadają się za odłączeniem od Kijowa, rozwiał pierwszy masowy proukraiński wiec w centrum Doniecka 5 marca 2014 roku. Następnego dnia Serhij Kosjak podzielił się swoimi wrażeniami. W tamtym momencie nie wiedział jeszcze, że zbliża się wielka wojna z Rosją.

Fragment książki. Serhij Kosjak: „Donbas, którego nie znałeś. Dziennik księdza”, s. 15–16

Wczoraj odbył się pierwszy masowy proukraiński wiec w Doniecku. Przed wiecem na placu Lenina przygotowaliśmy miejsce modlitwy: ustawiliśmy kolumnę nagłaśniającą i banery z napisem „Tutaj modlą się za Ukrainę”. Zostawiliśmy tam część ludzi, a sami poszliśmy na punkt zbiórki – plac Konstytucji, gdzie było już około 100 osób. Odprawiliśmy krótką modlitwę, ustawiliśmy się w kolumnie i ruszyliśmy modlitewnym marszem na plac Lenina.

To, co zobaczyłem na placu, jednocześnie cieszyło i smuciło. Ludzie, którzy są za Ukrainą, tak samo jak ci, którzy są przeciw, mają niewiele szacunku dla Boga – bardziej polegają na własnej sile i przekonaniu o swojej racji. Do mikrofonu rwało się wielu, niektórzy mówili szczerze, ale byli też tacy, którzy wygłaszali głośne hasła dla własnej promocji.

Duchowieństwo praktycznie nie zabierało głosu. Organizatorzy wiecu dość sceptycznie podeszli do obecności księży.

Cieszyło to, że zwolenników integralności Ukrainy było wielokrotnie więcej – od 10 do 15 tysięcy osób. Staliśmy obok sceny, modliliśmy się i czytaliśmy psalmy.

Ze strony prorosyjskich aktywistów poleciały w nas jajka i jabłka, a potem także kamienie. Władyka Serhij (Ukraiński Kościół Prawosławny Patriarchatu Kijowskiego) został trafiony jajkiem w czoło i prawie stracił przytomność, brat z naszej wspólnoty również dostał w głowę, a ja skończyłem tylko z jajkiem rozbitym o nogawkę spodni. Transparentów używaliśmy jak tarcz dla tych, którzy podchodzili do mikrofonu.

Ze strony proukraińskiej nikt niczym nie rzucał. I wtedy pomyślałem, że dziś siły prorosyjskie (nie boję się powiedzieć – prowadzone przez nienawiść i demony) rzucają kamieniami i jajkami w pokojowych ludzi śpiewających hymn Ukrainy, a jutro te nieludzkie istoty będą rzucać granaty i strzelać z automatów. Oto taka jest nasza „braterska pomoc” ze strony Rosji.

Po wiecu rozpoczęły się masowe bójki.

Kościele, ludzie – musimy nadal się modlić!

Problem Donbasu nie leży w Rosji, lecz w naszej bezduchowości.

BOŻE, ZBAW UKRAINĘ I PRZEBACZ NAM.

Pierwsze morderstwo – kłamstwo i krew

Wiec 5 marca 2014 roku był największy, ale nie jedyny. Codziennie odbywał się maraton modlitewny za jedność Ukrainy, a 9 marca w różnych miejscach Doniecka miały miejsce niewielkie marsze i wiece, które próbowali zakłócić prorosyjscy aktywiści. 13 marca 2014 roku dokonali oni pierwszego zabójstwa.

Fragment książki. Serhij Kosjak: „Donbas, którego nie znałeś. Dziennik księdza”, s. 19–21

13 marca 2014 roku. 17. dzień maratonu modlitewnego

Wiec za jedność Ukrainy na placu Lenina i pierwsze zabójstwa

Wiec zapowiedziano w mediach społecznościowych, ale nie był tak dobrze zorganizowany jak 5 marca – nie było jednego centrum koordynacyjnego. Zwolenników Ukrainy zebrało się bardzo mało, około 500 osób, z czego samoobrony nie więcej niż 100. Zwolenników prorosyjskich było natomiast co najmniej 1000. I kiedy wiec oficjalnie się zakończył, zaczęło się najtragiczniejsze.

Tłum liczący nie mniej niż 700 osób, nazywających siebie „antyfaszystami”, otoczył tę setkę samoobrony. W ruch poszły kamienie, kastety, metalowe pręty, z obu stron użyto gazu łzawiącego – tyle że prorosyjscy atakowali, a ukraińscy chłopcy bronili się tym, czym mogli. Na asfalcie pozostało leżeć kilka nieruchomych ciał, a po naporze „antyfaszystów” nadal kopano je i bito kijami. Stanąłem między bojówkarzami a – jak mi się wydawało – martwym i powiedziałem: „Dosyć, właśnie zabiliście człowieka, zostawcie tych, którzy już leżą na asfalcie. Jestem księdzem, miejcie choć odrobinę współczucia”. I chyba ta odrobina współczucia jeszcze w nich została: tych, którzy leżeli bez ruchu, przestali bić.

Atak prorosyjskich bojowników na uczestników pokojowej manifestacji w Doniecku 13 marca 2014 r. Print screen z kroniki wideo w YouTube.

Zaczęliśmy znosić rannych do karetki pogotowia. Muszę powiedzieć o milicji i pracownikach pogotowia. Milicjanci byli raczej obserwatorami niż obrońcami, a po wiecu swobodnie rozmawiali z tymi, którzy pół godziny wcześniej zabijali proukraińskich aktywistów. Pracownicy „pogotowia” to w ogóle ludzie, którzy chyba zapomnieli, czym jest przysięga Hipokratesa. Tak bardzo bali się o własną skórę, że pozostawili karetkę 300 metrów od miejsca wydarzeń, choć nikt nie przeszkadzał im podjechać bliżej. Ale tchórzostwo i chciwość już dawno stały się przewodnikami lekarzy i milicji – mam nadzieję, że nie wszystkich…

Po tym, jak wszystko się skończyło, zostałem jeszcze na placu Lenina i widziałem, jak przy zniszczonym autobusie do karetki ładowano ciało zabitego chłopaka, uczestnika samoobrony wiecu (przyp. red.: Dmytro Czerniawski, zmarł od rany nożem zadanej przez uzbrojonych ludzi).

Dmytro Czerniawski – pierwsza ofiara wojny rosyjsko-ukraińskiej w obwodzie donieckim. 13 marca 2014 roku w Doniecku zginął od ciosu nożem zadanym przez prorosyjskich bojowników. Fot. Wikipedia.

Pod postumentem pomnika Lenina, na schodach, tłoczyli się ludzie i udzielali wywiadów przed kamerami. Zapytałem, jakie to stacje telewizyjne i przysłuchałem się temu, o czym mówią ludzie. Telewizje okazały się rosyjskie, a to, co nagrywali, wywróciło mnie na drugą stronę. Jakiś dresiarz skarżył się dziennikarzom, że stali spokojnie, gdy nagle bez powodu napadli na nich proukraińscy aktywiści, przed którymi musieli się dzielnie bronić. Wszystko było dokładnie tak – tylko odwrotnie – i całe to kłamstwo rosyjski widz będzie potem chłonął z ekranów swoich telewizorów.

Długotrwała i kłamliwa propaganda prowadzona w Doniecku zrobiła swoje – wielu mieszkańców Doniecka, podsycanych przez rosyjskich nacjonalistów, których setkami przywożono do naszego regionu, z nienawiścią odnosi się do tych, którzy opowiadają się za jednością Ukrainy. I są gotowi bić innych mieszkańców Doniecka, święcie wierząc, że biją „faszystów” i przyjezdnych „banderowców”.

Donieck jeszcze nie upadł, ale dwie ostatnie akcje pokazały całkowite bankructwo oporu wobec separatystów, dlatego zapraszamy na modlitwę. Donieccy aktywiści powinni uklęknąć przed Bogiem. Zwracam się do duchowieństwa: to już nie jest promocja Kościoła ani osoby, to prawdziwa wojna ze wszystkimi jej konsekwencjami. Nie bądźcie podobni do milicjantów i pracowników pogotowia. Nadszedł czas, aby służyć ludziom. Każdego dnia – plac Konstytucji, most nad Kalmiusem, od 18:00 do 19:00, Donieck.

Na razie jeszcze tam nie biją, ale co będzie później – nie wiem…

Fragment książki. Serhij Kosjak: „Donbas, którego nie znałeś. Dziennik księdza”, s. 24–26

18 marca 2014 roku. 22. dzień maratonu modlitewnego


Dzień 13 marca w Doniecku znany jest teraz jako „krwawy czwartek”, kiedy prorosyjscy dresiarze pobili i okaleczyli dziesiątki ludzi, którzy wyszli na ulice w obronie jedności Ukrainy, a jeden 22-letni chłopak został zabity. Wszyscy oni są bohaterami wiary i patriotami swojej ojczyzny. I na naszym modlitewnym Majdanie też takich widzę. Napiszę dziś o jednym z nich.

To Maksym Horiunow, prezbiter kościoła „Słowo Życia”. Zwykły chłopak, który w krytycznej chwili potrafi zrobić niezwykłe rzeczy. Aby zrozumieć, na czym polega bohaterstwo Maksyma, warto najpierw przeczytać jego opis dnia, gdy znalazł się w samym epicentrum krwawej masakry:

„Wiec się skończył, ludzie się rozchodzą. Jako człowiek ciekawy postanowiłem zostać do końca: co może mi grozić w moim rodzinnym mieście? Organizatorzy demontują scenę, samoobrona wiecu osłania odejście ludzi. Stoję obok nich. Zbliża się do nas rozwścieczony tłum. Oni już nie chcą rzucać jajkami – oni chcą krwi.

Cofamy się za scenę – ich jest znacznie więcej, są bardzo agresywni. Najbardziej zdesperowani próbują się bronić, ja nie jestem zdesperowany – wycofuję się w stronę autobusu. Kierowca-milicjant otworzył drzwi – weszło nas tam kilku, drzwi się zamknęły. Pod autobusem nie ma bójki – jest brutalne bicie. Milicjant opuszcza autobus, my od środka otwieramy drzwi rękami – po minucie autobus jest już pełny, nabity po brzegi, wielu ludzi jest we krwi.

Z braku doświadczenia stoję przy oknie – wlatuje brukowiec, szkło pryska na wszystkie strony. Przez słaby kordon milicji przedzierają się osiłki, przez wybite okna rzucają petardy, rozpylają gaz. Po raz pierwszy w życiu oddycham gazem – wszyscy kaszlą, duszą się, przewraca nas na drugą stronę. NIE MA dokąd uciekać. Wyjdziesz – rozszarpią, zostaniesz – udusisz się.

Otwieramy drzwi – już na nas „czekają”. Dostaję kopniakiem w głowę. Biegniemy za autobusy – jesteśmy otoczeni gęstym pierścieniem, zbijamy się w grupę – około 30 osób. Ze wszystkich stron krzyczą: „Na kolana!”. Część z nas już i tak klęczy – żeby zmniejszyć powierzchnię trafienia, kucamy, zasłaniając głowy rękami. Boję się przegapić cios lub kamień, rozumiem, że jeśli stracę przytomność – mogą mnie zabić. Milicja ledwo powstrzymuje rozwścieczony tłum, sami nie chcą dostać się pod uderzenia.

Ciągle próbują wyciągnąć nas z kręgu, żeby było łatwiej bić – trzymamy się jeden drugiego. Patrzę na milicję – pomocy nie ma. Widzę, że pojawiło się „okno” w stronę prospektu Iljicza – przebijam się gwałtownym zrywem (w rzeczywistości ledwo uciekam przed bandytami – w swoim rodzinnym mieście!). Nie biegnę sam, kilku z nas się wyrwało. Biegam szybko, ale tylko na krótkie dystanse, słyszę pościg, wpadam w pierwszą bramę, na oczach mieszkańców wskakujemy (jest nas już dwóch) do klatki schodowej – jesteśmy uratowani!

Oglądamy ubrania – całe w kurzych jajkach, plamach zielonki i krwi. Krew nie jest moja – należy do chłopaków, z którymi trzymaliśmy się razem. Cudem zostałem cały”.

Atak prorosyjskich bojowników na uczestników pokojowej manifestacji w Doniecku 13 marca 2014 r. Print screen z kroniki wideo w serwisie YouTube.

Z pozoru zwykła historia człowieka, który po prostu chciał przeżyć tę rzeź. I co dzieje się dalej? Człowiek otarł się o śmierć, zobaczył zdradę i pobicia – to właśnie moment, kiedy powinien siedzieć w domu i nie wychylać nosa, ale…

Milion razy mówię „ALE” – wszystkim, którzy za pozorną duchowością ukrywają swoją tchórzliwość. Siedźcie w domach i martwcie się o Ukrainę przed ekranami telewizorów, ale wiedzcie, że są chłopcy, którzy stali się bohaterami wiary – wiary i odwagi. Maksym Horiunow znów stoi z nami na modlitewnym Majdanie za Ukrainę. Wiedząc, że w każdej chwili prorosyjscy bandyci mogą znów urządzić pobicie, stoi i modli się, trzymając flagę Ukrainy. Jego żona modli się obok niego.

Chwała Bogu, że są tacy ludzie, z których może być dumny świat chrześcijański. Nazywajcie to jak chcecie – „głupotą”, szaleństwem, „nieroztropnością” – a ja widzę w tym wiarę, bohaterstwo i odwagę.

Módlcie się za nas – naprawdę się boimy, kiedy za każdym razem idziemy na modlitwę. Nie wiemy, jak się ona skończy, ale mimo to idziemy. Jutro stawiamy namiot modlitewny – będzie to jedyny uliczny namiot w Doniecku o takim znaczeniu ideowym, nad którym nie będzie rosyjskiej flagi. Jak długo będzie stał – nie wiem.

Jakieś szaleństwo, wszystko jak we śnie… Co się stało z naszą Ukrainą?


poniedziałek, 9 marca 2026

Nikołaj Karpicki. Rosyjska okupacja to represje ze względu na tożsamość. Świadectwa mieszkanki Chersonia

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 04.03.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/front/rosyjska-okupacja-to-represje/

Rosyjska okupacja, Chersoń. Wiec przeciwko rosyjskim okupantom 13 marca 2022 r. Kadr z kroniki wideo. YouTube

„Wolałbym żyć w Niemczech pod władzą Putina, niż żyć w warunkach wojny” – stwierdził 19-letni Niemiec w studiu telewizji ARD na początku października 2025 roku. Za wypowiedzią tego człowieka stoi rozpowszechnione szeroko złudzenie, że Rosja prowadzi wojnę wyłącznie z powodów politycznych – o zmianę granic państwowych i stref wpływów. Niezrozumienie, że chodzi o wojnę egzystencjalną o prawo do istnienia, rodzi iluzję, że z Rosją można się porozumieć drogą ustępstw.

Być może tacy jak ten młody Niemiec uważają, że rosyjska okupacja będzie jak życie w NRD pod kontrolą Związku Radzieckiego. Być może i w Ukrainie kiedyś sądzono, że władza Moskwy nie jest aż tak straszna: przecież żyło się też jakoś w czasach Breżniewa. Jednak życie w okupacji to nie jest „jak w Związku Radzieckim” ani nawet „jak w dzisiejszej Rosji”. To coś znacznie gorszego.


Reżim okupacyjny można porównać jedynie do rosyjskiej kolonii karnej, czyli „zony”, jak się ją nazywa. Są „czerwone zony”, gdzie absolutna władza należy do administracji więziennej, i „czarne zony”, gdzie rządzą autorytety przestępcze. A teraz wyobraźmy sobie, że kilka regionów zamienia się w jedną wielką „zonę”, w której administracja razem z kryminałem dopuszcza się samowoli. Właśnie tak wygląda rosyjska okupacja.

Nie mogę mówić w imieniu innych, ale powiem za siebie – jako mieszkaniec Słowiańska, miasta, które niektórzy zachodni politycy byliby gotowi „oddać” Putinowi w imię iluzorycznego pokoju z Rosją. Całkiem niedawno niedaleko mojego domu bomby lotnicze FAB-250 zniszczyły kilka budynków. Stało się to tak powszednie, że nie jest już powodem, by pisać o tym na Facebooku, gdzie zwykle dzielę się przemyśleniami, ani by przerywać domowe obowiązki. Rozumiem jednak: dalej będzie jeszcze gorzej. Ale nawet jeśli rosyjskie bomby lotnicze zniszczą połowę Słowiańska, nadal będę miał 50-procentową szansę na przeżycie. Jeśli jednak Słowiańsk zostanie okupowany – nie będzie żadnych szans. Dlatego dla mnie okupacja jest gorsza niż życie w warunkach wojny. Ale to tylko moje postrzeganie.

Rozmawiałem na ten temat z mieszkańcami Chersonia, którzy przeżyli okupację. Wśród nich jest Oksana Pohomij, działaczka społeczna i wolontariuszka. Przez całe życie mieszkała w Chersoniu, także w okresie okupacji; w 2020 roku została wybrana deputowaną Rady Miejskiej Chersonia. Przytoczę fragmenty naszej rozmowy, aby pokazać, jak w rzeczywistości wygląda okupacja.

Okupacja to bezprawie i totalna kontrola

„Najstraszniejszą rzeczą, jaka może spotkać człowieka w życiu, jest okupacja – opowiada Oksana Pohomij. – Ponieważ odbiera ci się wolność, nawet jeśli służby specjalne nie przyszły bezpośrednio po ciebie. Wcześniej mieliśmy pracę. A tu albo pracujesz dla okupantów, albo nie pracujesz i zostajesz bez środków do życia.

Rosjanie wywierali stałą presję psychiczną, nakłaniali do współpracy. Na przykład wprost z domu wyciągnęli kobietę – dyrektorkę jednej ze szkół artystycznych. Przez cały dzień przetrzymywali ją u siebie i zmuszali do podpisania zgody na współpracę. Gdy tylko ją wypuścili, natychmiast wyjechała ze strefy okupacji.

Do końca kwietnia mieliśmy jeszcze łączność komórkową, potem ją odcięli. Nie było żadnej. Zasięg pojawiał się tylko w jednym miejscu w centrum miasta – ludzie zbierali się tam, żeby chociaż wysłać bliskim SMS-a. Później łączność włączono na krótko, ale pod koniec maja znów ją wyłączono. Sprzedawano wyłącznie rosyjskie karty SIM. Internet bardzo pomagał: niektórzy dostawcy pozostali aktywni.

Z rewizjami przychodzą zawsze niespodziewanie – i to jest naprawdę przerażające. Znajomi dawali znać, że na sąsiedniej ulicy stoi transporter opancerzony, a raszyści przeczesują kwartał po kwartale. Do naszego kwartału przyszli następnego dnia. Zawiązałam chustkę, założyłam okulary, żeby się nie wyróżniać. Na rewizję przyszło czterech wojskowych. Ich uwagę odciągnął nasz wnuk Mykyta – to nas uratowało: nie zajrzeli tam, gdzie przechowywane były produkty naszej organizacji wolontariackiej. Do jednej z naszych dziewczyn na rewizje przychodzili kilka razy – mieszkała na osiedlu, w domu jednorodzinnym”.

Reakcja mieszkańców Chersonia na okupację

„Kiedy zaczęła się inwazja, jeszcze nie wiedziałam, że tak szybko nas oddadzą – opowiada pani Oksana. – Myślałam, że będzie jakiś opór. Napisałam na Facebooku, że zbieramy się na wiec – ja z mężem i wolontariuszami, z którymi pracujemy od 2014 roku. Byliśmy z nimi w Awdijiwce, Marjince, Krasnohoriwce, Szyrokynem. Ogłosiliśmy też zbiórkę dla rannych: odzieży, lekarstw, żywności instant, papierosów i artykułów higienicznych. Początkowo zbieraliśmy rzeczy w holu rady miejskiej, ale już drugiego dnia – 25 lutego – zabrakło miejsca i przenieśliśmy się do budynku rady rejonowej, a potem pakowaliśmy zestawy w innym miejscu.

5 marca odbył się pierwszy wiec. Nasza grupa wolontariacka pomagała ukraińskim wojskowym, przekazując współrzędne celów, i nie chciałam narażać ludzi na dodatkowe niebezpieczeństwo, dlatego prosiłam, by nie wychodzili na manifestację. Sama już szłam pakować produkty, gdy zadzwoniła przyjaciółka i powiedziała: ‘Jest tu tyle ludzi! Nawet sobie nie wyobrażasz!’. Wtedy zawróciłam i pobiegłam na wiec. Później zrozumiałam: to był nasz ‘herc’ – wyszliśmy bez broni przeciwko żołnierzom w pełnym rynsztunku, z automatami, i krzyczeliśmy do nich: ‘Nikt was tu nie zapraszał! Wynoście się stąd! ’”.
 
„Herc”: mieszkańcy Chersonia  sprzeciwiają się rosyjskim żołnierzom. Kadr z kroniki wideo. YouTube

Słowo „herc”, którego użyła pani Oksana, nie ma odpowiednika w innych językach. Oznacza ono kozacką tradycję, gdy przed bitwą najbardziej zuchwali śmiałkowie wychodzili przed szeregi wroga i szydzili z niego, wyzywając na pojedynek.

„13 marca – to dzień wyzwolenia Chersonia spod hitlerowskiej okupacji – kontynuuje pani Oksana. – Tego dnia odbył się ogromny pochód. Żołnierze strzelali nad głowami, ale ludzie i tak przeszli od Placu Wolności do Nabrzeża. Tam był ukraiński sztandar o długości stu metrów. Ktoś go uszył! To był taki wzlot! Panowała euforia, dlatego w tym momencie zapomnieliśmy o strachu. Oni myśleli, że przyszli do prorosyjskiego regionu, a w rzeczywistości tak nie było. Kiedy wyszliśmy – a wyszedł nie tylko Chersoń, ale i Hola Prystan, Kahówka, Nowa Kahówka, Kałanczak, Skadowsk – z flagami, krzyczeliśmy, podchodziliśmy do czołgów, w ich głowach zaskoczyło, że nie będziemy Rosją… Nie wiem, mam nadzieję, że jednak zaskoczyło.

Wieczorami dużo spacerowaliśmy, chodziliśmy do przyjaciół i osób o podobnych poglądach, rozmawialiśmy, bo inaczej nie dało się przetrwać. Idziesz ulicą i widzisz, że ktoś związał żółty kwiat z niebieskim i powiesił na drzewie – i rozumiesz: nie jesteśmy sami. Są inni ludzie. Podczas spacerów szukasz takich niebiesko-żółtych znaków i wierzysz, że Ukraina wróci. I mieliśmy szczęście – zostaliśmy wyzwoleni”.

Okupacja – to męczące oczekiwanie represji

Przerażające nie są tylko same represje, ale i ciągłe zagrożenie, oczekiwanie kary. Pani Oksana opowiada:

„Strasznie jest żyć w takim stanie, kiedy nie wiesz, co będzie jutro. Zawsze nosiłam ze sobą mały plecak z szczoteczką do zębów, mydłem i zmianą bielizny, na wypadek, gdyby mnie zabrali. Później zrozumiałam: jaki plecak?! Worek na głowę, plecak zabiorą – i nie zostanie ci nic. Gdybyś opowiedziała to Rosjanom, nie zrozumieliby, powiedzieliby: ‚No to żyj dalej! Do wszystkiego można się przyzwyczaić!’ A tu ktoś decyduje za ciebie – wchodzi na przykład do autobusu na punkcie kontrolnym i mówi: ‚Nie spodobałeś mi się – wysiadź!’. Oni czuli się panami życia. Jeśli nie podporządkowałeś się, mogli zrobić z tobą wszystko.

Pierwszy miesiąc wszystko było zamknięte, a potem otwarto rynek. Obraz, który odcisnął się w mojej pamięci na całe życie. Było to przed 9 maja. Idę na rynek szukać ukraińskiego jedzenia. Obok powoli jedzie otwarty samochód ciężarowy, a tam na kolanach jeńcy z nagimi torsami i workami na głowach. I wtedy dopiero robi się naprawdę strasznie.

Podczas wiecu 5 marca okupanci fotografowali jego uczestników z budynku administracji obwodowej. Młodego chłopaka, Artioma, rozpoznano na podstawie zdjęcia i zabrano dziesięć dni później. Szedł do domu, gdy go złapano. Postrzelili mu nogę, porzucili koło szpitala i powiedzieli: ‚Masz szczęście’. I to było jeszcze stosunkowo łagodne – potem było znacznie gorzej. W czasie okupacji trafił jeszcze dwa razy ‚do piwnicy’.

Kiedy ciągle słyszysz, że jednego czy drugiego wzięli – uświadamiasz sobie, jak bardzo rzeczywistość różni się od oczekiwań. Nie sądziliśmy, że wszystko będzie aż tak straszne, dopóki nie zaczęliśmy słyszeć od naszych przyjaciół, którzy byli ‚w piwnicy’, jak ich tam dręczą i torturują.

Ludzi wywozili do izb tortur – to wcale nie są więzienia w tradycyjnym znaczeniu, gdzie zapewnia się jedzenie, wodę i możliwość skorzystania z toalety. To po prostu pokój wypełniony ludźmi. W tym, w czym cię złapano – w majtkach i podkoszulce – pozostajesz przez cały czas. Żadnych paczek. Raz dziennie wyprowadzają po wodę do butelki i do toalety. I torturują, torturują, torturują… Ciągle słychać krzyki innych ludzi. Krewni aresztowanych nie mogli się dowiedzieć, gdzie znajdują się ich bliscy. Idziesz do komendantury, a oni odpowiadają: ‘Nie wiemy’.

Rosyjska okupacja, Chersoń. W tym pomieszczeniu torturowano ludzi. Zdjęcie: Chersoń, 14 listopada 2022 r., Media Center Ukraine

Pewnego dnia aresztowano rodziców, gdy dowiedziano się, że ich syn służy w Siłach Zbrojnych Ukrainy. ‘Wypuścimy, gdy przyjdzie syn’ – powiedzieli im. Matkę w końcu uwolniono po miesiącu, ojca – po dwóch. To był krępy, przystojny mężczyzna, a po wypuszczeniu wyglądał jak stary dziadek. Tak bardzo zmienił się w zaledwie dwa miesiące.

W pierwszym tygodniu funkcjonariuszy FSB nie było widać. Około 10–12 marca pojawili się i zaczęli metodycznie objeżdżać adresy. Od tego momentu zaczęli zatrzymywać ludzi. Były przypadki, gdy naszych żołnierzy i ochotników Obrony Terytorialnej zatrzymywano, a potem znajdowano ich ciała z śladami tortur. Okupanci mieli listy, wszystkie adresy. Na przykład kobieta kiedyś dawno pracowała w prokuraturze lub sądzie – przyjeżdżają do niej, żeby nakłonić do współpracy. A jej już 70 lat i ma otępienie starcze. Czyli listy były już nieaktualne, a to oznacza, że przygotowywali się do tego od dawna, nawet przed 2014 rokiem”.

Czym różni się putinowski nazizm od hitlerowskiego

Nie tylko opowieść pani Oksany, ale także świadectwa innych osób, które przeżyły okupację, potwierdzają: za słowem „denazyfikacja” kryje się nazistowska polityka Rosji na okupowanych terytoriach.

W różnym stopniu dyskryminacja ze względu na narodowość występuje w wielu krajach, w tym demokratycznych. Inna sprawa, że w państwach demokratycznych istnieją mechanizmy prawne do walki z dyskryminacją. To, co robili Rosjanie na okupowanych terytoriach, to już nie dyskryminacja, lecz represje.

Na przykład zakaz wydawania gazety w ojczystym języku – to dyskryminacja, a areszt i tortury za używanie ojczystego języka – to represje. Ograniczenia przy zatrudnieniu ze względu na narodowość – dyskryminacja, a utożsamianie z działalnością terrorystyczną za okazywanie własnej tożsamości narodowej – to represje. To właśnie daje podstawy, by nazywać rosyjską politykę na okupowanych terytoriach nazistowską.

Jednak istnieje zasadnicza różnica między putinowskim a hitlerowskim nazizmem. Hitleryści definiowali Żydów według cech biologicznych. Putinowscy raszyści traktują Ukraińców jako wrogów nie ze względu na pochodzenie, lecz na samoidentyfikację. Jeśli Ukrainiec nie demonstruje swojej ukraińskiej tożsamości, raszyści automatycznie uznają go za „Rosjanina”. Taka możliwość mimikry dawała komuś szansę na przetrwanie. Żydzi w nazistowskich Niemczech nie mieli takiej szansy. Z drugiej strony, jeśli hitlerowskie represje miały charakter systemowy i uporządkowany, to represje raszystowskie są chaotyczne i arbitralne, i nie potrzebują żadnego powodu. Dlatego ofiarą może paść każdy, niezależnie od tego, czy uważa się za Rosjanina, czy Ukraińca.

„Nawet jeśli się podporządkujesz, i tak mogą zrobić z tobą wszystko – na przykład za używanie języka ukraińskiego – opowiada pani Oksana. – Znajomi przekazali, że z ulicy zabrano pewnego mężczyznę. Szedł do sąsiadów nakarmić psa, bo oni wyjechali. Żołnierze coś go zapytali, a on odpowiedział po ukraińsku. Trzymali go przez tydzień. Co z nim robili? Odmawiał mówienia o tym. Powiedział tylko, że od tego czasu z żoną rozmawiają wyłącznie po rosyjsku. To było we wrześniu. Później udało im się wyjechać przez Wasylówkę. Dwa tygodnie czekali, aż ich przepuszczą. Aby wydostać się z piekła, przeszli na język rosyjski”.

Prawa człowieka i prawo do tożsamości

Walka z ukraińską tożsamością nieuchronnie przeradza się w walkę z ludzką tożsamością – z dążeniem do pozostania człowiekiem. Potwierdzają to słowa Oksany Pohomij: „Ich celem jest zabić w człowieku człowieka. Wzięli grupę ludzi, którzy pomagali Siłom Zbrojnym Ukrainy, i zmuszali ich do torturowania siebie nawzajem”.

Dziś, na tle rozmów pokojowych w Ukrainie, strony dyskutują o politycznych, gospodarczych i wojskowych aspektach hipotetycznego pokoju z Rosją, przemilczając najbardziej bolesny temat – sytuację praw człowieka. Na okupowanych terytoriach systematycznie naruszane są fundamentalne prawa zapisane w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka: prawo do życia, wolności i nietykalności osobistej (art. 3); zakaz tortur i poniżającego traktowania (art. 5); prawo do uznania podmiotowości prawnej (art. 6), ochrona przed dyskryminacją i równość wobec prawa (art. 7); prawo do skutecznego przywrócenia praw (art. 8); zakaz arbitralnego aresztowania lub zatrzymania (art. 9), arbitralnej ingerencji w życie prywatne, naruszenia mieszkania i tajemnicy korespondencji (art. 12); prawo do wolności przekonań i ich wyrażania (art. 19); prawo do wolności pokojowych zgromadzeń i zrzeszania się (art. 20).

Jest jeszcze jedno fundamentalne prawo, nie sformułowane w Deklaracji, lecz bez niego nie możemy uważać się za ludzi cywilizowanych – prawo do tożsamości. Nikt nie powinien negować tożsamości innej osoby. Tymczasem na okupowanych terytoriach Rosjanie nie tylko negują ukraińską tożsamość, lecz represjonują wszystkich, którzy ją w sobie okazują.