środa, 18 lutego 2026

Nikołaj Karpicki. Egzystencjalne doświadczenie wojny

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 19.01.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/front/egzystencjalne-doswiadczenie-wojny/


Doświadczenie egzystencjalne to wszystko, co wpływa na stosunek do życia i dla wielu ludzi, szczególnie w Ukrainie, to właśnie wojna zajmuje obecnie miejsce centralne. Szczególnie dotyczy to tych, którzy żyją w strefie przyfrontowej. Egzystencjalne doświadczenie wojny obejmuje nie tylko to, co człowiek obserwuje – bombardowania, kryzys infrastruktury podtrzymującej życie, zniszczenia i śmierć ludzi – lecz także to, czego doświadcza wewnętrznie. Jednak doświadczenie wewnętrzne nabiera wartości egzystencjalnej dopiero wtedy, gdy nienawiść zostaje przezwyciężona w intencji, strach i bezczynność – w czynach, a poczucie nieokreśloności oraz iluzoryczne oczekiwania – w wizji przyszłości.

Egzystencjalne doświadczenie wojny to nie tylko wiedza, lecz zrozumienie, które zmienia człowieka

W 2022 roku postanowiłem zostać w Słowiańsku. Miasto było nieustannie ostrzeliwane, ale znacznie bardziej przerażająca wydawała się perspektywa okupacji. Wówczas trzy razy dziennie śledziłem wiadomości z frontu: sytuacja dramatycznie się pogarszała i nie było jasne, czy nasze miasto przetrwa. Można było przenieść się na tyły albo za granicę, ale tu jest mój dom. Był też inny powód, by zostać: tylko bezpośrednia bliskość wojny mogła dać mi autentyczne zrozumienie, które pozwoliłoby mi o niej pisać. Wiedza i zrozumienie doświadczenia życia to nie to samo. Wiedza oznacza posiadanie informacji. Autentyczne zrozumienie – innymi słowy, zrozumienie w sensie egzystencjalnym – to przemyślenie wiedzy na podstawie własnego doświadczenia życiowego.

Nienawiść w egzystencjalnym doświadczeniu wojny

Nienawiść. Żyjesz swoim zwykłym życiem – praca, codzienne sprawy, relacje – i nagle ktoś, bez żadnego powodu, próbuje cię zabić. Całe państwo pracuje na ten właśnie cel. Zwracasz się do znajomych i krewnych w Rosji, lecz zamiast słów wsparcia słyszysz oskarżenia o nazizm i aprobatę dla inwazji. Po 24 lutego 2022 roku wielu mieszkańców Ukrainy straciło domy, pracę, bliskich i już czwarty rok zmuszeni są walczyć o przetrwanie. Nic więc dziwnego, że rodzi się wśród nich wszechogarniająca nienawiść do wszystkiego, co kojarzy się z Rosją.

W pierwszych miesiącach wojny nienawiść ta pomogła ukraińskiemu społeczeństwu się zmobilizować, lecz z czasem stawała się coraz bardziej destrukcyjna. Nienawiści bowiem nie da się zatrzymać w sobie – po prostu wypala od środka. Pojawia się potrzeba jej wyładowania, choćby w mediach społecznościowych. Jednak tekstów pełnych przekleństw pod adresem wroga sami wrogowie nie czytają. Czytają je natomiast przyjaciele, którym ta nienawiść jest przekazywana.

W ten sposób, przekazywana z człowieka na człowieka, nienawiść narasta jak kula śnieżna, podczas gdy jej adresat pozostaje nieosiągalny. Ani Putin, ani jego otoczenie nie czytają naszych postów. Skumulowana agresja zaczyna więc przesuwać się na bliższe cele: najpierw na skorumpowanych i niekompetentnych biurokratów, potem na ukraińskich polityków oraz działaczy społecznych i religijnych, którzy przemilczają problemy, następnie na tych, którzy darzą ich szacunkiem, a ostatecznie na wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób nie spełnili naszych oczekiwań. Zaczynają się utarczki wewnątrz wspólnot Ukraińców i proukraińsko nastawionych aktywistów, a w tej wewnętrznej kłótni główny wróg – Rosja – schodzi na dalszy plan.

Intencja. Wystarczy wpuścić w siebie nienawiść, a ona całkowicie przejmie nad tobą władzę. Dlatego wewnętrznie zdystansowałem się od tego uczucia, a pracę nad filozoficznym dziennikiem czasu wojny przekształciłem w praktykę transformowania emocji w zrozumienie. Zamiast nienawiści we mnie ugruntowała się intencja walki aż do pełnego zwycięstwa nad państwem-agresorem i ukarania wszystkich winnych zbrodni wojennych. Nienawiść jest namiętnością, która wybucha spontanicznie i tłumi wolę człowieka. Intencja natomiast jest ukierunkowaniem własnej woli, porządkuje uczucia i mobilizuje siły.

Trwa już czwarty rok wojny na pełną skalę. Sytuacja na froncie stale się pogarsza. Rosja wzmacnia swój potencjał militarny. Europa coraz wyraźniej odczuwa realne zagrożenie inwazją, zwłaszcza Polska i państwa bałtyckie. Skala zagrożeń nie wpływa jednak na moją intencję, ponieważ nie zależy ona ani od mojego stanu psychicznego, ani od okoliczności zewnętrznych. Zmienia się jedynie forma walki. Dla mnie jest nią praca ze słowem.

Wewnętrzne przeżycia w egzystencjalnym doświadczeniu wojny

Strach. W mieście przyfrontowym nie ma czasu na chowanie się przed ostrzałami, a ja zresztą nie mam się gdzie schować. Dlatego gdy zaczyna się ostrzał, po prostu liczysz na to, że kolejny pocisk, dron czy bomba nie trafią w ciebie. Na początku jest strasznie, potem człowiek się przyzwyczaja i ostrzały przestają odciągać od pracy nad tekstami, nawet jeśli słychać huk nalotu, od którego drżą szyby w oknach. Teraz, gdy piszę te słowa, zupełnie blisko rozległ się potężny wybuch – dom zadrżał, a na ulicy zawyły syreny. Prąd na moment zanikł, lecz natychmiast wrócił i można pracować dalej.

Strach jest odczuwany inaczej na zapleczu i w pobliżu frontu. Czasem wydaje mi się, że na głębokim zapleczu jest nawet straszniej. Gdy śmierć jest blisko, strach staje się bardzo konkretny: trwa ostrzał – jest strach, ucichło – pojawia się rozluźnienie, jakby nic się nie wydarzyło. Człowiek nie jest w stanie żyć w ciągłym napięciu, psychika sama wygasza emocje. Im jednak dalej od frontu, tym bardziej przeraża przyszłość i niepewność sytuacji. Strach rozmywa się i staje się stałym tłem postrzegania rzeczywistości.

Niepewność. Mieszkam na obrzeżach Słowiańska, gdzie łączność telefoniczna jest słaba. Czasami po ostrzale na długo znika prąd i nie wiesz, kiedy zostanie przywrócony – ani czy w ogóle zostanie. Wtedy zostajesz w ciemności, z rozładowanym laptopem, bez możliwości dowiedzenia się, co dzieje się wokół. Być może wróg jest już blisko – a ty nawet o tym nie wiesz. Jedynie zimno w nocach zimowych przerywa tę sensoryczną izolację od świata, ponieważ pompa, która tłoczy gorącą wodę do kaloryferów, nie może działać bez elektryczności. Jeśli temperatura spadnie poniżej zera, rury pękną (na szczęście jeszcze do tego nie doszło). W takie chwile naprawdę dociera do ciebie groza niepewności jutra – tej, od której ratowała praca przy komputerze, dopóki było prąd.

Prognozy analityków rzadko się sprawdzają, ponieważ niemożliwe jest obliczenie wszystkich czynników wojny. Możemy jedynie odnotowywać tendencje – a te są teraz bardzo złe. Ale jeśli przyszłość nie jest przesądzona, może zmienić się wbrew najczarniejszym oczekiwaniom. Miejsce na nadzieję pozostaje zawsze.

Bezczynność. Choć praca męczy, bezczynność jest o wiele straszniejsza. Latem 2022 roku Słowiańsk opustoszał, a wielu spośród tych, którzy zostali, straciło swoje codzienne zajęcia. Siedzisz całymi dniami w domu bez światła, bez możliwości odwrócenia uwagi, tylko obserwujesz, jak twoje miasto jest ostrzeliwane. W protestanckim kościele „Dobra Nowina” znajoma powiedziała: „Staraj się być tu jak najczęściej, bo po prostu siedzieć w domu jest nie do wytrzymania”. Na szczęście mnie ten problem nie dotyczył, bo stale pracowałem nad tekstami, wiedziałem, że wykonuję ważną pracę i czułem się w aktywnej życiowej postawie. Dlatego spokojnie odnosiłem się do ostrzałów i innych trudności, które stają się nie do zniesienia, jeśli tkwi się w biernym obserwowaniu. Najcenniejsze w czasie wojny jest ważna sprawa, która nie pozwala pogrążyć się w bezczynności.

Postrzeganie przyszłości w egzystencjalnym doświadczeniu wojny

Iluzoryczne oczekiwania. Gdy front jest blisko, żyje się z dnia na dzień, nie licząc na przyszłość, i wtedy przestaje się rozumieć ludzi żyjących na zapleczu, którzy funkcjonują w iluzorycznych oczekiwaniach. Najpierw w Ukrainie wszyscy liczyli na nową broń, która miała przełamać sytuację na froncie. Później spodziewano się, że Rosji skończą się żołnierze. Półtora roku temu, gdy Rosjanie zaczęli posuwać się w stronę Pokrowska, w Ukrainie woleli tego nie dostrzegać – wszyscy mówili o lokalnych sukcesach pod Charkowem i zapewniali, że przeciwnikowi wkrótce zabraknie sił do ofensywy.

Na moje słowa, że nie ma żadnych oznak wyczerpania, przeciwnie – potencjał militarny Rosji rośnie, rozmówcy reagowali skrajną irytacją, a czasem agresją. Podważałem bowiem iluzje, które moralnie podtrzymywały ludzi. Zburzenie fałszywych nadziei prowadziło jednak do bolesnego rozczarowania. W tym sensie bliżej frontu jest mi łatwiej: nie ma iluzji – nie ma też rozczarowań.

Dziś, gdy armia rosyjska naciera, przyszłość wydaje się mroczna, a śmierć bywa tak bliska, że przyszłości jakby w ogóle nie było. Paradoksalnie, aby ją odzyskać, trzeba zrezygnować z oczekiwania.

Zniekształcenie percepcji i postawa pasywna. Obraz przyszłości zawsze rozmija się z rzeczywistością. Co więcej, samo oczekiwanie przyszłości zniekształca postrzeganie teraźniejszości. Przed wojną nikt nie wyobrażał sobie, że przyszłość może okazać się aż tak przerażająca, i dla chwilowych korzyści ekonomicznych Europejczycy – także Ukraińcy – pobłażali dyktatorowi zamiast przygotowywać się do wojny. Jednak nawet wojna nie doprowadziła do powszechnego otrzeźwienia, a jedynie zmieniła charakter iluzorycznych oczekiwań.

Oczekiwanie katastroficznej przyszłości tłumi wolę, a optymizm oparty na oczekiwaniu rozluźnia – jedno i drugie uniemożliwia gotowość na przyszłość. W 2022 roku czekaliśmy: oto nadchodzi nowa broń, która zmieni sytuację na polu walki, a gdy tylko wyjdziemy na granice z 1991 roku, zapanuje pokój. Iluzoryczne oczekiwania przeszkodziły dostrzec, że wojna nie zakończyłaby się niezależnie od wyniku kontrofensywy, i że przetrwanie wymaga przygotowania się do długotrwałej wojny na wyniszczenie.

Dla wielu stosunek do przyszłości przypomina prognozę pogody – przyjmuje się ją jako nieuchronną. A jeśli nie da się z tym pogodzić, szuka się innego, bardziej optymistycznego synoptyka… albo analityka wojskowego. To kształtuje postawę pasywną. Jej cena w czasie wojny jest zbyt wysoka, a przyszłość zawsze okazuje się inna, niż się spodziewaliśmy. Postawa aktywna oznacza, że przyszłości się nie oczekuje, lecz projektuje na podstawie własnych decyzji.

Wizja przyszłości. Oczekiwanie zawsze zniekształca postrzeganie teraźniejszości. Wizja przyszłości, która nie opiera się na oczekiwaniu, lecz na świadomości własnych możliwości i własnej intencji, przeciwnie, pozwala adekwatnie postrzegać teraźniejszość. Przyszłość nie jest faktem danym jak prognoza pogody, lecz możliwością, która nieustannie kształtuje się poprzez nasze decyzje; istnieje ona w naszym wewnętrznym zamiarze jako wektor naszych dążeń. Pozwala to przyjmować rzeczywistość taką, jaka jest, bez dopasowywania jej do iluzorycznych oczekiwań. Zamiast tego zmieniamy własne wewnętrzne priorytety. Rzeczywistość jest przerażająca: zbyt wiele zrobiono źle, zbyt wiele było kradzieży i zdrad, by biernie oczekiwać zwycięstwa nad Rosją. I właśnie dlatego nie trzeba niczego pasywnie oczekiwać, skoro w tej strasznej rzeczywistości można budować alternatywny projekt przyszłości – projekt zwycięstwa nad Rosją. Wizja przyszłości nie jest oczekiwaniem, lecz systemem priorytetów i ogólnym wektorem dążeń opartym na rozumieniu rzeczywistości bez iluzji.





Nikołaj Karpicki. Front w Ukrainie mierzy się z chłodem. Jak wygląda zima w Słowiańsku? Cel jest jasny – przetrwać

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 11.02.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/front/zima-w-slowiansku/


Słowiańsk na Donbasie po raz kolejny staje przed zagrożeniem zbliżenia się do niego rosyjskiej armii. Po blisko trzech latach walk, wojska Putina zdołały zdobyć Siewiersk, pokonać rzekę Siewierski Doniec, a także ruszyły się wzdłuż głównej trasy wiodącej z Bachmutu właśnie w kierunku Słowiańska. Do walk dochodzi już w pobliżu wsi Raj-Aleksandrówka. Intensywnie w ostatnich tygodniach była też niszczona okoliczna infrastruktura energetyczna i cały region pozbawiony był prądu. Do tego Kreml skrupulatnie stara się odciąć ukraińską logistykę. „To najcięższa zima w Słowiańsku we wszystkich latach wojny” – pisze Nikołaj Karpicki. Ostatnie cztery lata spędził w tym przyfrontowym mieście. Jego zdaniem Rosja wykorzystuje chłód jako broń, także przeciwko mieszkańcom miasta.

Zima w Słowiańsku: chłód jako broń

Rosja używa przeciwko cywilnym mieszkańcom Ukrainy nie tylko bomb i dronów, lecz także chłodu. Choć obiektywnie ostrzały są groźniejsze niż chłód, to psychologicznie chłód znosi się ciężej. Do zagrożenia śmiercią, możliwej w każdej chwili, z czasem się przyzwyczaja: na początku, gdy obok słychać wybuchy, robi się bardzo nieswojo, lecz potem przestaje się reagować. Do chłodu jednak przywyknąć się nie da.

Mieszkam niedaleko frontu i tutaj do chłodu dochodzi jeszcze jeden czynnik, który łamie ludzi — niepewność. Każdy znosi ją na swój sposób; mogę opowiedzieć o własnym doświadczeniu.

Styczeń okazał się mroźny. Wraz z nadejściem mrozów Rosja zaczęła celowo uderzać w ukraiński system energetyczny, próbując zamrozić kraj. Główne uderzenie spadło na Kijów. Ludzie w blokach bez prądu trafiają jakby w pułapkę: nie ma ani światła, ani wody, nie da się normalnie korzystać z toalety, dom stopniowo przemarzа. Tam, gdzie służby komunalne liczyły na szczęście i nie spuściły wody z kaloryferów, rury popękały.

Dopóki uwaga Moskwy była skupiona na stolicy, w Słowiańsku było nam łatwiej — przerwy w dostawach prądu zdarzały się rzadko i były krótkotrwałe. Gdyby prąd wyłączano tak jak w Kijowie, mój dom by tego nie wytrzymał.

Typowe domy jednorodzinne w Ukrainie nie są przystosowane do silnych mrozów, a kiedy je budowano, nikt nie myślał o możliwości wojny. W jednym z takich domów mieszkam i ja. Kuchnia znajduje się w dobudówce, oddzielnie od głównego domu; tam też stoi kocioł gazowy, który doprowadza ciepło do domu rurą łączącą oba budynki. Jeśli silnik elektryczny się zatrzyma, woda przestanie krążyć i dom szybko zamarznie.

Pod koniec stycznia zaczęła się odwilż, lecz na targu ludzie z niepokojem dyskutowali o anormalnych lutowych mrozach, których spodziewano się w następnym tygodniu. I wtedy Trump oświadczył, że poprosił Putina o wstrzymanie uderzeń w energetykę na tydzień, ponieważ jest bardzo zimno. Brzmiało to jak fantastyka, ale bardzo chciało się wierzyć. Planu „B” na wypadek długotrwałego braku prądu nie miałem.

Putin nie tyle wstrzymał ogień ze względu na ludzkie cierpienie, ale po prostu poczekał na szczyt mrozów i 3 lutego rosyjska armia uderzyła wszystkim, co zdążyła zgromadzić w dniach tego „rozejmu”: według informacji Zełenskiego — 32 rakietami balistycznymi, 11 innymi rakietami, 28 rakietami manewrującymi oraz 450 dronami uderzeniowymi. Jakby nie zauważając, co się stało Donald Trump potwierdził, że Putin dotrzymał obietnicy.

Bez ogrzewania przy minus piętnastu

Doba z 3 na 4 lutego była dla mnie najcięższa przez cały czas wojny. W te kilka godzin skupiło się całe moje postrzeganie wojny przez ostatnie cztery lata. Prąd wyłączono w ciągu dnia — tak samo nagle, jak rozpoczęła się inwazja 24 lutego 2022 roku. Z jednej strony rozumiesz, że to może się zdarzyć, z drugiej — psychologicznie nie sposób tego sobie wyobrazić i się przygotować. Bo gdy jednak do tego dochodzi, trafiasz do zupełnie innej rzeczywistości. I tu jest dokładnie tak samo w przypadku wybuchu wojny, jak i braku prądu przy piętnastostopniowym mrozie.

Pierwszą reakcją jest nadzieja, że to potrwa krótko. Dom wciąż trzyma ciepło, zupa jest ugotowana. Taka sama nadzieja była i w pierwszych dniach inwazji: trzeba wytrzymać trzy dni, …dziesięć dni, a potem wydarzy się cud — pomoc Zachodu, kontrofensywa, Rosja się wycofa. Jak jednak widzimy wojna nadal trwa, a nadzieja maleje. Prąd też nie wraca, tak jak pokój.

Zapada noc, światła nie ma i staje się jasne, że wydarzyło się coś poważnego. Najbardziej męcząca jest niepewność. Mieszkam na obrzeżach miasta i znajduję się w całkowitej izolacji informacyjnej. Nie wiem, czy to awaria lokalna, czy globalna. Być może prąd pojawi się w następnej sekundzie, a być może — nigdy. To samo odczucie towarzyszyło nam podczas kontrofensywy jesienią 2022 roku: liczysz na to, że wojna zakończy się szybkim zwycięstwem, lecz równie prawdopodobne jest, że potrwa nieokreślenie długo.

Chce się zasnąć i obudzić wtedy, gdy prąd już będzie. Zasypiałem i budziłem się wiele razy i za każdym razem robiło się coraz zimniej. Musiałem wziąć jeszcze jeden koc i dwa pledy. Nad ranem naciągnąłem na siebie piąty sweter, kurtkę i zacząłem chodzić po domu, żeby się rozgrzać. Wiedziałem już, że mróz utrzyma się co najmniej jeszcze kilka dni, a bez prądu naprawdę nie da się dotrwać do ocieplenia. Tak właśnie wygląda wojna na wyczerpanie: kto pierwszy opadnie z sił. Moskwa to wie, że ma nieporównywalnie większe zasoby od Ukrainy i stały napływ ochotników gotowych za pieniądze nas zabijać. Kijów bez pomocy sojuszników być może nie dałby rady tak długo się bronić.

Myśląc o tym, otworzyłem lodówkę na oścież — niech chłód w domu przynajmniej na coś się przyda. Zupę podgrzałem na świeczce. Garnek oddaje ciepło pomieszczeniu niemal z taką samą prędkością, z jaką je otrzymuje, ale po dwóch godzinach zupa w końcu stała się ciepła. Dopóki chodzę po pokoju tam i z powrotem, chłód jest jeszcze znośny, lecz z każdą godziną robi się coraz gorzej. Jeśli temperatura w domu spadnie poniżej zera, pękną kaloryfery i wtedy nie będzie już różnicy, czy jesteś w domu, czy na zewnątrz.

Prądu nie ma już prawie dobę i niepewność coraz bardziej przygniata. Być może na zewnątrz rura już przemarzła… Świadomość rozdziera się między nadzieją, że za chwilę zapali się żarówka, a wyobraźnią, która rysuje apokaliptyczny obraz wojny, w której nie ma już nadziei na przetrwanie. Teraz główne zadanie polega nie tyle na doczekaniu się prądu, ile na zachowaniu wewnętrznego spokoju. Aby to osiągnąć, odrywam się od oczekiwania „następnej chwili” i skupiam się na tym, co jest „tu i teraz”.

Poszukuje różnych myśli, byle by tylko oderwać głowę od poczucia zimna. Pojawia się nienawiść do wszystkich, którzy wspierali lub wspierają nadal Putina, zwłaszcza do moich znajomych Rosjan. Ale jeśli teraz dopuszczę do siebie nienawiść, to czuję, że po prostu się w niej rozpuszczę. Niezależnie od tego, jak straszne jest życie, każda konkretna chwila życia ma wartość samą w sobie i staram się przeżyć ją w pełni. Nawet jeśli w następnej chwili zginę we własnym domu od drona lub bomby. Wraz z nienawiścią odrzucam także oczekiwania i obraz rzeczywistości, który podsuwa wyobraźnia.

Dlaczego do chłodu nie da się przyzwyczaić? Mogę siłą inercji zajmować się swoimi sprawami, gdy spadają bomby, ale żeby się ogrzać, trzeba wkładać dodatkowy wysiłek. Chodzę po pokoju, by się rozgrzać, lecz jak długo tak wytrzymam — dzień, dwa? Chłodu nie da się „przeczekać” siłą inercji.

Siłą inercji można wykonywać codzienne czynności nawet w chwilach zagrożenia, o ile nie wymagają one walki o przetrwanie. W ten sposób rodzi się przyzwyczajenie do wojny. Sprzyjają mu analitycy i publicyści, kreślący optymistyczny obraz przyszłych rosyjskich porażek i ukraińskich sukcesów. W pierwszym roku wojny to nas podtrzymywało, pomagało mobilizować siły psychiczne. Wojna ma jednak także drugą stronę: prędzej czy później dosięga każdego, zmuszając do walki o własne życie. Do tego, podobnie jak do chłodu, nie sposób się przyzwyczaić, ponieważ wymaga to ciągłego wysiłku, a ludzkie siły psychiczne są ograniczone.

Celowe nastawienie — przetrwać razem z Ukrainą

Co to znaczy żyć „tu i teraz”? Jeśli postrzegać to wyłącznie w strumieniu przeżyć psychicznych, nie starczy sił, by wytrzymać to, co wojna przynosi w każdej chwili. W pełni można to przeżyć jedynie, opierając się na celowym nastawieniu, które nie zależy ani od stanów psychicznych, ani od okoliczności zewnętrznych. Tylko ono odsłania świadomość własnego istnienia w chwili „tu i teraz”, a samo to istnienie ma wartość autoteliczną. Stąd rodzi się zamiar — przeżywać tę chwilę w pełni, wbrew chłodowi, wojnie i niebezpieczeństwu śmierci w następnej minucie. Zamiar ten urzeczywistnia się w celowym nastawieniu do przetrwania mimo wszystko. Ale nie kosztem innych, lecz razem z innymi. W warunkach wojny oznacza to — przetrwać razem z Ukrainą, niezależnie od tego, jak silny jest wróg.

To celowe nastawienie dodaje sił i nadaje życiu sens. Nawet gdy nie ma prądu ani internetu, nie da się włączyć laptopa, a ja muszę chodzić po pokoju, by się ogrzać, wciąż mogę coś robić dla Ukrainy — na przykład układać w myślach teksty przyszłych publikacji.

Prąd wreszcie włączono po dobie. Rury przemarzły, lecz nie do końca — woda ledwie przez nie płynie, dlatego dom się nie nagrzewa. Mnie jest jeszcze stosunkowo znośnie. Ludziom starszym i dzieciom uwięzionym w blokach jest o wiele trudniej. Przed nami kolejne mrozy i następne wyłączenia prądu. Walka trwa.


Odpowiedzialność // Słownik wojny



Czym jest odpowiedzialność i jak jej poczucie wiąże się z uznaniem człowieka za wolnego obywatela, a nie chłopa pańszczyźnianego czy niewolnika? Dlaczego jedni Rosjanie uznają zbiorową odpowiedzialność za wojnę, a inni oburzają się, że przypisuje im się odpowiedzialność za zbrodnie reżimu, w które nie byli zamieszani? Aby odpowiedzieć na te pytania, Nikołaj Karpicki w artykule z cyklu „Słownik wojny” na portalu PostPravda.Info wyjaśnia, w jaki sposób przejawia się odpowiedzialność indywidualna i zbiorowa.

Odpowiedzialność

Odpowiedzialność przejawia się w gotowości ponoszenia odpowiedzi za własną bezczynność, własne czyny i ich konsekwencje, nawet jeśli konsekwencje te są uwarunkowane okolicznościami niezależnymi od człowieka. Wina jest moralną lub prawną oceną czynów człowieka, zakładającą moralne potępienie lub sankcję prawną. Odpowiedzialność natomiast polega na obowiązku określenia swojego stosunku do własnych działań z przeszłości albo do okoliczności, które wymagają określonych działań w przyszłości. W ten sposób wina może dotyczyć wyłącznie czynów już dokonanych, podczas gdy odpowiedzialność może odnosić się nie tylko do przeszłości, lecz także do przyszłości. Na przykład, gdy dorosły spotyka zagubione dziecko, staje się odpowiedzialny za najbliższą przyszłość tego dziecka.

Ponieważ ludzie mają skłonność do uchylania się od odpowiedzialności za swoją winę, społeczeństwo wypracowało prawne mechanizmy przymusowego pociągania do odpowiedzialności.

Odpowiedzialność za faktyczną winę z przeszłości realizuje się w gotowości poniesienia konsekwencji; odpowiedzialność za przyszłość – w działaniu; odpowiedzialność za cudze zbrodnie, z którymi człowiek mimowolnie został powiązany ze względu na miejsce zamieszkania lub obywatelstwo – w wyrażeniu swojego stosunku do tych zbrodni i ich skutków. Dlatego ignorowanie wojny zaborczej rozpętanej przez własne państwo jest przejawem nieodpowiedzialności, za którą człowiek ponosi indywidualną winę.

Odpowiedzialność mogą sobie uświadamiać jedynie ludzie wolni i zdolni do działania, dlatego stawianie człowiekowi wymogu bycia odpowiedzialnym oznacza uznanie go za wolnego i zdolnego do działania. Świadomość odpowiedzialności za zbrodnie państwa mogą mieć wyłącznie konkretne osoby, które je reprezentują; jeśli zaś odmawiają one przyjęcia tej odpowiedzialności, tracą prawo do wypowiadania się w imieniu państwa. Żądanie wobec Rosjan, by wzięli odpowiedzialność za wojnę zaborczą i zbrodnie wojenne Rosji, oznacza traktowanie ich nie jak niewolników czy chłopów pańszczyźnianych, lecz jak obywateli posiadających podmiotowość i wolną wolę. Odmowa wzięcia odpowiedzialności za zbrodnie własnego państwa oznacza utratę podmiotowości. Ponieważ wymóg ten dotyczy wszystkich zdolnych do działania obywateli Rosji, zakłada on zbiorową odpowiedzialność Rosjan za wojnę.

Odpowiedzialność zbiorowa

Odpowiedzialność zbiorowa za wojnę zaborczą oznacza obowiązek urzeczywistnienia w czynach swojego stosunku do wojny agresywnej i jej konsekwencji. O ile odpowiedzialność indywidualna wynika z własnych działań człowieka lub z jego współuczestnictwa w działaniach innych, o tyle odpowiedzialność zbiorowa jest określana przez sytuację i okoliczności – w szczególności przez to, czy dana osoba jest obywatelem państwa-agresora, czy mieszka na jego terytorium itp.

Współuczestnictwo w cudzych działaniach może mieć charakter bezpośredni – gdy są to świadome działania ukierunkowane na wspieranie wojny – oraz pośredni, gdy człowiek zajmuje się swoim życiem, płaci podatki i, być może, zgodnie ze swoimi przekonaniami nie popiera wojny. Jednak swoją codzienną działalnością mimowolnie wspiera państwo, które prowadzi wojnę. W obu przypadkach odpowiedzialność ma charakter indywidualny, ponieważ zależy od stopnia zaangażowania konkretnej osoby we wspieranie wojny. Na przykład stopień zaangażowania pracowników zakładów zbrojeniowych różni się od stopnia zaangażowania emerytów itd.

Odpowiedzialność zbiorowa wynika z okoliczności – w tym przypadku z faktu, że Rosja prowadzi wojnę w imieniu wszystkich Rosjan. Dlatego wszyscy Rosjanie, w tym także ci, którzy wyjechali z Rosji i nie są współuczestnikami działań rosyjskich władz, mimo to ponoszą zbiorową odpowiedzialność za działania państwa. Odpowiedzialność ta może mieć charakter moralny, prawny, polityczny oraz egzystencjalny.

Zbiorowa odpowiedzialność moralna zobowiązuje każdego obywatela do określenia swojego moralnego stosunku do własnych działań lub zaniechań. Jeśli natomiast ktoś nadal żyje tak, jakby wojna w ogóle go nie dotyczyła, w jego codzienności dewaluuje się doświadczenie życia ludzi, którzy przeżyli wojnę, co niszczy samą możliwość komunikacji z nimi. Z tego powodu wielu Ukraińców nie chce utrzymywać kontaktów z Rosjanami.

Zbiorowa odpowiedzialność polityczna za wojnę obejmuje wszystkich obywateli państwa-agresora, ponieważ nie zdołali oni powstrzymać swojego rządu, który rozpętał agresywną wojnę. Odpowiedzialność ta przejawia się w akceptacji politycznego ukarania za wojnę: reparacji, ograniczenia prawa do samodzielnego decydowania o losie własnego kraju, częściowej lub całkowitej utraty suwerenności państwowej, aż do demontażu państwa.

Zbiorowa odpowiedzialność prawna za wojnę nie oznacza uznania zbiorowej winy i przejawia się w obowiązku każdego obywatela państwa-agresora do zdania sprawy ze swoich działań lub zaniechań w okresie wojny w celu ich oceny prawnej. Tylko w przypadku stwierdzenia współudziału w zbrodniach wojennych – na przykład gdy dana osoba programowała starty rakiet lub prowadziła działania propagandowe wśród uczniów – sąd ma obowiązek ustalić stopień jej indywidualnej winy i wymierzyć karę.

Zbiorowa odpowiedzialność egzystencjalna za wojnę powstaje na gruncie tożsamości i przejawia się w formie wstydu za własny kraj i wspólnotę.

Subiektywne przeżywanie zbiorowej odpowiedzialności

U jednych zbiorowa odpowiedzialność wywołuje poczucie wstydu, u innych – poczucie niesprawiedliwości wynikające z tego, że obejmuje ona również ich samych. Wielu ludzi w Rosji, w tym także wśród tych, którzy wspierają Ukrainę, zadaje sobie pytanie: „Dlaczego mam ponosić odpowiedzialność za działania Putina, którego nienawidzę i który zniszczył mi życie?”. Niektórzy postrzegają zbiorową odpowiedzialność jako zrównanie ofiar i katów i pytają: „Czy ofiary stalinowskiego Gułagu ponoszą taką samą zbiorową odpowiedzialność za zbrodnie ZSRR jak kaci z NKWD?” Jednak wojnę Rosji przeciwko Ukrainie prowadzą nie pojedynczy przestępcy, lecz cały system państwowy, w który włączeni są wszyscy obywatele – także ci, którzy sprzeciwiają się wojnie. Wywołuje to u osób niepopierających wojny poczucie wstydu za swój kraj oraz za zbrodnie popełniane w ich imieniu. To właśnie to poczucie wstydu prowadzi do uświadomienia sobie zbiorowej odpowiedzialności.

Nikołaj Karpicki
Słownik wojny

Nikołaj Karpicki. Trójstronne negocjacje pokojowe w sprawie Ukrainy. Uczestnicy jakby z równoległych światów

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 27.01.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/wolnosc/trojstronne-negocjacje-pokojowe/



Trójstronne negocjacje między Ukrainą, Rosją i USA w sprawie uregulowania wojny zakończyły się 24 stycznia 2026 roku w Abu Zabi. Strony uzgodniły kontynuację rozmów 1 lutego. Ale czy pokój jest możliwy, jeśli strony zasadniczo się nie rozumieją, ponieważ myślą w różny sposób i żyją w odmiennych obrazach świata?

Uczestnicy negocjacji różnie postrzegają rzeczywistość

Przed wojną Europa uważała, że żyje z Rosją w jednym świecie, w którym wojny zaborcze są niemożliwe. Wychodząc z tego założenia, nie przygotowywała się do wojny, a nawet pomagała Rosji się umacniać. Europejczycy zakładali, że wojny są bezsensowne, ponieważ prawo własności i granice nie są określane siłą, lecz uznaniem prawnym.

Dla współczesnego, cywilizowanego człowieka nie ma znaczenia, czyi żołnierze znajdują się na danym terytorium – status prawny się od tego nie zmienia. Jeśli ktoś siłą przejął cudzą własność, i tak nie staje się jej właścicielem. W Rosji natomiast dominuje inne wyobrażenie: kto ma siłę, do tego należy terytorium i wszystko, co się na nim znajduje. Stąd na przykład przekonanie, że USA prowadziły wojnę w Iraku dla ropy naftowej. Kiedy pytałem, jak można to sobie wyobrazić – przecież sami amerykańscy żołnierze nie mogą wydobywać ropy, najpierw trzeba ją kupić – ludzie po prostu nie rozumieli pytania. Sama myśl, że własność nie zależy od obecności wojskowej, była dla nich niezrozumiała.

Ta różnica w postrzeganiu wyraźnie ujawniła się w 2014 roku. Większość Rosjan uważała, że Krym stał się rosyjski, ponieważ znajdują się tam rosyjskie wojska. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego tak nie jest: prawnie Krym pozostaje częścią Ukrainy i tylko ona ma prawo podejmować wobec niego legalne decyzje. Znamienny przykład stanowi rosyjski archeolog z Ermitażu, Aleksandr Butiagin – prowadził wykopaliska na Krymie bez zgody Ukrainy, a następnie pojechał do Polski, gdzie 10–11 grudnia 2025 roku został aresztowany. Nawet nie przyszło mu do głowy, że według europejskiego prawa jest przestępcą.

Nawet po okupacji Krymu i części wschodniej Ukrainy Europa przez długi czas uważała to, co się dzieje, za anomalię i nadal wierzyła, że z Rosją można się porozumieć. W końcu nawet ZSRR w 1975 roku uznał zasadę nienaruszalności granic, a ostatnia próba aneksji innego państwa – zajęcie Kuwejtu przez Irak w 1990 roku – zakończyła się surową karą.

Jednak rosyjska świadomość społeczna jest w dużej mierze archaiczna. Siła jest w niej ważniejsza niż prawo, dlatego agresywne ambicje rosyjskiej władzy są zrozumiałe, a wiara Europejczyków w prymat prawa – nie. W tym obrazie świata Rosja ma prawo do wszelkich terytoriów, które kiedykolwiek do niej należały, a jeśli może wprowadzić tam wojska, terytorium to uważa się za jej własne, niezależnie od prawa międzynarodowego.

Negocjacje – poszukiwanie rozwiązań w ramach prawa, platforma do zawarcia układu czy legitymizacja sukcesów agresora?

Głębokie niezrozumienie stanowiska Rosji przez Europę doprowadziło do do dyplomatycznego zwycięstwa Rosji w lutym 2015 roku – podpisania „drugich porozumień mińskich” z udziałem Francji i Niemiec. Zgodnie z tymi ustaleniami Ukraina miała przeprowadzić wybory na okupowanych terytoriach przed odzyskaniem kontroli nad granicą, a następnie zalegalizować prorosyjskie formacje zbrojne, które wcześniej powstrzymała siłą. Francja i Niemcy nalegały, że nie ma alternatywy dla „formatu mińskiego”, nie rozumiejąc, że nie chodzi o spór polityczny w ramach prawa, lecz o zajęcie kraju w barbarzyńskim, średniowiecznym sensie tego słowa.

Dziś pojawia się pytanie: o czym w ogóle Ukraina może negocjować z Rosją, która nie uznaje ani ukraińskiej tożsamości, ani prawa Ukrainy do istnienia? Realnie – jedynie o rozejmie, ponieważ wizje pokoju obu stron są tak odmienne, że uzgodnienie pełnoprawnego traktatu pokojowego jest niemożliwe. Jednak właśnie o rozejmie nie ma mowy: Rosja kontynuuje ofensywę, a Stany Zjednoczone nie zrobiły nic, by doprowadzić wojnę do pozycyjnego impasu, bez którego negocjacje o rozejmie są niemożliwe. Co gorsza, obecna administracja amerykańska ma własną wizję porządku światowego – inną niż rosyjska i europejska – co ostatecznie zamieniło perspektywy porozumień w miraż.

Rosyjskie wyobrażenie porządku światowego cofnęło się do średniowiecza: światem rządzą przemoc i okrucieństwo. Podejście europejskie jest przeciwne – opiera się na prawie i wartościach, które są ważniejsze niż korzyści. Wizja Donalda Trumpa również jest archaiczna, ale nie aż tak bardzo: raczej odpowiada logice XIX wieku. Trump nie uznaje wartości i uważa, że porządek światowy opiera się na umowach opartych na korzyściach, a stabilność zapewnia dominacja najsilniejszego państwa. Nie chce wojen i próbuje siłą zmuszać strony do porozumień, uznając to za podstawę do Pokojowej Nagrody Nobla.

Europejczycy nie rozumieją Trumpa, a on nie rozumie Putina: czy negocjacje mogą być skuteczne?

Dyskusje o warunkach pokoju toczą się między stronami, które różnie postrzegają rzeczywistość. Europejscy przywódcy nie rozumieją Trumpa i uważają, że niszczy on porządek światowy. Trump natomiast jest przekonany, że wychodzi z oczywistych dla wszystkich założeń i sądzi, że rzekomo rozumie Putina. To jednak błąd: rzeczywistość Putina jest jeszcze bardziej archaiczna niż rzeczywistość Trumpa.

To niezrozumienie dobrze widać na przykładach. Dla Europejczyków niezrozumiały jest sens „Rady Pokoju” pod kierownictwem Trumpa z wpisowym w wysokości miliarda dolarów, skoro te same zadania realizuje już ONZ. Wygląda to dla nich jak zastępowanie instytucji międzynarodowych osobistą dominacją. Dla Trumpa natomiast struktury międzynarodowe nie mogą stać ponad narodowymi, a „Rada Pokoju” to klub do zawierania transakcji, w którym gospodarz ustala zasady i pobiera opłatę za wstęp.

Europejczykom niezrozumiałe są również roszczenia Trumpa wobec Grenlandii, których sam fakt już podważa NATO. Trump jest przekonany, że świat opiera się na prawie silniejszego, a jego prawo do Grenlandii jako przywódcy najpotężniejszego państwa powinno być oczywiste. Uważa za niesprawiedliwe, że uznaje to jedynie Putin, a nie europejscy przywódcy. W tej logice zrozumiała staje się jego demonstracyjna życzliwość wobec Putina: jeśli Europa jest konkurentem w Arktyce, to Rosja stanowi wojskową przeciwwagę dla Europy, użyteczną do wywierania presji i zawierania transakcji.

Najdziwniej wyglądał epizod, gdy Trump odebrał Medal Nobla Marii Corinie Machado. Wywołało to drwiny, lecz Trump jest szczerze przekonany, że medal należy do niego i że jest to oczywiste dla wszystkich, ponieważ to właśnie jego silne przywództwo powstrzymuje wojny. Dlatego uważa, że musi odebrać medal, aby nikt nie miał co do tego wątpliwości. Ukraina opiera się na europejskich wartościach i prawnym porządku międzynarodowym. Trump ma archaiczną wizję XIX wieku, a Putin – średniowieczną, z czasów Carstwa Moskiewskiego. Jakie są szanse powodzenia negocjacji w takich warunkach? Dopuszczam, że jakieś mogą istnieć, jednak głównym priorytetem pozostaje wzmocnienie zdolności obronnych Ukrainy.

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Nikołaj Karpicki. Chersoń i rosyjska okupacja: straszniejsza może być tylko śmierć

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 12.01.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/front/zycie-w-okupowanym-chersoniu/


– Kiedy rozpoczęła się pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę, najbardziej bałem się nie ostrzałów, lecz samej okupacji. Czasami na długo znikał prąd, a wraz z nim łączność ze światem zewnętrznym – nie wiesz, co dzieje się w danej chwili na froncie w twojej okolicy. Po wyzwoleniu Iziumu i Chersonia zrozumiałem, że rzeczywistość okazała się znacznie straszniejsza niż moje najczarniejsze wyobrażenia. W rozmowie jedna z mieszkanek Chersonia powiedziała mi, że rosyjska okupacja to stan absolutnego bezprawia – straszniejsza może być tylko śmierć – opowiada Witalij, który wojnę zastał w Chersoniu na osiedlu Korabel, na Wyspie Kwarantynowe, w rozmowie z Nikolajem Karpickim.

– Rosyjska okupacja to nie jest po prostu zmiana władzy. To zamiana człowieka w rzecz, z którą można zrobić wszystko. Przed okupacją nie da się ukryć ani po prostu „przeczekać” jej w domu. Okupanci przyjdą do twojego domu i będą decydować, czy masz żyć, czy nie – a ta decyzja może zależeć od nastroju pijanych żołnierzy. Poza tym okupanci celowo polują na tych, którzy w wolnej Ukrainie otwarcie wyrażali swoje poglądy lub demonstrowali ukraińską tożsamość – mówi rozmówca PostPravda.Info.
 
Bezprawie

Witalij z Chersonia (Vital Ustas) opowiada o codziennym życiu w okupowanym mieście.

– W pierwszych dniach okupacji byliśmy w szoku. Dwa–trzy dni – i oni już są: flagi, sprzęt wojskowy jeździ po mieście. Myśleliśmy, że będzie jakaś obrona… Jak to możliwe, że pierwszego dnia znaleźli się w Kachowce?!

– To było jeszcze na samym początku. Do matki z synem, którzy po prostu szli ulicą, podjeżdża transporter opancerzony, żołnierz celuje w nich z karabinu maszynowego i milczy. Ona sama mi potem to opowiedziała. Ulica pusta. Matka stoi i nie wie, co robić: iść czy nie iść. Stoją, drżą. W końcu syn mówi: „No chodźmy, mamo”. „Chodźmy”.


Prawo do życia jest jak powietrze: dopóki je masz, nie zauważasz go.

– Bez dokumentów jesteś kawałkiem mięsa – mówi Witalij. – Gangsterskie lata dziewięćdziesiąte w porównaniu z tym, to bajki dla dzieci.

Podobnie jak Witalij, ja także pamiętam bezprawie i przestępczość początku lat 90., ale nawet wtedy wiedziałem, że jestem traktowany jak człowiek niezależnie od tego, czy miałem przy sobie paszport, czy zostawiłem go w domu. Pod okupacją jednak nawet posiadanie dokumentów niczego nie gwarantuje – nawet jeśli wszystko jest z nimi w porządku.

– Wychodzisz z domu i nie wiesz, czy wrócisz – opowiada Witalij. – Nie wiesz, gdzie znajdziesz się wieczorem: w piwnicy torturowany, a może zostaniesz rozstrzelany na posterunku kontrolnym.

Jako przykład Witalij przywołuje historię mieszkańców wsi, którzy regularnie przywozili do miasta mleko i dlatego byli już dobrze znani na posterunku kontrolnym.

– Dlaczego za każdym razem nas przeszukujecie? Kogo szukacie? – pytają rosyjskich żołnierzy.

– Szukamy nazistów.

– I ilu już tutaj złapaliście?

– My z nimi nie rozmawiamy. Jeśli coś zauważymy – strzelamy na miejscu. Dowódca batalionu powiedział: „Zobaczycie coś podejrzanego – żeby nie było żadnego oporu, możecie walić od razu”.


O tym, by kogoś rozstrzelano bezpośrednio na posterunku kontrolnym w samym mieście Witalij nie słyszał, natomiast na przedmieściach się zdarzało. W mieście na punktach kontrolnych częściej stała Rosgwardia – tam jeszcze mogli „zastanowić się”, zanim strzelili, za to przy najmniejszym podejrzeniu zatrzymywali ludzi i wysyłali ich „do piwnicy”.

Na posterunku kontrolnym

– Mieszkałem na osiedlu Korabel – kontynuuje Witalij. – To wyspiarska część Chersonia. Jest tam stocznia, skąd ostrzeliwano Mikołajów. Naszą dzielnicę oddzielono od reszty Chersonia posterunkiem kontrolnym. Z wyspy do miasta i z powrotem trzeba było jeździć tylko przez niego. Korki były straszne.

– Gdy przekraczasz posterunek, wszyscy są napięci jak struny. Przejechaliśmy – westchnienie ulgi. W mieście posterunki stały głównie na wyjazdach: drogi były całkowicie zablokowane. Ale wewnątrz miasta od czasu do czasu pojawiały się mobilne posterunki. Nagle zamykali ulicę na dwie–trzy godziny, wystawiali karabin maszynowy i zaczynali sprawdzać wszystkie samochody: dokumenty, bagaż.

– Telefony trzeba było „czyścić”: sprawdzali je na posterunkach. Przeglądali wszystko po kolei, trwało to długo – marszrutki stały i czekały. Czasem pojawiali się funkcjonariusze FSB: za pomocą specjalnej aparatury sprawdzali aktywność telefonu z ostatniego półrocza. Jeśli znaleźli coś podejrzanego – zabierali człowieka. Niektórzy potem znikali bez śladu. Na przykład w Biełozierskiem zabrali w ten sposób mężczyznę, a później wyrzucili go martwego, ze śladami tortur, pod jego domem.

– Przekraczamy posterunek między naszą dzielnicą a resztą Chersonia – i od razu: „Wszyscy mężczyźni wysiadać! Dokumenty! Rozebrać się do pasa!”. Sprawdzali tatuaże. Tatuaże więzienne znali, a jeśli znajdowali ukraińską symbolikę albo coś podobnego do run – zabierali od razu. A dalej – tortury. Dlatego ci, którzy mieli tatuaże, starali się w ogóle nie wychodzić z domu.


Jeszcze jeden przypadek Witalij przytacza z relacji matki dwóch synów. Starszy miał 22 lata, młodszy, z zespołem Downa – 18. Starszy wiózł młodszego do szpitala. Na posterunku wojskowi sprawdzili telefon i zobaczyli korespondencję w języku ukraińskim: znajomi z Kijowa pisali do niego na Telegramie.

 „Język ukraiński?! Ty sukinsynu!” – krzyczą i wyciągają go z marszrutki. Marszrutka stoi, pasażerowie patrzą, jak biją młodego chłopaka. W końcu wojskowi postanowili go zabrać, ale pasażerowie zaczęli ich błagać – prosili, by pozwolili starszemu bratu odprowadzić młodszego do szpitala. Tylko dlatego chłopaka puścili, ale spisali jego dane i ostrzegli: jeśli jeszcze raz zobaczą korespondencję po ukraińsku – to będzie koniec.

Pobić mogli po prostu za to, że ktoś powiedział nie to słowo albo nie tak spojrzał. Witalij opisuje przykład 65-letniego mężczyzny w marszrutce, który jedynie odburknął, gdy zaczepiali go wojskowi. Wyciągnęli go na zewnątrz, bili nogami i kolbami na oczach wszystkich pasażerów, a potem porzucili na poboczu. Zdarzało się, że w ten sam sposób wyciągali również kobiety.

Terror

Witalij opowiada, że okupacja to nieustanne oczekiwanie czegoś strasznego.

– Budzisz się rano i od razu sprawdzasz wiadomości. To ogłaszają jakąś „mobilizację”: wszyscy mężczyźni – do ewidencji wojskowej. To paszportyzację. To likwidują hrywnę. To kogoś szukają. To robią obchody mieszkań. To zabierają terminale ze sklepów. Płaciliśmy kartami bankowymi – to strasznie irytowało raszystów. Do sierpnia terminale zabrano z części sklepów, choć nie wszędzie. Najstraszniejsze jest to, że jesteś całkowicie pozbawiony praw. Nie ma żadnej ochrony, żadnej gwarancji, że nie zabiorą cię tylko dlatego, że im się nie spodobałeś.

– Czasem, żeby zastraszyć ludzi, okupanci sami publikowali nagrania z tortur. Na samym początku ktoś ukradł im samochód. Znaleźli tego człowieka i wrzucili wideo, jak rażą go prądem – podłączając przewody do uszu. Ból jest potworny: jakby mózg się gotował.


„Obchód mieszkań” – tak nazywano planowe przeszukania mieszkań cywilów, o których opowiada Witalij:

– Pukanie do drzwi. Pierwsze pytanie: „Kto jest w mieszkaniu?”. Sprawdzali tożsamość, przeszukiwali wszystko, nie pomijając żadnego drobiazgu. Całego Chersonia nie zdążyli przeszukać, ale na wsiach znam domy, które przeszukiwano po kilka razy.

– Cały czas słyszeliśmy, że ludzie znikają – mówi Witalij. – Pewnego razu młodzi ludzie wyszli na spacer po rozpoczęciu godziny policyjnej. Do domu już nie wrócili. Matka rano stoi pod komisariatem: „Gdzie jest mój syn?”. – „Nie wiemy”. Mogli go wysłać kopać okopy albo zrobić coś jeszcze gorszego. Bywało, że ludzie nie wracali wcale. Do dziś nie wiadomo, ile osób zaginęło. Nie da się tego dokładnie policzyć. Ludzie po prostu znikali.

– Trwało polowanie na uczestników ATO (operacji antyterrorystycznej na wschodzie Ukrainy) i członków obrony terytorialnej. Raszyści mieli listy – być może przekazane przez zdrajców. W ten sposób porwano zastępcę dowódcy batalionu obrony terytorialnej. Dwa dni później jego ciało ze śladami tortur znaleziono w Dnieprze.


Protesty

Groźba okupacji jest straszniejsza niż ostrzały – dokładnie tak to odczuwałem podczas bombardowań w przyfrontowym Słowiańsku. Dlatego ogromne wrażenie zrobiło na mnie to, jak mieszkańcy Chersonia, którym okupanci próbowali odebrać nawet prawo do życia, wychodzili protestować pod lufami karabinów maszynowych.

5 marca na Placu Wolności odbył się pierwszy masowy wiec mieszkańców Chersonia z ukraińskimi flagami i hasłami „Chersoń to Ukraina” oraz „Rosjanie, wracajcie do domu”. Wojskowi otworzyli ogień ostrzegawczy, jednak protest nie został przerwany. Od tego momentu protesty w Chersoniu stały się codziennością.

W kolejnych dwóch dniach ludzie wychodzili na akcje protestacyjne także w innych miastach obwodu chersońskiego – Nowej Kachowce, Hołej Przystani i Ołeszkach. 6 marca w Nowej Kachowce wojskowi użyli broni przeciwko protestującym, raniąc pięć osób. 13 marca w Chersoniu odbyła się największa demonstracja – wzięło w niej udział około 10 tysięcy mieszkańców miasta.

Od 19 marca w Chersoniu rozpoczęła się eskalacja przemocy wobec protestujących. Okupanci przeszli od taktyki zastraszania do bezpośredniej przemocy: brutalnych zatrzymań i pobić, użycia granatów hukowo-błyskowych oraz gazu łzawiącego. W kwietniu protesty przybrały charakter fragmentaryczny i zdecentralizowany, przenosząc się w stronę krótkotrwałych zgromadzeń i akcji symbolicznych.

Ostatnia masowa akcja protestu przeciwko rosyjskiej okupacji w Chersoniu odbyła się 27 kwietnia 2022 roku. Ruch „Żółta Wstążka” zorganizował pokojowy marsz pod hasłem „Chersoń to Ukraina”, w którym wzięło udział około 500 osób. Podczas brutalnego rozpędzania demonstracji część uczestników została ranna.

Wszystko to wiedziałem z mediów społecznościowych – z dystansu, dlatego poprosiłem Witalija, aby opowiedział, co czuł jako bezpośredni świadek.

– Raszyści od początku liczyli na to, że wszyscy tutaj masowo będą za Rosją. A tymczasem ludzie byli wrogo nastawieni, napięci. Do marszrutki wchodzi funkcjonariusz Rosgwardii i pyta: „Czemu wy wszyscy tacy naburmuszeni?”. A wszyscy milczą – wiedzą, że i tak nie wolno nic powiedzieć. Powiesz jedno słowo – mogą wyciągnąć cię z autobusu, a kierowcy powiedzieć: „Jedź, jego zostawiamy”. Kiedy zobaczyli protesty, zrozumieli, że to dla nich wrogie środowisko.

– Mityngi zaczęły się 5 marca. Na początku okupanci tylko obserwowali. Potem zaczęli podchodzić bliżej – w pełnym uzbrojeniu, z automatami, w maskach, na pojazdach. Ludzie stoją, krzyczą. Najpierw zbierały się tysiące, potem coraz mniej. Byłem na demonstracjach w drugim tygodniu – było potwornie strasznie. Prowadzono nagrania wideo, latał dron. Bałem się, że trafię do jakiejś bazy danych, a potem za udział w proteście mnie zabiorą. Przez około trzy tygodnie mityngi trwały intensywnie, a potem przeniosły się z Placu Wolności do skweru Szewczenki. Tam zbierało się już osiem–dziewięć osób przy pomniku.

– Polowanie trwało na wszystkich, którzy „zabłysnęli” w mediach społecznościowych i uczestniczyli w protestach – wyjaśnia Witalij, odpowiadając na pytanie o ryzyko udziału w demonstracjach. – W pierwszej kolejności na tych, którzy byli najbardziej aktywni w pierwszym miesiącu okupacji. Jedną moją znajomą zauważono na mityngu, a może namierzono też przez media społecznościowe. Później została zatrzymana i zabrana do piwnicy. Tam położyli przed nią na stole rozebranego chłopaka i trzech żołnierzy go zgwałciło. Potem powiedzieli jej: „Jeszcze raz zobaczymy cię na mityngach albo przy blokpostach – spotka cię to samo”. Od tamtej pory siedziała cicho jak mysz do końca okupacji: nigdzie nie wychodziła, wszystkiego się bała.


Kolaboranci

Okupanci chcieli zarządzać funkcjonującym miastem, a do tego potrzebowali specjalistów z najróżniejszych dziedzin. Witalij opowiada:

– Kiedy zrozumieli, że miasto jest całkowicie pod ich kontrolą, zaczęły się działania filtracyjne. Najpierw liczyli na to, że ludzie sami pójdą dla nich pracować i będą donosić na wszystkich, którzy są za Ukrainą. Tacy się znaleźli, ale było ich zbyt mało, by szybko stworzyć własny system zarządzania. Wtedy zaczęli celowo poszukiwać urzędników państwowych i pracowników służb komunalnych – na każdym szczeblu.

– Postanowili odtworzyć orkiestrę przy teatrze dramatycznym. Było to mniej więcej dwa miesiące przed wyzwoleniem. Znaleźli dyrygenta – Jurija Kerpatenkę – i mówią mu: „No dalej, teatr musi działać. Będziesz pracował dla nas”. On odmówił. Wywiązała się rozmowa – słowo za słowo – i zastrzelili go prosto w jego własnym domu.

– W lipcu raszyści zaczęli pracować z dziećmi – w formacie zmilitaryzowanym. W Chersoniu zorganizowali pierwsze kółko „Junarmii”, znaleźli jakichś pedagogów. Bałem się, że dotrą także do mnie, ponieważ wcześniej działałem w ruchu skautowym w Narodowej Organizacji Skautowej Ukrainy. Do tego wcześniej pracowałem w policji.

– Jeśli na ulicy widziałem byłego kolegę, starałem się przejść na drugą stronę, byle się nie spotkać. Nie wiedziałem, czy jest „za nami”, czy „za nimi”. A co, jeśli powie wprost na ulicy: „Chodź do nas, u nas normalna pensja”, a ty odpowiesz: „Nie, nie chcę”. I zaraz padnie pytanie: „A dlaczego nie chcesz?”. W ten sposób naciskali na byłych urzędników państwowych i pracowników komunalnych: „Chodź do nas pracować!… Dlaczego nie chcesz?… Z zasady?… Aha, czyli jesteś za Ukrainą!”. A potem mogło wydarzyć się wszystko: szantaż, piwnica, tortury.

– W Chersoniu był przypadek dobrze znany w naszym policyjnym środowisku. Emerytowany już oficer policji w stopniu majora poszedł pracować dla raszystów i obiecał im przyprowadzić także swojego kuma – Ołeha Chudiakowa: „Jesteśmy kumami, przyjaciółmi, tyle lat razem pracowaliśmy. On jest kompetentny, na pewno będzie dla was pracował”. Tamten jednak kategorycznie odmówił. Przez trzy dni trzymali go w piwnicy – co mu tam robili, nie wiadomo. W końcu zgodził się na współpracę i został wypuszczony. Wrócił do domu i powiesił się.

– Baliśmy się nawet znajomych – byli tacy, z którymi przyjaźniliśmy się przez wiele lat, a potem nagle okazywało się, że są raszystami do szpiku kości: „Hurra! Hurra! Jesteśmy z Rosją!”. I czego się po nich spodziewać dalej – nie wiadomo.

– Znam na przykład nauczyciela śpiewu w szkole kultury. Nigdy otwarcie nie deklarował swojej postawy politycznej, ale pewnego dnia przyszli do niego znajomi i oświadczyli: „Doniesiemy na ciebie”. – „Za co?” – „Przecież przez tyle lat prowadziłeś zajęcia po ukraińsku!”. To wystarczyło, by ogłosić człowieka „nazistą”.
 
Łączność ze światem

– W kwietniu zerwał się ukraiński internet i łączność komórkowa – mówi Witalij. – Okupanci poprowadzili internet z Krymu – z ograniczeniami, jak w Rosji. Łączność mobilną przenieśli na jakieś specjalne karty SIM, na których ukraińskie numery były zablokowane, więc nie dało się już zadzwonić do krewnych na terytorium kontrolowanym przez Ukrainę.

– W marcu–kwietniu ludzie masowo wyjeżdżali przez Mikołajów. Mój kum jechał do Aleksandriwki – to obwód chersoński – i musiał przejechać przez około dwadzieścia blokpostów. Na jednych byli trzeźwi, na innych pijani, ale rewizje były wszędzie. Wtedy na blokpostach nie było jeszcze rejestrów uczestników ATO i wielu osobom udawało się przejechać – nawet w maju jeszcze wyjeżdżano.

– W czerwcu wyjazd stał się już skrajnie trudny: ogromne korki przed blokpostami, samochody przeszukiwano nawet przez godzinę. Jednej znajomej udało się wyjechać dopiero dwudziestego siódmego dnia. Ludzie stali w kolejkach przez cały miesiąc, wynajmowali noclegi, żeby przespać noc. Czasem raszyści zaczynali strzelać – chcieli przestraszyć ludzi, żeby się rozbiegli, ale nikt nie ustępował.
 
Szkoły

– Podczas okupacji, od marca do połowy maja, szkoły nie funkcjonowały – kontynuuje swoją opowieść Witalij. – Pod koniec maja i na początku czerwca w Chersoniu otwarto około czterech szkół – po jednej w każdej dzielnicy. Tam dyrektorzy poszli na układ z okupantami. Dzieci było niewiele, klasy niepełne.

– Zajęcia trwały krótko i zostały przerwane, gdy Siły Zbrojne Ukrainy zaczęły uderzać systemami HIMARS w bazy wojskowe. Władze okupacyjne zaczęły twierdzić, że w mieście jest „niebezpiecznie”, choć dla szkół nie było żadnego zagrożenia: uderzenia były bardzo precyzyjne i wymierzone w obiekty wojskowe, zniszczono m.in. miejsca stacjonowania Rosgwardii. Klaskaliśmy, gdy SZU zadawały ciosy.

– Po tym szkoły zamknięto, a dzieci zaczęto wysyłać do „obozów” – do Kraju Krasnodarskiego, na Krym, na Białoruś. Wywożono całe klasy, a potem ich już nie zwracano. W ten sposób dzieci albo pozostały na okupowanych terytoriach, albo znalazły się w Rosji.


Chersoń. Nota historyczna

2 marca rosyjskie wojska zajęły Chersoń. We wrześniu Rosja ogłosiła przeprowadzenie „referendum” i 30 września podpisała „umowę o włączeniu” obwodu chersońskiego do Federacji Rosyjskiej. 11 listopada 2022 roku miasto Chersoń zostało wyzwolone spod rosyjskiej okupacji po 256 dniach wrogiej obecności. Przed zajęciem miasta liczba mieszkańców Chersonia wynosiła około 279 tysięcy osób, obecnie – około 60 tysięcy.

Na początku okupacji represje miały charakter chaotyczny i ich ofiarami padali przypadkowi ludzie. W miarę porządkowania aparatu represji rozpoczęto systematyczne poszukiwanie osób uznanych za „nielojalne”. W czasie okupacji Chersonia machina represji nie zdążyła zakończyć przejścia od masowych, chaotycznych represji do punktowych, systematycznych prześladowań, podobnych do tych, jakie obecnie mają miejsce w Rosji.


Nikołaj Karpicki. Czy Iran pójdzie śladami Rosji? Liczba ofiar jest ogromna

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 21.01.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/wolnosc/czy-iran-pojdzie-sladami-rosji/


Styczniowe protesty w Iranie zostały stłumione z nieludzkim okrucieństwem w imieniu reżimu, który ogłasza prymat moralności religijnej. Jednak taka brutalność stoi w sprzeczności z jakąkolwiek moralnością i jakąkolwiek religią. Czy nieuchronne jest przeobrażenie ideologicznego totalitaryzmu w Iranie w nekroimperializm – na wzór tego, co wydarzyło się w Rosji?

Skala przemocy w Iranie jest nieznana: to, co wiemy, to wierzchołek góry lodowej

Władze Iranu wprowadziły blokadę informacyjną i wyłączyły internet, dlatego nie dysponujemy pełnym obrazem wydarzeń – skali represji i liczby ofiar. Niemniej nawet na podstawie fragmentarycznych danych można stwierdzić, że poziom przemocy i okrucieństwa jest bezprecedensowy, nawet jak na irańskie realia. Liczba zabitych liczona jest w tysiącach, rannych – w dziesiątkach tysięcy.

Według danych sieci obrońców praw człowieka HRANA (Human Rights Activist News Agency), na dzień 18–19 stycznia 2026 roku potwierdzono 3 766 zgonów w wyniku tłumienia protestów, ponad 2 tysiące ciężko rannych oraz około 24 tysiące zatrzymanych. A to jedynie wierzchołek góry lodowej: rzeczywista liczba ofiar może być wielokrotnie wyższa. Po stłumieniu protestów liczba zmarłych prawdopodobnie będzie nadal rosła z powodu osób torturowanych w więzieniach oraz skazanych na karę śmierci.

Istnieją liczne świadectwa strzelania z broni palnej, tak by zabić – w głowę i tułów – a także przypadki strzelania do rannych. Odnotowano również wtargnięcie sił bezpieczeństwa do szpitala w mieście Ilam, gdzie bito pacjentów i lekarzy. Te epizody, będące jedynie fragmentami znacznie większej tragedii, pokazują, że władza traktuje własny kraj jak terytorium okupowane.

Dlaczego władza irańska postrzega własny kraj jako wrogi?

Podobnie jak w systemie sowieckim, w Iranie państwo podporządkowane jest nadrzędnej, ponadpaństwowej pionowej strukturze ideologicznej. Realną władzę sprawuje nie prezydent wybierany w wyborach powszechnych, lecz rahbar – najwyższy przywódca religijny. Obecnie funkcję tę pełni ajatollah Ali Chamenei. Bezpośrednio kontroluje on Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (KSRI), organizację „Basidż” – młodzieżową formację paramilitarną podporządkowaną KSRI – a także kluczowe instytucje sądowe i religijne.

KSRI jest de facto „państwem w państwie”, niepodlegającym ani prezydentowi, ani parlamentowi. Stanowi równoległy system władzy, dysponujący własnymi siłami lądowymi, wywiadem oraz strukturami śledczo-sądowymi.

To właśnie Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (KSRI) oraz „Basidż” rozprawiały się z mieszkańcami Iranu jak z „obcymi”, z którymi nie łączy ich ani wspólnota narodowa, ani religijna. Dyktatura, która deklaruje ochronę religii i moralności jako swój priorytet, postrzega ludność własnego kraju jako wrogów, wobec których normy moralne nie mają zastosowania. Oznacza to, że między władzą Iranu a irańskim społeczeństwem nie istnieje już żadna wspólna tożsamość – ani narodowa, ani religijna. Te dwa Irany – Iran władzy i Iran obywateli – nie są już zdolne do pokojowego współistnienia.

W historii istniał już precedens takiego rozłamu państwa – czerwony terror rozpętany przez bolszewików po przejęciu władzy w Rosji. Do ludności własnego kraju odnosili się oni jak do mieszkańców terytorium okupowanego, fizycznie likwidując duchownych, przedsiębiorców i „wrogie elementy” wyłącznie z powodu ich przynależności do określonej grupy społecznej. Od irańskiego reżimu teokratycznego różnił ich jedynie ateistyczny charakter ideologii; sama struktura władzy ideologicznej była w istocie taka sama.

Bolszewikom udało się zniszczyć starą Rosję i zbudować na jej miejscu totalitarny Związek Sowiecki, oparty na nowej tożsamości ideologicznej. Jednak logika historyczna doprowadziła później do jego transformacji – w formę, której ucieleśnieniem stała się współczesna Rosja.

Historyczna logika ewolucji reżimu totalitarnego wygląda następująco:

  •     powstaje ideologiczna nadbudowa ponad państwem (partia, rahbar), która uzasadnia totalną kontrolę nad instytucjami państwowymi i codziennym życiem ludzi za pomocą jakiejś „wyższej” idei (komunizm, szyicka teokracja);
  •     w celu praktycznej realizacji tej kontroli tworzony jest aparat represji oraz służby specjalne (Czeka, NKWD, KGB, KSRI);
  •     z czasem ideologia traci zdolność mobilizowania i podporządkowywania społeczeństwa, a służby specjalne uwalniają się spod kontroli ideologicznej i zaczynają kierować się instynktem samozachowawczym oraz dążeniem do utrzymania władzy;
  •     przedstawiciele aparatu bezpieczeństwa przejmują władzę, lecz okazują się niezdolni do rozwiązywania złożonych problemów społecznych i gospodarczych, dlatego instynktownie dążą do upraszczania systemu społecznego poprzez przemoc i eliminację nielojalnych;
  •     kształtuje się społeczna nekrofilia – światopogląd, w którym śmierć staje się uniwersalnym sposobem rozwiązywania problemów. W rezultacie ideologiczny totalitaryzm przekształca się w pozbawiony wyraźnej orientacji ideowej, z natury cyniczny nekroimperializm.

Iran: zagrożenia i nadzieja

Logika historyczna to bezwładność biegu wydarzeń; nie przesądza ona o tym, jakie konkretnie decyzje będą podejmować ludzie. Można ją porównać do nurtu rzeki, który trzeba brać pod uwagę, aby płynąć, jednak na podstawie samego nurtu nie da się przewidzieć, dokąd i kiedy dopłyną statki. Właśnie dlatego należy ostrzegać przed dowolnymi uogólnieniami: w każdym procesie historycznym współistnieją różne, czasem przeciwstawne tendencje, i tylko od decyzji samych ludzi zależy, która z nich przeważy.

W przeciwieństwie do późnego Związku Sowieckiego, społeczeństwo Iranu pozostaje młode. Świadczy o tym wzrost liczby ludności z 37–38 milionów w momencie rewolucji islamskiej do 88,5 miliona obecnie. Można zniszczyć politycznych przeciwników i aktywistów, ale nie da się zniszczyć całej młodzieży – aktywnej, dynamicznej i niechcącej żyć w społeczeństwie totalitarnym. Czy to nowe pokolenie zdoła odnieść zwycięstwo – pozostaje pytaniem otwartym.

Ajatollah Ali Chamenei wygląda równie zniedołężniały jak państwowa ideologia Iranu, co pod wieloma względami przypomina późny Związek Sowiecki. Jednak Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej oraz inne instytucje represyjne są znacznie silniejsze i bardziej agresywne niż służby specjalne schyłkowego ZSRR i w walce o utrzymanie władzy nie cofną się przed niczym. Nie można wykluczyć, że władza będzie w stanie stłumić protesty i zakonserwować reżim na wzór północnokoreański. Możliwy jest także inny scenariusz – powtórzenie rosyjskiej drogi: po upadku dyktatury ajatollahów kraj na pewien czas przejdzie do demokratycznych form rządów, a następnie spadkobiercy KSRI przejmą władzę i ustanowią nową dyktaturę, podobnie jak stało się to w Rosji – opartą nie na ideologii, lecz na nekrofilicznym instynkcie.

Logika historyczna takiego rozwoju wydarzeń nie jest z góry przesądzoną przyszłością, lecz zagrożeniem, z którym mierzymy się już dziś. Również logika historyczna, w ramach której nowe pokolenie odrzuca teokratyczny totalitaryzm współczesnego Iranu, nie gwarantuje lepszego rezultatu, a jedynie daje na niego nadzieję.

środa, 17 grudnia 2025

Nikołaj Karpicki. Obalamy rosyjską propagandę nt. mieszkańców Donbasu. Do czego kłamstwa są potrzebne imperium Putina?

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 17.12.2025.
URL: https://postpravda.info/pravda/propaganda/donbas-i-rosyjska-propaganda/


Czyj powinien być Donbas i dlaczego nie można go oddać Rosji? Od kilku tygodni trwają intensywne rozmowy na temat ewentualnego zawarcia porozumienia pokojowego między napadniętą Ukrainą a Rosją, która napadła na ten kraj. Jednym z postulatów, jaki zdają się podtrzymywać także Stany Zjednoczone, jest to aby Kijów zrzekł się całego przemysłowego regionu na wschodzie. Amerykanie mieli podobno mocno naciskać na Wołodymyra Zełeńskiego podczas rozmów w Berlinie, by zgodził się na to ustępstwo wobec Kremla. Putin i jego dopuszczona do głosu na arenie międzynarodowej, zbrodnicza, propagandowa świta próbują od dawna przekonać świat, że Donbas powinien należeć do Federacji Rosyjskiej, bo rzekomo mieszkają tam sami rosyjskojęzyczni i prorosyjsko nastawieni ludzie, a w 2014 roku region ten według Moskwy opowiedział się przeciwko Majdanowi. W dzisiejszym wydaniu PostPravda.Info obalamy spreparowane na użytek wojny mity Kremla. Oto cała prawda o ukraińskim Donbasie w tekście prof. Nikolaja Karpickiego, który mieszka w Słowiańsku.

Kogo popierali mieszkańcy Donbasu po zwycięstwie Majdanu w 2014 roku?

Rosyjska świadomość imperialna odtwarza agresywne mity o mieszkańcach Donbasu, które kremlowska propaganda przekształciła w system narracji, wykorzystywany do usprawiedliwiania wojny przeciwko Ukrainie. Narracje te wciąż są powielane w świadomości masowej, nawet bez bezpośredniego udziału propagandy, i już wpływają na decyzje ludzi nie tylko w Rosji, lecz także poza jej granicami. Większość z nich to kłamstwa i manipulacje wymyślone w chłodnych murach Kremla.

Mit 1: Po zwycięstwie Majdanu w 2014 roku mieszkańcy Donbasu wystąpili przeciwko władzy w Kijowie i wezwali Rosję na pomoc.

Założenie mitu.
W Doniecku odbywały się prorosyjskie demonstracje.

Komentarz. Wbrew prowokacjom i przemocy ze strony zwolenników Rosji, równolegle z prorosyjskimi mitingami w Doniecku wiosną 2014 roku odbywały się masowe manifestacje popierające jedność Ukrainy. 5 marca 2014 roku na centralnym placu Doniecka, pod ukraińskimi flagami, odbył się wiec „w obronie jedności Ukrainy”, w którym uczestniczyło – według różnych źródeł – od 5 do 15 tysięcy osób. Dochodziło do prowokacji i ataków na demonstrantów. 13 marca 2014 roku na wiec poparcia dla jedności Ukrainy w centrum Doniecka przyszło – według różnych danych – od 500 do 1000 osób. Demonstracja zakończyła się krwawą przemocą ze strony prorosyjskich aktywistów. 17 kwietnia 2014 roku od 3 do 5 tysięcy osób zgromadziło się w Donieckim Parku Zwycięstwa na wiecu „Z modlitwą za Ukrainę”, który przebiegł stosunkowo spokojnie.

Za jednością Ukrainy opowiedziała się także większość kościołów Donbasu. 25 lutego 2014 roku z inicjatywy Międzywyznaniowej Rady Kościołów Doniecka i obwodu donieckiego rozpoczął się międzywyznaniowy maraton modlitewny „O pokój, miłość i jedność Ukrainy”. Każdego dnia w centrum Doniecka odbywała się wspólna modlitwa z udziałem przedstawicieli prawosławia, katolicyzmu, protestantyzmu i islamu. Maraton trwał do sierpnia 2014 roku, kiedy seria aresztowań jego uczestników zmusiła organizatorów do opuszczenia placu.

Mit 2: Mieszkańcy Donbasu opowiedzieli się za niepodległością od Ukrainy w referendum w 2014 roku.

Założenie mitu.
Prorosyjscy bojownicy 7 kwietnia 2014 roku w Doniecku ogłosili tzw. „Doniecką Republikę Ludową”, a 11 maja 2014 roku zorganizowali referendum popierające tę decyzję. Wyglądało na to, że w głosowaniu uczestniczyło wielu ludzi, jednak rzeczywistej liczby głosujących nie da się ustalić.

Komentarz. Referendum zorganizowane przez prorosyjskich bojowników było zarówno nielegalne, ponieważ nie miało żadnych podstaw prawnych, jak i nielegitymne, gdyż brakowało w jego sprawie społecznego porozumienia. Prawdziwe referendum zakłada wcześniejszą publiczną dyskusję, której w tym przypadku nie przeprowadzono. Dlatego z punktu widzenia formy organizacji nie było to referendum, lecz swego rodzaju sondaż opinii publicznej. Co więcej, wielu jego uczestników nie rozumiało, nad czym dokładnie głosuje, a każdy nadawał temu wydarzeniu własne znaczenie. Udział w tym przedsięwzięciu tworzył jednak iluzję wpływu na sytuację, co stanowiło psychologiczny mechanizm obronny przed lękiem o przyszłość. Dla wielu osób właśnie ten czynnik był jedynym powodem, by wziąć udział w „referendum”.

Kto jest odpowiedzialny za terror wobec mieszkańców Donbasu?

Mit 3: Po zwycięstwie Majdanu w 2014 roku nowa władza w Kijowie rozpoczęła represje wobec mieszkańców Donbasu, co stało się przyczyną rozpoczęcia walki o oderwanie się od Ukrainy.

Założenie mitu.
Propagandowe fałszywki rozpowszechnione w przestrzeni informacyjnej, które nie znalazły potwierdzenia.

Komentarz. Ze strony zwolenników jedności Ukrainy nie odnotowano przypadków ideologicznie motywowanych tortur ani zabójstw mieszkańców Donbasu, podczas gdy po stronie prorosyjskich zwolenników takich przykładów jest wiele.

Pierwszy akt masowej przemocy na tle ideologicznym miał miejsce 13 marca 2014 roku, kiedy uczestnicy prorosyjskiego wiecu napadli na manifestantów popierających jedność Ukrainy – kilkadziesiąt osób zostało rannych, a 22-letni Dmytro Czerniawski został zabity. 24 maja 2014 roku bojownicy zniszczyli namiot maratonu modlitewnego, a jeden z jego uczestników – pastor donieckiego zboru ewangelicznego „Zgromadzenie Boże” Sergij Kosjak – został tymczasowo zatrzymany i pobity. 4 lipca 2014 roku prorosyjska grupa zbrojna „Rosyjska Armia Prawosławna” pojmała innego uczestnika maratonu, greckokatolickiego księdza Tychona Kulbakę. Cierpiący na cukrzycę duchowny spędził 12 dni w niewoli bez leków, był torturowany i przeżył cudem. 8 czerwca 2014 roku w Słowiańsku prorosyjscy bojownicy pod dowództwem Igora Girkinа (Striełkowa) porwali, brutalnie torturowali i rozstrzelali czterech członków zielonoświątkowego Kościoła „Przemienienie Pańskie”: dwóch diakonów – Wiktora Bradarskiego i Wołodymyra Welyczkę, oraz dwóch synów pastora – Ruwyma i Alberta Pawenków. 8 sierpnia 2014 roku został porwany pastor, uczestnik modlitewnego maratonu Ołeksandr Chomczenko, który przez cztery dni był brutalnie torturowany. Jego zdrowie nigdy się nie poprawiło, a 14 lutego 2018 roku duchowny zmarł. Podobnych przypadków było bardzo wiele, jednak tylko część z nich trafiła do mediów.

Mit 4: Ukraina przez osiem lat ostrzeliwała mieszkańców Donbasu.

Założenie mitu.
Relacje mieszkańców Donbasu o tym, że byli ostrzeliwani przez Ukrainę.

Komentarz. Siły prorosyjskie w Donbasie mogły prowadzić działania bojowe jedynie przy pełnym zaopatrzeniu i wsparciu technicznym ze strony Rosji i właśnie ten fakt był główną przyczyną trwających starć zbrojnych. Jednocześnie można wskazać dwa powody, dla których jeszcze przed pełnoskalową inwazją, w wyniku artyleryjskich wymian ognia wzdłuż linii frontu, pociski nierzadko trafiały w dzielnice mieszkalne, również w wyniku tzw. „ognia przyjacielskiego”. Po pierwsze, podczas takich potyczek obie strony aktywnie manewrowały, starając się uniknąć ognia przeciwnika i często strzelały „na wyprzedzenie”, by objąć ogniem przypuszczalne pozycje wroga. Po drugie, używano pocisków artyleryjskich i rakiet systemów Grad o przekroczonym terminie przydatności, co prowadziło do odchyleń od planowanej trajektorii i nieprzewidywalnych trafień. Wiele zeznań naocznych świadków opiera się na uogólnieniach, że wszystkie ostrzały przypisuje się stronie, której nie popierają.

Oprócz przypadkowych zniszczeń zdarzały się także celowe prowokacje ze strony prorosyjskich formacji zbrojnych, mające na celu utrzymanie określonego poziomu aktywności bojowej, ponieważ od tego zależało ich materialne wsparcie.

Strona ukraińska wprowadziła szczególny reżim prawny strefy prowadzenia „operacji antyterrorystycznej” (ATO) i określiła zasady zabezpieczenia oraz gwarancje prawne dla żołnierzy.

Rosja natomiast nie wprowadziła podobnego reżimu – wypłaty za udział w działaniach bojowych miały formę dodatków „za szczególne warunki służby wojskowej”. W ten sposób dla prorosyjskich formacji powstał materialny bodziec do utrzymywania intensywności walk, w tym poprzez ostrzały ludności cywilnej, by sprowokować ogień zwrotny.

Taktyka całkowitego niszczenia miast podczas ich oblężeń zaczęła być stosowana przez stronę rosyjską na Donbasie od 2022 roku, po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji. Strona ukraińska nigdy nie stosowała podobnej taktyki.

Polityczne tradycje mieszkańców Donbasu

Mit 5: Większość mieszkańców Donbasu zawsze głosowała na partie prorosyjskie, co świadczy o ich pragnieniu bycia z Rosją, a nie z Ukrainą.

Założenie mitu.
W wyborach parlamentarnych 26 października 2014 roku w obwodzie donieckim według list partyjnych zwyciężył uznawany za prorosyjski „Blok Opozycyjny”, zdobywając 38,9% głosów. Na drugim miejscu znalazł się „Blok Petra Poroszenki” – 18,2%, a na trzecim Komunistyczna Partia Ukrainy – 10,2%. W okręgach jednomandatowych obwodu donieckiego często wygrywali byli członkowie Partii Regionów, uznawani za prorosyjskich. W wyborach parlamentarnych 21 lipca 2019 roku według list partyjnych zwyciężyła również uważana za prorosyjską partia „Opozycyjna Platforma – Za życie”, uzyskując 41,77% głosów.

Komentarz. Wyniki tych wyborów nie odzwierciedlały prorosyjskich nastrojów, lecz potrzebę znalezienia kompromisu z Rosją, by nie bać się wojny i móc spokojnie odwiedzać krewnych na okupowanym terytorium. Mieszkańcy obwodu donieckiego z założenia akceptowali lokalny dyskurs polityczny, który był im bliski i zrozumiały, a w jego ramach wybierali tych, którzy – ich zdaniem – zajmowali umiarkowane stanowisko. W tym przejawiało się utopijne marzenie o odtworzeniu przestrzeni bez granic, takiej jak istniała w Związku Radzieckim. Pełnoskalowa inwazja uświadomiła wielu mieszkańcom Donbasu utopijność ich marzenia o „otwartej”, wspólnej przestrzeni.

Tożsamość mieszkańców Donbasu i wpływ rosyjskiej ideologii

Mit 6: Mieszkańcy Donbasu chcą do Rosji, ponieważ uważają się za Rosjan.

Założenie mitu.
Mit stworzony przez rosyjską propagandę na podstawie dowolnego uogólnienia pojedynczych nastrojów.

Komentarz. Na Donbasie historycznie dominowała tożsamość lokalna, zgodnie z którą ludzie utożsamiają się przede wszystkim ze swoją miejscowością lub wspólnotą, a nie z państwem. Ideologia radziecka narzucała identyfikację z sztuczną wspólnotą „narodu radzieckiego”, z której dziś pozostała jedynie nostalgia za wspólną przestrzenią bez granic, w której mieszkali przyjaciele i krewni. Podobnie jak dominacja przekonań komunistycznych w okresie ZSRR nie zmieniła tożsamości mieszkańców Donbasu, tak rozpowszechnienie prorosyjskich nastrojów również nie mogło jej przekształcić w rosyjską tożsamość narodową.

Wielu mieszkańców Donbasu nadal utrzymuje lokalną tożsamość, z której perspektywy oceniają, co może im zaoferować Ukraina, a co Rosja. Pod wpływem silniejszej rosyjskiej propagandy część ludności popiera Rosję, lecz po inwazji liczba takich osób maleje. Ich orientacja jest raczej ideologiczna niż narodowa – nie czują się Rosjanami. Jednocześnie wojna na Donbasie przyspieszyła rozwój ukraińskiej tożsamości obywatelskiej, a wolontariat i pojawienie się osób wewnętrznie przesiedlonych sprzyjają jej umacnianiu i rozwojowi więzi między regionami.

W rezultacie na Donbasie nie ma podziału etnicznego – wszystkich łączy lokalna tożsamość, na której podstawie kształtuje się nowa ukraińska wspólnota obywatelska.


czwartek, 11 grudnia 2025

Nikołaj Karpicki. Czy powrót kultury rosyjskiej na salony w świetle wojny jest możliwy? Czym grozi relatywizacja agresji na Ukrainę?

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 10.12.2025.
URL: https://postpravda.info/pravda/wolnosc/ideologiczny-koncept-kultury-rosyjskiej/


Jak powinniśmy dziś odnosić się do kultury rosyjskiej w świetle wojny, którą Rosja prowadzi przeciwko Ukrainie? Kieruję ten artykuł przede wszystkim do odbiorców europejskich i amerykańskich. Ukraińcom trudno będzie powiedzieć coś nowego, oni i tak wszystko rozumieją. Pisanie o tym nie jest łatwe. Ja sam dorastałem na Syberii, przez wiele lat wnosiłem własnym filozoficznym pisarstwem wkład w kulturę rosyjską, a teraz świadomie opowiadam się po stronie Ukrainy. Kiedy zabierałem się do pracy nad tym artykułem, akurat dotarła wiadomość o ataku rakietowym na blok mieszkalny w Tarnopolu. Około stu rannych, trzydziestu trzech zabitych, wśród nich sześcioro dzieci.

Miejsce kultury rosyjskiej w wojnie ideologicznej

Po wszystkich zbrodniach popełnionych przez Rosję każda jej forma reprezentacji – w sporcie, nauce, kulturze – jest dla Ukraińców nie do przyjęcia. W warunkach wojny na wyniszczenie nie może istnieć inne podejście. Odmienną kwestią jest to, jak mają odnosić się do kultury rosyjskiej Europejczycy, którzy żyją w stosunkowo spokojnych warunkach. W historii było przecież wiele państw, które prowadziły wojny eksterminacyjne i popełniały potworne zbrodnie, a mimo to nie odrzucamy kultur tych krajów. Co więc zrobić z Rosją?

Twórczość kulturowa wymaga wolności, dlatego rosyjskie państwo przez całą swoją historię pozostawało w konflikcie z kulturą, zmuszając twórców do pracy na rzecz ideologii państwowej. W najlepszym razie oferowano wybór między zapomnieniem w biedzie a uznaniem państwowym. W najgorszym – między wolnością a Gułagiem. Dlatego wielu twórców starało się dostosować do władzy, rezygnując z wolności artystycznej i własnych przekonań. Tak dokonywała się ideologiczna mobilizacja kultury, przekształcająca ją w narzędzie wojny.

Można to porównać do takiej sytuacji: choć każdy człowiek jest wyjątkową jednostką, to jednak jeśli Rosja mobilizuje go do armii, która idzie by zabijać Ukraińców, to i tak będzie postrzegany jako wróg. Skoro Rosja prowadzi wojnę ideologiczną, mobilizując w tym celu kulturę rosyjską, to i stosunek do niej w Ukrainie będzie wrogi.

Czy dekonstrukcja kultury rosyjskiej jest możliwa? Nie jesteśmy szympansami

Nawet w okresach pokoju Związek Radziecki żył w stanie wojny ideologicznej, a szkolna edukacja była całkowicie podporządkowana jej celom. Nauczyciele oczekiwali od nas nie tyle zrozumienia artystycznej koncepcji, ile umiejętności wydobycia „właściwego” ideologicznego przesłania: wyjaśnienia, jakie poglądy wyraża bohater i jakie stanowisko zajmuje autor. Dziś nastąpiła zmiana ideologicznego konceptu – zamiast kultury radzieckiej funkcjonuje kultura rosyjska, ale istota pozostała ta sama. Ten koncept Rosja wykorzystuje jako broń ideologiczną w wojnie przeciwko Ukrainie. Dlatego Ukraińcy odrzucają kulturę rosyjską – i jest to fakt wynikający z logiki wojny o przetrwanie. Jednak ja widzę rozwiązanie w zniszczeniu tej ideologicznej broni poprzez dekonstrukcję konceptu kultury. Jak to zrobić?

Kultura to przestrzeń twórczej samorealizacji jednostki oparta na najwyższych wartościach. Społeczeństwo, w którym wszystko regulowane jest jedynie normami społecznymi, niezwiązanymi z wartościami kulturowymi, to społeczeństwo naszych najbliższych krewnych w świecie zwierząt, czyli szympansów. Jeśli będziemy żyć wyłącznie zgodnie z instynktami społecznymi, cofniemy się więc do stanu pierwotnego.

W latach szkolnych wydawało mi się, że system radziecki wpajał najwyższe wartości, które miały poskromić pierwotne instynkty społeczne uczniów. Jednak już w starszych klasach zrozumiałem, że się myliłem. System radziecki oferował nie wartości, lecz ideologiczne wytyczne, mające na celu manipulowanie instynktami społecznymi. Na studiach filozoficznych wiedziałem, że te wytyczne w przyszłości uniemożliwią mi nauczanie filozofii i publikowanie własnych prac.

Dla mnie filozofia jest ucieleśnieniem osobistego doświadczenia życiowego, skierowanego na to, co wieczne i uniwersalne. Tego szukałem w tradycjach filozoficznych rosyjskiej, niemieckiej, indyjskiej, chińskiej i wielu innych. Jednak system radziecki dopuszczał jedynie filozofię marksistowską, faktycznie zakazując innego sposobu myślenia. Podobny konflikt z systemem przeżywali pisarze, artyści, reżyserzy filmowi, humaniści. Wielu wybierało kompromis – i tym samym zabijało swój talent.

Gdy oglądamy genialne filmy lub czytamy wybitne utwory literackie epoki radzieckiej, zazwyczaj nie zastanawiamy się, że za każdym z nich kryła się ciężka walka twórców z normami społecznymi ZSRR o skrawki wolnej przestrzeni kulturowej. Bardzo często ta walka kończyła się porażką – a wtedy autorzy kaleczyli własne dzieła, dostosowując je do ideologicznych wytycznych. Prawdziwa twórczość kulturalna istnieje w wymiarze „osobiste – uniwersalne”. Tymczasem system radziecki widział w kulturze jedynie „społecznie znaczące”, zastępując kulturę jej imitacją w formie ideologicznego konstruktu.

Kiedy przyszedł faszyzm, Rosja nie miała już przyszłości

Upadek Związku Radzieckiego początkowo otworzył przede mną możliwość nauczania filozofii i publikowania. Cenzura została zniesiona, a dostęp do dziedzictwa kulturowego był wolny. W tamtych latach wierzyłem, że Rosja stanie się normalnym krajem demokratycznym – takim jak Polska czy Ukraina. Lecz gdy w pierwszych wyborach parlamentarnych zwyciężyła partia o orientacji imperialnej i szowinistycznej, zrozumiałem, że perspektywa nadejścia faszyzmu do mojej ojczyzny jest całkowicie realna. Kiedy rozpoczęła się pierwsza wojna rosyjsko-czeczeńska, stało się jasne, że trzeba walczyć wszelkimi siłami, aby zapobiec nadejściu kolejnej totalitarnej dyktatury. A kiedy zaczęła się druga wojna czeczeńska, uświadomiłem sobie, że przegraliśmy – i że Rosja nie ma już przyszłości.

Na początku lat 90. Rosyjska Cerkiew Prawosławna cieszyła się w społeczeństwie ogromnym szacunkiem za to, że zdołała przetrwać i zachować tradycję religijną w latach władzy radzieckiej. Jednak zauważałem, że każde kolejne pokolenie studentów odnosiło się do RCP nieco gorzej niż poprzednie i w ciągu dwudziestu lat głęboki szacunek ustąpił całkowitemu odrzuceniu. Młodzież coraz wyraźniej widziała, że Cerkiew oferuje nie religię, lecz religijną ideologię. Nie akceptowano takiego wyboru.

Podobne zmiany zachodziły w moim osobistym stosunku do kultury rosyjskiej. Początkowo postrzegałem ją jako przestrzeń wolnej twórczości, nietkniętą ideologią komunistyczną. Rosyjskich nacjonalistów, którzy usprawiedliwiali swoje imperialne roszczenia „wielką kulturą rosyjską”, uważałem za margines. Po dziesięciu latach okazało się, że to właśnie moje rozumienie kultury – w wymiarze „osobiste – uniwersalne” – stało się marginalne, podczas gdy w świadomości społecznej utrwaliło się ideologiczne, imperialne pojmowanie kultury rosyjskiej. Dziś ten ideologiczny konstrukt przekształcił się w broń wojny przeciwko Ukrainie, a w perspektywie i moim odczuciu – przeciw całej cywilizacji europejskiej.

Co może zrobić Europa? Zamykać rosyjskie centra, ale to dopiero początek

Dla Ukraińców, którzy jednocześnie stawiają opór agresji militarnej i ideologicznej, każda forma reprezentacji Rosji jest nie do przyjęcia. Ale jak mają odnosić się do kultury rosyjskiej przedstawiciele innych narodów europejskich, które obecnie nie prowadzą wojny? Oczywiste jest, że w takich okolicznościach należy wygaszać wszelkie programy kulturalne, które w taki czy inny sposób reprezentują współczesną Rosję jako państwo: działalność rosyjskich centrów kultury („Domów Rosyjskich”), fundacji „Russkij Mir”, Rossotrudniczestwa, Roskoncertu i innych podobnych instytucji. Ale czy to wystarczy? Uważam, że konieczna jest również konsekwentna dekonstrukcja ideologicznego konceptu kultury rosyjskiej w świadomości społecznej.

Przeprowadzenie takiej dekonstrukcji bez strat jest niemożliwe, a to oznacza, że trzeba będzie przestać mówić o rosyjskiej tradycji kulturowej jako całości. Jednak nie powinno to w żaden sposób wpływać na osobisty stosunek do twórców, autorów dzieł kultury. Po prostu ten stosunek nie powinien zależeć od ideologicznych wytycznych ani od jakiejkolwiek konceptualizacji kultury. W tym celu wystarczy nie oceniać pisarza czy artysty z perspektywy społecznej i przestać doszukiwać się u niego „właściwej” albo „wrogiej” postawy ideologicznej.

Z punktu widzenia szkoły radzieckiej popełniam główny grzech: rozpatruję twórczość kulturową w wymiarze „osobiste – uniwersalne”, nie zważając na jej ideologiczne obciążenie ani na jej społeczne znaczenie. Być może w warunkach wojny ideologicznej, rozpętanej przez Rosję, ktoś nawet zarzuci mi „dezercję”. Ale tylko w ten sposób można nie upodobniać się do wroga – pokonać smoka i samemu nie stać się smokiem.

Nie oczekuję od twórcy kultury, by był nauczycielem życia, wzorem moralnym czy nosicielem „właściwej” ideologicznej postawy. Twórcy są takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni: ze swoimi słabościami, uprzedzeniami, egoizmem. Różnią się tylko tym, że toczą walkę o przestrzeń osobistej twórczości, wolnej od dyktatu instynktów społecznych. I nie wszystkim udaje się tę wolność zachować. Wielu idzie na kompromis z wymaganiami władzy lub społeczeństwa i tym samym niszczy swój talent. Nic na to nie poradzimy: taka jest wyboista droga wszelkiej twórczości kulturowej wewnątrz społeczeństwa.

Skoro w społeczeństwie rosyjskim utrwaliła się nienawistna wobec człowieka dyktatura, narzucająca ideologicznie nasycone rozumienie „kultury rosyjskiej”, to znaczy, że z tego rozumienia i z takiej kultury należy całkowicie zrezygnować. Również po to, by zachować możliwość istnienia wolności artystycznej w ogóle, poza nurtem ideologicznym, zawłaszczającym dziś niemal całe pole. Co z rosyjskimi twórcami, którzy próbują odnaleźć się na tym wąskim marginesie, gdzie rzadko kto ma siłę i odwagę, by przetrwać? Każdy z nich może mieć w sobie cechy i strony złe oraz dobre. To więc odbiorca, także w kontekście tego wszystkiego co sobie powiedzieliśmy, musi zdecydować czy i kogo wybierze.