sobota, 22 sierpnia 2026

Nikołaj Karpicki. Rosyjska świadomość imperialna a utrata adekwatnego postrzegania prawdopodobieństwa zdarzeń

 

Dlaczego Rosjanie wierzą w absurdalne rzeczy? To, co w obrazie świata człowieka Zachodu wydaje się nieprawdopodobne, w obrazie świata Rosjan jawi się jako nieuniknione. Błąd zachodnich analityków polega na tym, że szukają racjonalnych motywów działania rosyjskich władz. Rosjanie inaczej oceniają jednak znaczenie poszczególnych wydarzeń i inaczej przypisują im prawdopodobieństwo, co bezpośrednio wpływa na ich świadomość imperialną.

Dlaczego Zachód błędnie ocenił zagrożenie militarne ze strony Rosji?

Aby nie zagubić się w natłoku informacji, człowiek musi ustalić priorytety: co zasługuje na szczególną uwagę, a co należy zignorować. Wymaga to systemu oceny prawdopodobieństwa określonych zdarzeń – swoistej macierzy prawdopodobieństw. Przykładowo, przed rosyjską agresją na Ukrainę przywódcy państw zachodnich uznawali za skrajnie mało prawdopodobne, że Putin rozpęta wojnę. Przekonanie to opierało się na obrazie świata, w którym ludzie kierują się przede wszystkim własnym interesem, podczas gdy wielka wojna nie leżała w interesie Putina. Miał przecież już wszystko, czego można było sobie życzyć: absolutną władzę, stabilność wewnętrzną, wpływy na arenie międzynarodowej oraz możliwość bajecznego bogacenia się dzięki sprzedaży surowców naturalnych. Wojna podważyłaby to wszystko.

Obraz świata opiera się na określonych ideach i wyobrażeniach, które wpływają na ocenę prawdopodobieństwa wydarzeń. U podstaw obrazu świata Putina, podobnie jak większości Rosjan, leży przekonanie, że Zachód jest z natury wrogi wobec Rosji, a zatem najważniejsze jest przetrwanie w cywilizacyjnej konfrontacji z nim. Przewagę uzyska ten, kto pierwszy rozpęta wojnę, natomiast interesy gospodarcze mają w tym przypadku znaczenie drugorzędne. Błąd zachodnich przywódców polegał na tym, że w sposób arbitralny przenieśli własne wyobrażenia na Rosję.

To, co w jednym obrazie świata wydaje się niemożliwe, w innym jest postrzegane jako nieuniknione. Innymi słowy, struktura obrazu świata stanowi zarazem macierz prawdopodobieństw, zgodnie z którą postrzegane są wydarzenia i odczytywane są ich znaczenia.

Świadomość imperialna Rosjan opiera się na innej macierzy prawdopodobieństw

Dla przeciętnego Rosjanina imperium to właśnie Rosja, kojarzona z przestrzenią życiową, w której można czuć się bezpiecznie. Tak było niemal przez cały bieg rosyjskiej historii. Bezpieczeństwo na tej ogromnej przestrzeni życiowej może zagwarantować jedynie władza centralna. Jeśli zaś osłabnie lub upadnie, nastąpi chaos: rozprzestrzenienie się przestępczości, napływ migrantów, wojny domowe i konflikty wewnętrzne. Jest to założenie diametralnie odmienne od tego, które leży u podstaw europejskich demokracji, gdzie ludzie bronią własnej autonomii, swoich praw i samorządności, ponieważ właśnie samodzielność i niezależność dają poczucie bezpieczeństwa.

Rosyjska świadomość imperialna kształtuje obraz świata oparty na następujących przekonaniach:

    Rosja jest odrębną cywilizacją, obejmującą Ukrainę i Białoruś;
    Rosja nigdy nikogo nie zaatakowała;
    Rosja zawsze zwyciężała we wszystkich wojnach;
   Rosja rozszerzała swoje terytorium pokojowo, a wszystkie narody dobrowolnie wchodziły w jej skład;
    Zachód jest z natury wrogi wobec Rosji, a wojna z nim jest nieunikniona.

Dlaczego Rosjanie przyjmują tak absurdalne wyobrażenia, w tym także wykształceni intelektualiści, którzy mają dostęp do informacji, potrafią je weryfikować i poddawać krytycznej analizie? Co więcej, wierzą oni w każdą propagandową dezinformację, jeśli tylko jest ona zgodna z rosyjskim imperialnym obrazem świata. Na przykład mieszkańcy Związku Radzieckiego byli przekonani, że wojska radzieckie wkroczyły do Afganistanu na prośbę afgańskiego rządu, aby uprzedzić Amerykanów, którzy rzekomo chcieli wkroczyć tam bez zaproszenia.

Załóżmy, że mogli nie wiedzieć, iż radzieccy żołnierze zabili przywódcę Afganistanu Hafizullaha Amina, szturmując jego pałac. Propaganda bywa jednak tak absurdalna, że do jej zakwestionowania nie potrzeba żadnej dodatkowej wiedzy. Na przykład obywatele radzieccy wierzyli, że to Finlandia w 1939 roku zaatakowała Związek Radziecki. Wystarczy spojrzeć na mapę, aby zrozumieć, że jest to równie nieprawdopodobne jak twierdzenie, że naszą planetą rządzą reptilianie. Ludzki umysł jest jednak skonstruowany w taki sposób, że nawet wybitny naukowiec, uznany specjalista w swojej dziedzinie, może jednocześnie wierzyć w teorie spiskowe, reptilian lub popierać agresywną wojnę, całkowicie ufając propagandzie, która ją usprawiedliwia. Gdyby w tamtym okresie Związkowi Radzieckiemu udało się okupować Finlandię, ci sami ludzie byliby przekonani, że Finlandia sama, dobrowolnie, weszła w skład ZSRR, a wszelkie rozmowy o jej niepodległości uznawaliby za działalność wrogą.

Obraz świata osobowości paranoidalnej

Słowo „paranoidalny” jest używane nie tylko w odniesieniu do zaburzenia psychicznego, lecz także do określonego typu osobowości, która z punktu widzenia społeczeństwa może być uznawana za całkowicie zdrową. Osobowość paranoidalną charakteryzują takie cechy, jak nasilona podejrzliwość, pamiętliwość i skłonność do żywienia urazy, wysoka wrażliwość na zagrożenia, poszukiwanie ukrytych motywów, skłonność do systematyzowania i logicznego uzasadniania własnych przekonań na podstawie arbitralnie przyjętych zasad, logicznie spójna, lecz jednostronna interpretacja wydarzeń, brak empatii, niezdolność do zrozumienia odmiennego punktu widzenia oraz krytycznego podejścia do własnych przekonań. Wszystkie te cechy wynikają z zaburzenia macierzy prawdopodobieństw w świadomości paranoidalnej. Człowiek przestaje odróżniać najbardziej prawdopodobne wyjaśnienia od tych najmniej prawdopodobnych. Mało prawdopodobna wersja wydarzeń staje się dla niego pewnikiem, jeśli tylko odpowiada jego podejrzeniom.

Zaburzenie macierzy prawdopodobieństw może prowadzić do urojeń paranoidalnych, kiedy człowiek dostrzega ukryte komunikaty w zupełnie przypadkowych zbiegach okoliczności. Na przykład widzi na ziemi w pobliżu swojego domu papierek po cukierku „Kogucik – złoty grzebyk” i zaczyna podejrzewać, że ktoś celowo go tam podrzucił, sugerując, że „puści czerwonego koguta”, czyli podpali dom. Takie wyjaśnienie jest wewnętrznie logiczne, ale opiera się na tak mało prawdopodobnych założeniach, że człowiek zdroworozsądkowy po prostu by je zignorował.

Zgodnie z tą samą logiką funkcjonują wszelkiego rodzaju teorie spiskowe oraz przekonanie większości Rosjan, że Zachód zawsze dążył do zniszczenia Rosji. Czy oznacza to, że wszyscy oni są paranoikami? Oczywiście, że nie. W większości są to normalni, zdrowi ludzie. Należy odróżnić tych, którzy kształtują paranoidalny obraz świata, od większości ludzi, którzy godzą się żyć w jego ramach, choć sami są zupełnie zwyczajnymi, a nie paranoidalnymi osobowościami. Należy ich również odróżnić od ludzi obojętnych, którzy jedynie formalnie przyjmują propagandowe przekazy, ale się nimi nie interesują i nie próbują ich zgłębiać. Wśród tych, którzy kształtują paranoidalny obraz świata, znajdują się zarówno osoby rzeczywiście paranoidalne, jak i cyniczni ideolodzy prowadzący działalność propagandową wyłącznie z myślą o własnej karierze.

Dlaczego zdrowi ludzie wierzą absurdalnym wymysłom?

Najczęstszą motywacją do ufania wymysłom jest dążenie do przystosowania społecznego. Jeśli człowiek chce sprostać oczekiwaniom większości, domyślnie przyjmuje wszystko, w co wierzą inni. Dlatego łatwiej jest mu oszukać samego siebie, niż spierać się lub wchodzić w konflikt z otoczeniem. Oprócz tego można wskazać jeszcze dwie dominujące motywacje skłaniające ludzi do oszukiwania samych siebie – strach oraz nadzieję związaną z określonym obrazem przyszłości.

Strach może wynikać z braku poczucia własnej wartości, obawy przed utratą poczucia bezpieczeństwa, dotychczasowego stylu życia, pracy, statusu społecznego lub szacunku do samego siebie. Może być również związany z poczuciem zagrożenia własnej tożsamości, kultury lub nadziei na przyszłość.

Nadzieja natomiast wiąże się z określonym obrazem przyszłości. Każda informacja, która podaje ten obraz w wątpliwość, wywołuje niepokój i inne negatywne emocje, podczas gdy wszystko, co wzmacnia nadzieję, wywołuje entuzjazm. Człowiek zaczyna ufać nie tym źródłom, które są najbardziej wiarygodne, lecz tym, które zmniejszają jego niepokój i potwierdzają jego oczekiwania. W rezultacie stopniowo otacza się ludźmi podzielającymi jego poglądy, znajdującymi się z nim na tej samej emocjonalnej fali. W ten sposób powstaje bańka informacyjna, w której dostrzegane są jedynie te informacje, które odpowiadają już ukształtowanemu obrazowi świata.

Mechanizm wciągania w paranoidalny obraz świata

Wszelkie wymysły są postrzegane jako niewątpliwa rzeczywistość, jeśli tylko mieszczą się w obrazie świata danego człowieka. Większość Rosjan żyje w obrazie świata charakterystycznym dla osobowości paranoidalnej i dlatego wierzy, że Rosja nie zaatakowała Ukrainy, lecz jedynie się broni, podczas gdy Zachód rzekomo ustanowił w Ukrainie nazistowski reżim i za jej pośrednictwem chce zniszczyć Rosję.

Zwykły człowiek nie od razu trafia w pułapkę paranoidalnego obrazu świata. Najpierw musi wejść w tę samą przestrzeń komunikacyjną co osoby o paranoidalnym sposobie postrzegania rzeczywistości. Na tym etapie jest jeszcze w stanie dostrzec, że wymysły, które wszyscy wokół uznają za oczywistą prawdę, są sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Ziarno wątpliwości zostało jednak już zasiane i człowiek zaczyna mimowolnie korygować ocenę prawdopodobieństwa różnych zjawisk, uznając to, co nieprawdopodobne, za możliwe, a to, co możliwe, za konieczne. W ten sposób stopniowo zmienia się macierz prawdopodobieństw, zgodnie z którą postrzega on wydarzenia.

Procesowi temu sprzyjają również inne motywy: korzyści materialne, strach, dążenie do zachowania pracy, spokojnego doczekania emerytury czy uniknięcia konfliktów. We współczesnej Rosji dochodzi do tego obawa przed utratą wolności, ponieważ adekwatna ocena rzeczywistości jest uznawana za przestępstwo, a wiele osób otrzymało wieloletnie wyroki więzienia za jej wyrażanie. Dążenie do wyparcia poczucia winy za zbrodnie Rosji w Ukrainie może prowadzić do tego, że ludzie jeszcze bardziej starają się przekonać samych siebie, iż to właśnie Ukraina rozpętała wojnę.

Po upadku systemu komunistycznego rozpoczęła się nowa transformacja świadomości imperialnej pod wpływem dwóch czynników: dążenia do upraszczania obrazu świata oraz utraty obrazu przyszłości. Wraz z dojściem Putina do władzy nowa forma imperializmu w Rosji – nekroimperializm – stała się podstawą polityki państwa, a wraz z rozpoczęciem wojny przeciwko Ukrainie utrwaliła się również w masowej świadomości rosyjskiego społeczeństwa.

Świadomość mitologiczna i obraz przyszłości

W społeczeństwach archaicznych świadomość mitologiczna strukturyzowała życie i sposób postrzegania świata. Mit jest pozaracjonalnym sposobem rozumienia rzeczywistości, dzięki któremu wszystko zyskuje nowe, mitologiczne znaczenie, pozwalające przezwyciężyć lęk przed nieznanym i pogodzić się z grozą świata. Cierpienie jest nie do zniesienia, gdy pozbawione jest sensu. Jeśli jednak staje się zrozumiałe w ramach mitologicznego obrazu świata, można je wytrzymać. Mit nie oferował jednak obrazu przyszłości, dlatego społeczeństwa archaiczne mogły przez stulecia pozostawać w stanie zastygłym, pozbawionym rozwoju.

Współczesne społeczeństwo jest zorganizowane inaczej. Dziś lęk przed cierpieniem i niepewnością przyszłości przezwycięża się nie dzięki mitowi, lecz dzięki obrazowi przyszłości. Człowiek ma nadzieję, że życie można zmienić, a nadzieja ta staje się źródłem jego aktywności, co doprowadziło do szybkiego rozwoju współczesnej cywilizacji zachodniej.

We współczesnej Ukrainie współistnieją różne wyobrażenia przyszłości, między którymi toczy się polityczna i społeczna rywalizacja. To, który z tych modeli stanie się dominujący, w dużej mierze zależy od młodego pokolenia, ponieważ to właśnie młodzież jest w największym stopniu zorientowana na przyszłość. W Rosji zamiast obrazu przyszłości proponuje się mitologizację przeszłości, która zastępuje historię i w ten sposób skłania człowieka do pogodzenia się z tragiczną rzeczywistością.

Jak jednak można pogodzić się z wojną, cierpieniem, śmiercią i przemocą? Tylko w jeden sposób – nadając im nowe, mitologiczne znaczenie. Kiedy śmierć, cierpienie i przemoc stosowana przez władzę otrzymują sakralne usprawiedliwienie, powstaje nekroimperializm.

W rzeczywistości rosyjskie władze próbowały przedstawić jako obraz przyszłości rekonstrukcję przeszłości, w której Rosja jest wielkim mocarstwem wojskowym, nieustannie poszerzającym swoje granice. Podczas okupacji Krymu wielu Rosjan z entuzjazmem przyjęło ten obraz, co przełożyło się na bezprecedensowe poparcie dla władz. Gdy jednak wojna nabrała charakteru przewlekłego konfliktu, obraz ten stracił swój blask i jest podtrzymywany jedynie poprzez projekcję na niego mitologicznych wyobrażeń o historii.

W rezultacie człowiek staje przed wyborem. Albo przyjąć tę mitologię, w której śmierć nabiera samoistnej wartości, a wówczas zabijanie ludzi w sąsiednim kraju zaczyna wydawać się usprawiedliwione: taki jest porządek świata, wojna i śmierć są czymś naturalnym i mają wartość samą w sobie. Albo odrzucić tę mitologię. Wówczas jednak rozpada się cały obraz świata, znika obraz przyszłości, a wraz z nim – możliwość przezwyciężenia lęku przed teraźniejszością. Właśnie w tej psychologicznej pułapce, moim zdaniem, znalazła się dziś rosyjska świadomość masowa.

Nekroimperializm i upraszczanie obrazu świata

Rosyjski nekroimperializm jest ukierunkowany na archaiczność, co wiąże się z dążeniem do powrotu do maksymalnie uproszczonego obrazu świata. Najbardziej prymitywnym przejawem lęku przed złożonością świata jest destrukcyjny instynkt charakterystyczny dla zlumpenizowanych osób (dresiarzy/gopników). Ludzie o podobnej mentalności spotykani są we wszystkich warstwach społeczeństwa. Nie dążą oni do tworzenia czegoś nowego ani do zachowania tego, co już istnieje. Ich podstawowa zasada brzmi: zniszczyć wszystko, co wydaje się niezrozumiałe lub obce. Po co? Aby świat stał się prostszy. Cała złożoność rozkładu zdarzeń według prawdopodobieństwa sprowadza się do binarnego schematu: tak/nie, a wszystkie warianty pośrednie zostają wyeliminowane z macierzy prawdopodobieństw.

Taka postawa, oparta na dążeniu do uproszczenia, jest bezpośrednio związana z tłumieniem empatii. Stopniowo krąg ludzi, wobec których człowiek jest zdolny odczuwać współczucie, coraz bardziej się zawęża, a wszyscy pozostali zaczynają być postrzegani jako abstrakcje. Wówczas łatwiej już zaakceptować ideologiczne założenia usprawiedliwiające ich unicestwienie. Taka postawa staje się elementem ideologii państwowej i przenika wszystkie sfery rosyjskiego społeczeństwa. W istocie styl polityczny Putina jest stylem gopnika, który dostrzega wrogów we wszystkich, którzy się od niego różnią.

Jeśli człowiek staje się wrogiem już przez sam fakt swojego istnienia, najprostszym rozwiązaniem byłoby doprowadzenie do tego, aby w ogóle nie istniał. A kiedy śmierć zaczyna być postrzegana jako uniwersalny sposób upraszczania świata, budzi się instynkt nekrofiliczny. Najprostszym sposobem uproszczenia świata jest wojna. Zgodnie z tą logiką nie tylko śmierć wrogów na wojnie, lecz także śmierć własnych rodaków jest postrzegana jako sposób upraszczania świata, co wyjaśnia obojętność większości Rosjan wobec nieuzasadnionych strat w wojnie przeciwko Ukrainie. W ten sposób w ciągu lat wojny postawa nekrofiliczna zaczęła dominować w rosyjskiej świadomości masowej.

Trudno powiedzieć, co będzie dalej. Jednak skrajne uproszczenie każdego systemu społecznego nieuchronnie prowadzi do sytuacji, w której prędzej czy później przestaje on być zdolny do samopodtrzymywania i zaczyna rozpadać się pod własnym ciężarem. W każdym razie nie sądzę, aby system społeczny oparty na nekrofilii mógł przez długi czas pozostawać zdolny do życia.
 

Nikołaj Karpicki. Wałerij Załużny, Ołeksandr Syrski, Mychajło Drapaty. Kim jest trzeci dowódca ZSU od 2022 roku?

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 11.08.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/wolnosc/walerij-zaluzny-oleksandr-syrski-mychajlo-drapaty/

Mychajło Drapaty – nowy Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy. Zdjęcie: АрміяINFORM

Mychajło Drapaty jest trzecim Naczelnym Dowódcą Sił Zbrojnych Ukrainy od początku pełnoskalowej wojny. Rosja przewyższa Ukrainę pod względem potencjału militarnego i gospodarczego, dlatego skuteczne stawienie jej oporu wymaga od ukraińskiego naczelnego dowódcy nie tylko profesjonalizmu, lecz także talentu wojskowego. Dzięki błyskotliwej decyzji dowódczej Siły Zbrojne Ukrainy przeprowadziły udaną kontrofensywę jesienią 2022 roku, jednak w kolejnych latach utraciły inicjatywę. Obecnie Ukraina stoi przed koniecznością odwrócenia sytuacji na froncie w warunkach przechodzenia do nowej epoki technologicznej, która wymaga od naczelnego dowódcy nie tylko doświadczenia i profesjonalizmu, lecz także talentu. Czy Mychajło Drapaty zdoła sprostać temu wyzwaniu?

Nie każdy profesjonalista jest utalentowanym wodzem

Kiedy uczyłem się historii w szkole, wydawało mi się, że geniusz wodza polega na umiejętności znalezienia takiego rozwiązania operacyjnego, które pozwala całkowicie rozgromić znacznie silniejszego przeciwnika, tak jak uczynili to Hannibal w bitwie pod Kannami czy Aleksander Macedoński w bitwie pod Gaugamelą. Lektura pamiętników Napoleona uświadomiła mi jednak, że każde nieoczekiwane rozstrzygnięcie militarne opiera się na niezwykle starannej analizie wielu uwarunkowań. Wystarczy pomylić się choćby w jednym z nich, aby niemal pewne zwycięstwo zamieniło się w porażkę. Geniusz wodza polega zatem na umiejętnym połączeniu niestandardowych decyzji, wynikających z nowego spojrzenia na sytuację, ze skomplikowanymi obliczeniami oraz analizą wielu różnorodnych czynników.

Ponieważ uwzględnienie wszystkich czynników jest niemożliwe, błędy są nieuniknione nawet u najwybitniejszych dowódców. Dlatego tak fundamentalne znaczenie ma profesjonalizm, który pozwala szybko korygować własne pomyłki. Im szybsza reakcja na popełnione błędy, tym wyższy poziom profesjonalizmu. Talent wojskowy różni się jednak od samego profesjonalizmu tym, że przejawia się nie tylko w korygowaniu błędów, lecz także w ich przewidywaniu. Wymaga to zdolności dostrzegania nowych okoliczności oraz umiejętności dostosowywania się do nich, nawet jeśli nie występowały one we wcześniejszych doświadczeniach wojennych.

Typowe błędy radzieckiej szkoły wojskowej

Plan operacyjny rosyjskiej inwazji na Ukrainę z 24 lutego 2022 roku został opracowany przez Sztab Generalny Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej pod kierownictwem Walerija Gierasimowa. Został przygotowany profesjonalnie, zgodnie z tradycją radzieckiej szkoły wojskowej, i w określonych okolicznościach mógł zakończyć się powodzeniem. Gierasimow nie potrafił jednak przewidzieć nowych czynników, których nie było w jego dotychczasowym doświadczeniu wojskowym, co doprowadziło do fiaska całego planu. W kolejnych etapach wojny pokazał, że potrafi dostosowywać się do nowych warunków prowadzenia działań zbrojnych, lecz nie jest zdolny odejść od założeń radzieckiej szkoły wojskowej, zgodnie z którymi o sukcesie decydują przewaga ilościowa, wysoki stopień centralizacji dowodzenia, długotrwałe frontalne natarcia oraz utrzymywanie pozycji za wszelką cenę. Wszystko to charakteryzuje Walerija Gierasimowa jako profesjonalnego, lecz pozbawionego wybitnego talentu dowódcę reprezentującego starą radziecką szkołę wojskową.

Armia Radziecka podczas II wojny światowej odnosiła sukcesy dzięki błyskawicznym natarciom z wykorzystaniem wszystkich dostępnych środków, zanim przeciwnik zdążył umocnić swoje pozycje. Strategia ta często prowadziła do spektakularnych zwycięstw, lecz niekiedy kończyła się tragicznymi porażkami. Przykładem jest bitwa pod Rżewem (toczona od 5 stycznia 1942 roku do 31 marca 1943 roku), znana również jako mjasorubka (co można przełożyć jako: rżewska maszynka do mielenia mięsa), podczas której Armia Radziecka pod dowództwem Gieorgija Żukowa straciła setki tysięcy żołnierzy w bezskutecznych próbach szturmowania umocnionych pozycji armii niemieckiej.

To właśnie takie podejście, polegające na bezwzględnym poświęcaniu życia żołnierzy w samobójczych atakach, zostało odziedziczone przez armię rosyjską, która osiągała sukcesy militarne w Ukrainie kosztem ogromnych strat. Przewaga liczebna pozwala rosyjskiej armii traktować żołnierzy jak materiał zużywalny. Rosyjscy dowódcy wiedzieli, że wysokie straty nie spotkają się z karą, natomiast sukcesy na polu walki zostaną nagrodzone. Ukraińskie dowództwo nie mogło stosować podobnej taktyki zarówno z powodów moralnych, jak i ze względu na ograniczone zasoby ludzkie. Armia ukraińska również wywodzi się jednak z tradycji Armii Radzieckiej, dlatego także w jej szeregach zdarzały się przypadki podobnego stosunku do życia żołnierzy.

Kontrofensywa Sił Zbrojnych Ukrainy w 2022 roku – przejaw wyjątkowego talentu wojskowego

Zgodnie z zasadami radzieckiej szkoły wojskowej na odcinku przełamania zaleca się osiągnięcie co najmniej trzykrotnej przewagi nad przeciwnikiem. Tymczasem podczas jesiennej kontrofensywy w 2022 roku, zaplanowanej pod kierownictwem Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy Wałerija Załużnego, Siły Zbrojne Ukrainy prowadziły działania ofensywne przeciwko liczebnie silniejszym wojskom rosyjskim, co samo w sobie było zjawiskiem nietypowym. Co więcej, ukraińskie kierownictwo otwarcie informowało o przygotowaniach do ofensywy w obwodzie chersońskim, co na pierwszy rzut oka wydawało się sprzeczne z logiką wojskową nakazującą ukrywać kierunek głównego uderzenia. W rzeczywistości właśnie dzięki temu udało się odwrócić uwagę rosyjskiego dowództwa i przeprowadzić uderzenie w miejscu, którego przeciwnik się nie spodziewał – w obwodzie charkowskim. 6 września 2022 roku rozpoczęto natarcie, a już 8 września wyzwolono pierwsze miasto – Bałakliję, co doprowadziło do załamania rosyjskiego frontu. Dwa dni później, 10 września, wyzwolono największe miasta znajdujące się pod rosyjską okupacją w obwodzie charkowskim – Izium i Kupiańsk, co umożliwiło wojskom ukraińskim dalsze rozwijanie natarcia.

Wałerij Załużny. Zdjęcie: Oficjalna strona na Facebooku „Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy”.

Z perspektywy czasu, gdy znamy już rezultat tych działań, decyzja ta może wydawać się oczywista. W tamtym momencie była jednak obarczona ogromnym ryzykiem, ponieważ powodzenie całej operacji zależało od wielu trudnych do przewidzenia czynników, które należało właściwie ocenić. Każda nieuwzględniona okoliczność mogła doprowadzić do niepowodzenia ofensywy w obwodzie charkowskim, a w konsekwencji także do załamania działań na kierunku chersońskim. Nie sposób było z góry przewidzieć, który z tych czynników okaże się decydujący. Właśnie dlatego nawet najwybitniejsi wodzowie od czasu do czasu popełniają błędy. Od Wałerija Załużnego wymagano nie tylko dostrzeżenia niestandardowego rozwiązania operacyjnego i odwagi do podjęcia decyzji o jego realizacji, lecz także przeprowadzenia wszechstronnej analizy ogromnej liczby czynników. Sposób, w jaki sprostał temu zadaniu, świadczy o jego wyjątkowym talencie wojskowym.

Natarcie na Łyman – profesjonalna kalkulacja czy błąd?

Bezpośrednie kierownictwo operacyjne nad kontrofensywą w obwodzie charkowskim sprawował Ołeksandr Syrski. Cała operacja została przeprowadzona profesjonalnie. O poziomie profesjonalizmu dowódcy nie świadczy jednak brak błędów, lecz zdolność do ich szybkiego rozpoznawania i korygowania własnych działań. Ołeksandr Syrski jest profesjonalistą starej szkoły, dla której charakterystyczne są błędy określonego rodzaju. Jego zamiarem było jak najszybsze zniszczenie systemu dowodzenia i zaopatrzenia rosyjskiego zgrupowania wojsk, a nie likwidowanie każdego jego pododdziału z osobna.

Po wyzwoleniu Iziumu przed ukraińskim dowództwem otworzyły się dwa możliwe kierunki natarcia na Łyman. Pierwszy zakładał bezpośredni szturm na miasto od strony Dońca Siewierskiego, czyli z południa i zachodu. Zaletą tego wariantu była możliwość natychmiastowego rozpoczęcia działań, co pozwalało utrzymać wysokie tempo natarcia. Drugi wariant przewidywał obejście Łymanu od północnego wschodu i stworzenie zagrożenia okrążeniem. Rozwiązanie to niemal gwarantowało powodzenie operacji, ale jednocześnie prowadziło do spowolnienia tempa natarcia, dając wojskom rosyjskim czas na umocnienie się na nowych pozycjach.

Ołeksandr Syrski. Zdjęcie: Oficjalna strona na Facebooku „Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy”.

Dowódca wywodzący się z radzieckiej szkoły wojskowej Gieorgija Żukowa starałby się za wszelką cenę zdobyć Łyman frontalnym szturmem, aby utrzymać tempo ofensywy, podobnie jak sam Żukow postępował podczas rżewskiej „maszynki do mięsa”. W radzieckiej szkole wojskowej, gdzie sukces ocenia się przede wszystkim przez pryzmat osiągniętego rezultatu, a nie poniesionych strat, takie postępowanie nie zawsze uznawano za błąd. Wyjaśnia to, dlaczego rosyjscy dowódcy w początkowym okresie wojny wielokrotnie przeprowadzali frontalne szturmy na ukraińskie miasta, nie licząc się z kosztami ludzkimi.

W tamtym momencie Ołeksandr Syrski nie mógł jeszcze wiedzieć, z jaką determinacją wojska rosyjskie będą bronić Łymanu. Wiedział jednak, że miasto jest dobrze ufortyfikowane. Problem polega na tym, że czynniki decydujące o powodzeniu lub niepowodzeniu operacji wojskowej stają się oczywiste przede wszystkim z perspektywy czasu. Przed rozpoczęciem działań pozostają ukryte wśród wielu innych okoliczności, których znaczenia nie da się wiarygodnie ocenić z góry. Właśnie dlatego sztuka wojenna polega nie tylko na umiejętności podejmowania odważnych decyzji, lecz także na zdolności do ich porzucenia we właściwym momencie, jeśli rozwój wydarzeń wskazuje na konieczność zmiany pierwotnego planu.

Po wyzwoleniu Iziumu wojska ukraińskie rozpoczęły natarcie na Łyman od strony Dońca Siewierskiego (z zachodu, południa i południowego wschodu miasta). Działania te trwały mniej więcej od 12 do 22 września. Po utracie Iziumu rosyjskie dowództwo zdołało przerzucić w rejon Łymanu dodatkowe siły. Ten odcinek frontu nie został objęty chaosem wywołanym błyskawicznym natarciem wojsk ukraińskich, dlatego rosyjska obrona była prowadzona w sposób zorganizowany. Dodatkowym utrudnieniem były warunki terenowe – rozległe kompleksy leśne oraz ograniczona liczba dróg sprzyjały obrońcom. Wojskom ukraińskim udało się wyzwolić szereg miejscowości w tym rejonie, jednak natarcie prowadzone od strony Dońca Siewierskiego nie doprowadziło do wyzwolenia Łymanu.

Po dokonaniu oceny sytuacji ukraińskie dowództwo zrezygnowało z dalszych prób frontalnego przełamania obrony i przeniosło główny wysiłek na kierunki północny i północno-wschodni. Pozwoliło to przeciąć linie komunikacyjne rosyjskiego zgrupowania wojsk, 30 września doprowadzić do operacyjnego okrążenia Łymanu, a 1 października całkowicie wyzwolić miasto.

Powstaje jednak pytanie, czy frontalne natarcie na Łyman od strony Dońca Siewierskiego było profesjonalną decyzją wojskową, pozwalającą związać siły przeciwnika, czy też stanowiło błąd. Czy z kolei natarcie od strony północno-wschodniej, które doprowadziło do operacyjnego okrążenia Łymanu, było reakcją na niepowodzenie pierwotnego planu, czy jego konsekwentną realizacją? Nie udało mi się znaleźć odpowiedzi na te pytania w dostępnych źródłach. Opinie autorów w dużej mierze zależą od ich subiektywnych ocen. Sądzę, że historycy będą jeszcze długo spierać się o tę kwestię, choć również oni nie są wolni od subiektywizmu. Przykładowo niektórzy badacze dostrzegają nawet w rżewskiej „maszynce do mięsa” pewien pozytywny aspekt, wskazując, że bitwa ta związała znaczne siły Wehrmachtu.

Opinia naocznego świadka

W związku z tym zwróciłem się do naocznego świadka tych wydarzeń – emerytowanego oficera i wolontariusza Ołeksandra Palczenki z Kramatorska, który w tamtym okresie dostarczał pomoc humanitarną i osobiście rozmawiał z żołnierzami na froncie. Odpowiedział mi następująco: „Nie mogę wypowiadać się o sytuacji pod Łymanem, ale bardzo dobrze znam sytuację pod Jampolem, gdzie byłem osobiście. W Torskiem znajdował się most na rzece Żerebiec, przez który prowadzi droga do Kreminnej. Zamiast obejść Jampol od wschodu, wzdłuż starej linii kolejowej od strony Oziornego, wyjść do Torskiego i odciąć całe zgrupowanie w Łymanie, rozpoczęto frontalny szturm na Jampol, przez co cała operacja przeciągnęła się o dziesięć dni. W tym czasie przeciwnik zdążył ewakuować się z Łymanu i wycofać do Kreminnej”.

Jampol to osiedle położone na południowy wschód od Łymanu. Jego szybkie zdobycie umożliwiłoby wyjście na Łyman od strony południowej. Z doświadczeń II wojny światowej wiemy, że radzieckie dowództwo, mając do wyboru dwa warianty działania, zazwyczaj wybierało nie ten bardziej skuteczny, lecz ten, który obiecywał szybszy rezultat, co bardzo często prowadziło do błędów. Ołeksandr Palczenko uważa jednak, że nie było nawet potrzeby oczekiwania na natarcie od północy, które ostatecznie doprowadziło do wyzwolenia Łymanu. Jego zdaniem wystarczyło obejść Jampol od południa i zablokować most na rzece Żerebiec w Torskiem, aby całe rosyjskie zgrupowanie znalazło się w okrążeniu. Po takim sukcesie, jak twierdzi, wojska ukraińskie mogłyby posunąć się znacznie dalej na wschód i wyzwolić kolejne miasta.

Naoczny świadek Ołeksandr Palczanko pokazuje autorom PostPravda.Info Julii Fil i Jędrzeowi Morawieckiemu miejsce walk pod Słowiańskiem podczas rosyjskiej inwazji na Donbas w 2014 roku. Zdjęcie: Nikołaj Karpitski

Świadectwo Ołeksandra Palczenki skłania mnie do wniosku, że dalsze natarcie wojsk ukraińskich z północy było reakcją na niepowodzenie pierwotnego planu, a nie jego rozwinięciem. Profesjonalny dowódca potrafi w porę uznać, że pierwotny zamysł wymaga korekty, natomiast dowódca obdarzony talentem wojskowym potrafi przewidzieć potencjalne błędy jeszcze przed rozpoczęciem operacji. Ponieważ odpowiedzialność za prowadzenie całej operacji na szczeblu operacyjnym spoczywała na Ołeksandrze Syrskim, mogę uznać go za profesjonalnego dowódcę wojskowego wywodzącego się ze starej radzieckiej szkoły, jednak nie mogę nazwać go dowódcą obdarzonym wybitnym talentem wojskowym.

Z kolei rosyjskie dowództwo, dążąc do przekształcenia Łymanu w punkt oparcia dla odbudowy załamanego frontu, również popełniło błąd typowy dla radzieckiej szkoły wojskowej – postanowiło utrzymać miasto za wszelką cenę. W rezultacie 30 września Łyman znalazł się w operacyjnym okrążeniu, a nocą rosyjskie oddziały zostały zmuszone do przebijania się drogą znajdującą się pod ogniową kontrolą Sił Zbrojnych Ukrainy. Już 1 października wojska ukraińskie wkroczyły do Łymanu. Należy jednak przyznać, że podobny błąd popełniali niekiedy również ukraińscy dowódcy ukształtowani w tradycji radzieckiej szkoły wojskowej, co prowadziło do nieuzasadnionych strat.

Mychajło Drapaty – przedstawiciel nowego pokolenia ukraińskiego dowództwa wojskowego

22 lipca 2026 roku Mychajło Drapaty został mianowany Naczelnym Dowódcą Sił Zbrojnych Ukrainy. Reprezentuje on nowe pokolenie ukraińskiej kadry dowódczej i nie dostrzega się u niego błędów charakterystycznych dla przedstawicieli radzieckiej szkoły wojskowej. W przeciwieństwie do wielu generałów sztabowych Mychajło Drapaty zdobywał doświadczenie dowódcze przede wszystkim poprzez bezpośrednie kierowanie wojskami podczas działań bojowych, nieprzerwanie od 2014 roku. Jego nominacja spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem w ukraińskim społeczeństwie, które wiąże z nią nadzieje na zerwanie z radziecką kulturą dowodzenia oraz poprawę sytuacji na froncie.

O talencie wojskowym Mychajła Drapatego można wnioskować na podstawie organizacji obrony kierunku pokrowskiego. W ciągu 2024 roku wojska rosyjskie systematycznie posuwały się w kierunku Pokrowska i nie było jasne, czy uda się powstrzymać ich natarcie. W tym okresie armie obu stron dopiero rozpoczynały opanowywanie taktyki masowego wykorzystania bezzałogowych statków powietrznych, podczas gdy Rosja nadal dysponowała znaczącą przewagą w artylerii oraz liczebności wojsk. Szybki upadek Pokrowska otworzyłby wojskom rosyjskim możliwość prowadzenia dalszej ofensywy jednocześnie na kilku kierunkach i stworzyłby realne zagrożenie załamaniem całego frontu. Dla Ukrainy kluczowe znaczenie miało zyskanie czasu do momentu, gdy powszechne wykorzystanie dronów zmieni charakter działań bojowych i w istotnym stopniu ograniczy znaczenie przewagi liczebnej przeciwnika w artylerii i sile żywej.
 
Mychajło Drapaty w 2022 roku. Zdjęcie: АрміяINFORM

Pod koniec 2024 roku, po mianowaniu Mychajła Drapatego dowódcą zgrupowania operacyjnego na tym kierunku, sytuacja wokół Pokrowska zaczęła stopniowo się zmieniać. Rosyjskie natarcie nie ustało, jednak jego tempo wyraźnie osłabło, a na niektórych odcinkach ukraińskie pododdziały zdołały przejść do lokalnych kontrataków. Istnieją podstawy, aby właśnie z działalnością Mychajła Drapatego wiązać przejście od przeważającej dotąd obrony liniowej do aktywnej obrony manewrowej, której celem nie jest utrzymanie za wszelką cenę każdego kilometra terytorium, lecz maksymalne wyczerpanie nacierającego przeciwnika.

Ukraińskie pododdziały w Donbasie nierzadko starały się utrzymywać zajmowane pozycje do ostatniej chwili, co prowadziło do nieuzasadnionych strat wśród żołnierzy. Przykładowo, gdy w nocy z 16 na 17 lutego 2024 roku Ołeksandr Syrski wydał rozkaz opuszczenia Awdijiwki, część ukraińskich żołnierzy została odcięta w mieście i dostała się do niewoli. Za dowództwa Mychajła Drapatego aktywna obrona znacznie częściej opierała się na taktyce terminowego wycofywania się z niekorzystnych pozycji oraz przeprowadzania krótkotrwałych kontrataków, po których odzyskiwano utracone punkty oporu. Takie podejście pozbawiało przeciwnika możliwości trwałego umocnienia się na zdobytych pozycjach i rozwinięcia powodzenia natarcia.

O ile wcześniej jednostki systemów bezzałogowych w wielu brygadach działały stosunkowo autonomicznie, o tyle po objęciu przez Mychajła Drapatego dowodzenia na kierunku pokrowskim zaczęto wykorzystywać je jako elementy jednolitego systemu rozpoznania i rażenia ogniowego. Dzięki temu rosyjskie grupy szturmowe coraz częściej ponosiły znaczne straty jeszcze przed dotarciem do ukraińskich pozycji. Jednocześnie zwiększono liczbę wyspecjalizowanych zespołów operatorów dronów FPV, rozszerzono stosowanie zdalnego minowania oraz usprawniono współdziałanie jednostek systemów bezzałogowych z artylerią, wojskami zmechanizowanymi i wojskami desantowo-szturmowymi.

Talent dowódcy nie przejawia się wyłącznie w spektakularnych zwycięstwach i niestandardowych decyzjach operacyjnych. Zasadniczą część jego pracy stanowi codzienna, często niezauważalna działalność na rzecz zwiększania zdolności bojowej wojsk oraz doskonalenia systemu dowodzenia. Jedną z ważnych decyzji organizacyjnych Mychajła Drapatego było odejście od sztywnego przypisywania odwodów do poszczególnych odcinków frontu. Zamiast tego zaczęto szerzej wykorzystywać je jako mobilny instrument służący do szybkiego uszczelniania wyłomów w obronie, prowadzenia lokalnych kontrataków oraz wzmacniania najbardziej zagrożonych kierunków. Zwiększyło to odporność systemu obrony i ograniczyło skuteczność rosyjskiej taktyki prowadzenia działań niewielkimi grupami szturmowymi.

Dziennikarz Peter Sauer napisał na łamach The Guardian o Mychajle Drapatym: „wcześnie zaczął wykorzystywać technologie bezzałogowe, przekazywał uprawnienia młodszym oficerom, oczekując od nich odpowiedzialności za podejmowane decyzje”. Choć nie natrafiłem na dokument potwierdzający, że nowy system dowodzenia oparty na delegowaniu uprawnień został formalnie wprowadzony, istnieją liczne świadectwa uczestników tych wydarzeń potwierdzające stosowanie takiego modelu działania.

Po mianowaniu Naczelnym Dowódcą Sił Zbrojnych Ukrainy przed Mychajłem Drapatym stanął szereg zadań wymagających wysokiego profesjonalizmu: ustabilizowanie sytuacji na froncie, integracja jednostek bezzałogowych w jednolity system funkcjonowania armii oraz optymalizacja wykorzystania odwodów. Najważniejszym wyzwaniem pozostaje jednak wdrożenie nowoczesnych zasad dowodzenia, które pozwolą odejść od przestarzałego radzieckiego modelu kierowania wojskami i wprowadzić armię na nowy poziom rozwoju. Do realizacji tego zadania nie wystarczą jednak doświadczenie i profesjonalizm – niezbędny jest również talent wojskowy. Mychajło Drapaty udowodnił już, że jest utalentowanym dowódcą na szczeblu operacyjno-taktycznym. Czy potrafi również wykazać się jako strateg zdolny do planowania i prowadzenia wielkich operacji zaczepnych, pokaże dopiero przyszłość.

piątek, 21 sierpnia 2026

Piotr Kaszuwara. „Obyśmy zdążyli z operacją przed nalotem”. Tak żyje Kijów. Dziennik korespondenta wojennego, 16.08.2026

 

Wydaje się, że kolejne zdjęcia, dane, statystyki, komunikaty wojskowe, prośby i groźby polityków, emocjonalne słowa, starannie dobrane przymiotniki, metafory, ani nawet całe godziny telewizyjnych relacji nie są już w stanie opowiadać o wojnie w Ukrainie. Dlatego my – dziennikarze, którzy widzimy ją na co dzień, w momencie, gdy konflikt wszedł w zupełnie nową, być może kluczową fazę – dotarliśmy do ślepego zaułka. Stąd pomysł na dziennik korespondenta wojennego. Na próbę położenia suchych informacji medialnych obok zwykłego, ludzkiego doświadczenia.

Mechnizmy raniące duszę

Często, zwłaszcza od 2025 roku, zdarza się, że każdy nasz komentarz, reportaż czy nawet wejście na żywo z konkretnego miejsca tragedii jest w stanie w sieci podważyć tysiące anonimowych komentatorów, powtarzających jak mantrę propagandowe hasła: „Ciągle pokazujecie nam ten sam blok”, „Dlaczego nie pójdziecie do dyskoteki?”, „Co tam robi czerwono-czarna flaga?”, „Wczoraj inny dziennikarz pokazywał, że tam wcale nie ma wojny”, „Jesteście nieobiektywni, kłamiecie”, „Nic nas to nie interesuje”.

To słowa, wbrew pozorom, napełnione wielkimi emocjami. Takimi, które są w stanie zapaść głęboko w duszę i zasiać wątpliwości. Te z kolei ukorzeniają się w nas, jako odbiorcach, i niezauważenie kiełkują. Dniami, tygodniami, miesiącami, latami. Aż wreszcie znajdują sytuację, do której dana emocja zaczyna pasować.

I wówczas następuje krach.

Odkrywa się kwiat zasianej propagandy i zaczynamy myśleć: „Oni mieli rację. Tam jest ta flaga, jest ta restauracja, może widziałem już ten budynek?”.

To mechanizm, który dezinformacja poznała już dawno. „Kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą”, zwłaszcza gdy dociera do nas z różnych, niby niezależnych i niepowiązanych, a czasem wręcz ułudnie skłóconych ze sobą źródeł.

Z mojego dziennikarskiego doświadczenia wynika, że jedyne, co jest w stanie obronić rzeczywistość przed propagandową fantasmagorią, to subiektywne fakty. Nie da się bowiem podważyć doświadczenia konkretnego człowieka. Nie da się zetrzeć z jego oczu i pamięci tego, co widział i słyszał.

Dziennik korespondenta wojennego. Rozchorowałem się od stresu

Od tygodnia ciężko mi było spać. Długo nie mogłem zasnąć. Kręciłem się w nocy. To otwierałem okno, to włączałem klimatyzację. Raz było mi duszno, raz chłodno. Serce biło w nienaturalny sposób. To chyba dlatego, że przez parę dni nie było nalotów na Kijów. Organizm przyzwyczaił się do stresu i oczekiwania.

Odpocząć można dopiero po wyjściu z metra, po tym, jak wreszcie wynurzymy się z objęć dwóch ścian, czy wyjdziemy z łazienki. Uspokajamy się dopiero wtedy, gdy w oddali słyszymy pierwsze wybuchy. Mózg podpowiada wtedy: „Możesz spać, dziś nie ty jesteś celem”.

Za każdym razem oczywiście łapiemy się później na wyrzutach sumienia, że przecież ktoś inny faktycznie był. Ale instynkt przetrwania jest w tym wypadku zwierzęcy. Ja żyję. Ten świat się nie skończył.

Życie w chronicznym stresie sprawia, że w końcu zaczynamy chorować. Prędzej czy później. I tak po kilku dniach bez bombardowań i ja zacząłem się słabo czuć. W telewizji wyszedłem na żywo, ale tego dnia starałem się nie jeździć daleko po mieście, bo kręciło mi się w głowie i nie mogłem zebrać myśli. Po każdym łączeniu zalegałem na łóżku, ochładzałem płonące czoło. Zamykałem na chwilę oczy.

Po kilku godzinach poinformowałem jednak producenta w Warszawie, że po 16.00 nie dam już rady relacjonować wydarzeń, bo jestem dziwnie zmęczony i chyba muszę pojechać do lekarza. Dostałem jeszcze prośbę, aby opowiedzieć o udaremnionym przez polskie służby zamachu na ukraińskiego rapera, ale akurat o tej samej godzinie miałem konsultację, musiałem więc odmówić. Wydawcy nie lubią takich sytuacji, bo robi się dziura w programie.

Ale cóż. Bywa. Każdy ma swoje zadanie do wykonania. Działa inny instynkt. „Nie widzisz, co się dzieje w duszy drugiego człowieka. Ale to, co się dzieje w twojej własnej duszy, powinno ci wystarczyć” – pisał Marek Aureliusz w Rozmyślaniach.

Do szpitala na operację. Czy tam jest bezpiecznie?

O 16.45 byłem już w jednej z kijowskich przychodni. Zapisałem się akurat do lekarza, który przyjmuje na Światoszynie. Po drodze mijałem więc zwalone budynki, ostrzelane magazyny, bloki bez okien. To jedna z dzielnic Kijowa, gdzie zniszczeń jest najwięcej. Rosjanie często uderzają właśnie tam, a my z Żorą, moim ukraińskim operatorem z TVP, jeździmy później relacjonować, co się stało. Dobrze więc znam te uliczki, bo nader często tu bywamy. Droga wiedzie między innymi przez okolice zwęglonej stacji metra Łukianiwka, a także obok bloku, w którym we własnych mieszkaniach spłonęło kilka osób.

Lekarz po krótkim badaniu stwierdził, że wypisuje mi skierowanie do szpitala na operację. Na dziś. O tym, żeby jechać do Polski, nawet nie ma mowy. Każda doba zwłoki może pociągnąć za sobą komplikacje. – Sam pan widział, że ból jest ogromny. Prawie pan przez okno wyskoczył, jak tylko dotknąłem. Mógłbym mocniej, ale nie jest pan Rosjaninem, to nie chciałem pana męczyć. Potrzebna będzie pełna narkoza, niech pan ma świadomość – wyjaśnia.

– Gdzie jest ten szpital? – pytam.

– Niedaleko lotniska Żuliany – odpowiada medyk i spogląda na mnie spod okularów. – Ale proszę się nie bać. Tam wokół są takie wysokie budynki, szpital dzięki nim jest dobrze osłonięty. Jak coś spadnie, to najpierw zatrzyma się na blokach. W samym szpitalu też jest porządny schron. No chyba że będzie balistyka, to wtedy i tak panu nic nie pomoże – przyznaje lekkim tonem.

W końcu w Ukrainie o takich sprawach rozmawia się przy śniadaniu, w sklepie, w pracy, na placach zabaw, w barach czy restauracjach.

Zbieram rzeczy i o 18.00 jestem już w szpitalu.

Szybkie badania krwi wykazują, że mam lekko podwyższone neutrofile, a limfocyty z kolei nieznacznie obniżone. Ich wartości bezwzględne są w porządku, a więc medyk na podstawie takiego obrazu morfologii dochodzi do wniosku, że przeżywam ból, stres i najprawdopodobniej mam stan zapalny lub infekcję. Wszystko się zgadza.

Proszę o założenie mi wenflonu. – Jak kiedyś byłem ranny pod Kramatorskiem i spędziłem kilka dni w tamtejszym szpitalu, to każdego dnia robili mi nowe wkłucie. Od tego momentu, kiedy wiem, że mam być dłużej w szpitalu, zawsze proszę o wenflon. Pamiętam, jak nie miałem wtedy miejsca bez siniaka – wyjaśniam.

– W tych frontowych szpitalach po prostu oszczędzają wenflony, żeby wystarczyło dla ciężkich pacjentów – dopowiada siostra, jakby chcąc usprawiedliwić pracę kolegów. Sama, jak się okazuje, jest z Mikołajówki, miasta pod Słowiańskiem w obwodzie donieckim, gdzie dziś przechodzi front. Wymieniamy się wspomnieniami z jej rodzinnej miejscowości, bo często jeździłem tam z Fundacją UA Future, by dostarczać pozostałym mieszkańcom pomoc humanitarną. Okazuje się, że pewnego razu byłem nawet pod jej blokiem.

Niedługo później docieram do sali na jednym ze środkowych pięter budynku. Wyższe piętra są raczej puste, bo tam jest największe zagrożenie w razie bombardowania. Pacjentów lokuje się więc niżej, aby zwiększyć ich szanse na przeżycie. Pojawia się uśmiechnięta pielęgniarka i od razu zaczyna tłumaczyć:

– Tu pan ma łazienkę, tu szafa, w niej szlafrok, ręczniki, jednorazowe kapcie. Łóżko, a przy nim taki pilot. Zielonych pan nie używa, bo i tak nie działają, ale jakby się pan źle poczuł, to naciska pan czerwony przycisk i wtedy ktoś z obsługi przyjdzie. Podobnie w wypadku alarmu przeciwlotniczego. Jeśli będzie pan chciał zejść do schronu, to proszę nacisnąć czerwony przycisk. Ostrzegają, że dziś w nocy może być atak – dodaje.

– Wspaniale. Myśli pani, że zdążymy z operacją przed nalotem? A może nic nie będzie? Teraz w Ukrainie to wszyscy są bukmacherami albo wróżbitami – dodaję żartobliwie.

– Wybuchy zazwyczaj zaczynają się między północą a pierwszą w nocy. Pana operacja zajmie nie więcej niż dwie godziny, w razie komplikacji, więc jeszcze skończymy przed godziną policyjną – uspokaja mnie salowa.

Rzeczywiście. Komplikacji nie było. Operacja poszła zgodnie z planem. Przed nią stoczyłem jeszcze dość długą rozmowę z anestezjologiem na temat trudnych relacji polsko-ukraińskich. Starałem się wyjaśnić, że nie każdy Polak bije i wyzywa Ukraińców. W końcu od niego zależało, czy się obudzę – pomyślałem, żartując sam z siebie, że w ogóle przyszło mi to do głowy. – A pana ktoś, kiedyś w Ukrainie obraził? – pyta. Odpowiadam szczerze po chwili zastanowienia, że nie. Choć kiedyś prezydent Wołodymyr Zełenski częściej zapraszał TVP na konferencje prasowe, a po tym, jak Karol Nawrocki zabrał mu order, to jakoś przestał.

Przed snem lekarz powiedział do mnie „do widzenia”. To chyba było dobrą wróżbą, bo jego twarz również przywitała mnie po zabiegu. Jak to po narkozie, wygadywałem jakieś głupoty. Zapraszałem całą załogę na drinka to baru mojej polskiej koleżanki Asi, niedaleko cerkwi Michała Archanioła w Kijowie. Śmiali się, że reklamuję, bo jesteśmy z tego samego kraju. Przekonywałem, że Sao Miguel naprawdę serwują najlepszą pizzę w mieście i genialny koktajl Brasilian Long Island. I to bez względu na narodowość.

Zamiast do baru, przewieziono mnie jednak do mojej sali. Zadzwoniłem do bliskich, powiedziałem, że wszystko w porządku i zasnąłem. W nocy włączył się alarm ostrzegający o nalocie. Przebudziłem się w tej dziwacznej, ponarkozowej malignie i nie wiedziałem, czy mi się to wszystko śni, czy nie. Może faktycznie byłem w Sao Miguel i za dużo tych Long Island było. Na wszelki wypadek jednak sprawdziłem w telefonie, co się dzieje.

Kanały w Telegramie pisały, że nadlatuje kilka dronów odrzutowych. Nic więc – pomyślałem. Jak byłaby balistyka, to co innego. Trzy drony jakoś przeżyjemy. Wyciszyłem więc powiadomienia, aby więcej syreny mnie nie budziły, a pilot z czerwonym przyciskiem odłożyłem na bok i poszedłem spać.

W domu będzie bezpieczniej niż w szpitalu

Rano obudził mnie komunikat ze szpitalnych głośników: „Każdego dnia o godzinie 9.00 rano szanujemy pamięć poległych za obronę naszej ojczyzny. Zatrzymajcie się, pomyślcie o nich. Zaczyna się narodowa minuta milczenia. Tik-tak, tik-tak, tik-tak”.

Po tym ogólnokrajowym rytuale przywieziono mi śniadanie, które nie przypominało niczego smacznego i takim też się okazało. Przyszli lekarze na poranny obchód. Oznajmili, że wszystko ze mną w porządku i jeśli chcę, będę mógł dziś po południu jechać do domu.

– Może pan zostać oczywiście, ale w nocy być może będzie nalot, a pana stan zdrowia nie przeszkadza w tym, żeby mógł pan być poza szpitalem. Tak chyba będzie bezpieczniej – zasugerował doktor, prosząc, abym tylko kolejnego dnia przyjechał na kontrolę i dzwonił, gdyby cokolwiek się działo.

Wróciłem więc do mieszkania. Zabrałem recepty i listę produktów spożywczych, które powinienem teraz jeść, i poszedłem do pobliskiego centrum handlowego. Na wysokich schodach często siedzi młodzież i dyskutuje o różnych ważnych dla siebie sprawach. W ucho przypadkiem wpada mi rozmowa.

„…i te dwie Polki zaczęły bić tych Ukraińców na ulicy po prostu, bo ci po ukraińsku między sobą rozmawiali!” – relacjonuje filmik z sieci nastolatek swojej koleżance. „To co, tam w Polsce lepiej po rosyjsku rozmawiać?” – dopytuje dziewczyna. „Polakom wszystko jedno. Oni nie rozróżniają. Biją i nas, i ich”. Zrobiło mi się smutno.

W aptece większości leków, które mi przepisano, nie ma, bo niedawno Rosjanie zbombardowali składy z medycyną, więc są braki. Dostaję jakieś zamienniki o podobnym składzie, ale też nie wszystkie, tylko tyle, ile było. Będę musiał poszukać. Może w innej aptece w mieście będzie jeszcze parę sztuk.

W supermarkecie kupuję ostatnie opakowanie brytyjskiej owsianki, bo półki też są mocno przerzedzone. Kilka dni temu rakiety zniszczyły największe magazyny z żywnością pod Kijowem, więc nie wszystko jest dostępne, a towary pierwszej potrzeby się rozeszły. Na tydzień wystarczy. Może w innym sklepie znajdę jeszcze jedno opakowanie.

Nadchodzi wieczór, więc robię pranie, pakuję plecak pierwszej potrzeby, zbieram dokumenty, sprzęt dziennikarski, dyski z danymi Fundacji, zdjęciami, filmami i tekstami. Całe swoje dziennikarskie archiwum pakuję w torbę, bo to najcenniejsze, co mam.

Są już komunikaty, że w nocy będzie ostrzał. Dobrze więc chyba, że nie zostałem w szpitalu. Strzeżonego Pan Bóg strzeże, jak to mówią.

Metro mam niedaleko, ale z takim bólem i tak pewnie nie zdążę tam dojść, jeśli włączy się alarm. Wybieram więc najbezpieczniejszy do spania pokój. W salonie lepiej, bo sypialnię mam tuż przy przedniej elewacji budynku, a więc tylko jedna ściana i balkonowe okno. Decyduję się spać na kanapie.

Dziennik korespondenta wojennego: Atak na Kijów

W nocy, około pierwszej, uruchamiają się syreny alarmowe. Ostrzeżenie o nalocie trwa trzy minuty. Zanim dobiega końca, już słyszę potężne eksplozje. Bach, bach, bach, bach, bach, bach.

Staram się liczyć, ale gubię rachunek w nocnej malignie. Balistyka musiała nadlecieć jedna za drugą. Pewnie gdzieś niedaleko, bo huk był głośny. Może Łukianiwka albo okolice. Dźwięk zazwyczaj niesie się w moje okolice po prostopadłych, szerokich ulicach Kijowa.

Po rakietach przychodzą informacje o nadlatujących dronach odrzutowych. Publikuję post w mediach społecznościowych: „Seria wybuchów w Kijowie. Syreny nie zdążyły się jeszcze wyłączyć, a już przyleciała balistyka. W tym samym momencie: lewy brzeg, Łukianiwka oraz Wysznewe, Bojarka, Obuchiw”.

I dochodzę do wniosku, że idę spać. Niech się dzieje wola nieba. Jestem tak zmęczony i obolały, że jest mi wszystko jedno. Widać, że celują gdzie indziej.

Budzę się rano. Znów od syreny. Nadlatują kolejne drony. Za oknem już słyszę, jak obrona przeciwlotnicza próbuje je zestrzelić.

Sprawdzam telefon. W nocy Rosjanie trafili między innymi w największy stołeczny rynek z książkami i pchli targ. W pobliżu jest duży most łączący prawy i lewy brzeg rzeki, a także stacja kolejowa.

Może celowali w coś innego i nie trafili, a spłonęła cała literatura. Kto mnie zna, ten wie, że kocham książki, więc te informacje przyjmuję z wielką przykrością.

Jest jakaś 6.00 rano, więc zasypiam jeszcze na parę godzin, z tymi wybuchami w tle. Około 9.00 ponownie budzi mnie alarm przeciwlotniczy. Sprawdzam Telegram. Drony.

Wstaję. Myję zęby, zmieniam opatrunek. Idę do kuchni i nastawiam mleko z owsianką. Dodaję łyżkę miodu do smaku. Palę papierosa na balkonie. Słyszę dwie eksplozje. Chyba strącili drona. Lecą jeszcze trzy. Wykipiało mi mleko, ale śniadanie zjem.

Robię zdjęcie owsianki i wysyłam w odpowiedzi do kolegi na froncie. Jest teraz gdzieś pod Słowiańskiem, na Donbasie, ale od rana pyta, jak się czuję po operacji. Kiedy widzi zdjęcie, przestrzega: „Uważaj, bo nie masz już trzech lat. Mleko się ciężko trawi. Lepiej gotuj na wodzie”.

Kiedy kończę pisać ten tekst, nie ma jeszcze południa, a znów słychać syreny alarmowe.

wtorek, 4 sierpnia 2026

Nikołaj Karpicki. Technologie zmieniły wojnę. Czy zachodni przywódcy wyciągną wnioski z analizy Wałerija Załużnego?

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 23.07.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/wolnosc/analiz-walerija-zaluznego/
 

8 lipca 2026 roku ukazał się artykuł Wałerija Załużnego. Kluczowa myśl autora sprowadza się do tego, że rozwój technologii wojskowych wymaga ponownego przemyślenia utrwalonych wyobrażeń o wojnie, w tym samego pojęcia zwycięstwa militarnego. NATO, według słów Załużnego, nie odpowiada współczesnym wyzwaniom, ponieważ jest sojuszem świata, który przeszedł już do historii i zmienił się. Czy zachodni przywódcy odpowiedzialni za bezpieczeństwo swoich państw są gotowi wyciągnąć odpowiednie wnioski i zmienić strategiczne spojrzenie na wojnę?

Czy w warunkach pokoju można przygotować się do współczesnej wojny?

Cztery lata temu można było bez większych wątpliwości mówić o przewadze militarnej NATO. Jednak wojna, przez doświadczenia ukraińskie, zmieniła swój charakter.

Rosyjska armia w momencie inwazji na Ukrainę w 2022 roku była uznawana za drugą na świecie. Gdyby jednak ta sama armia, w kształcie, jaki miała w 2022 roku, zmierzyła się ze współczesną armią ukraińską, zostałaby całkowicie rozbita w mgnieniu oka, ponieważ w ciągu czterech i pół roku rozwój technologii wojskowych posunął się daleko naprzód. Im dłużej państwa prowadzą wojnę, tym więcej zdobywają doświadczenia, rozwijają nowe technologie i doskonalą metody prowadzenia działań wojennych. W ciągu lat walk armie państw zaangażowanych w konflikt osiągnęły nowy poziom, niedostępny dla armii pozbawionych doświadczenia w prowadzeniu współczesnej wojny, nawet tak zaawansowanych technologicznie, jak armie państw NATO.

Obecnie wiele osób mówi o przełomie w wojnie. Zgadzam się jednak z autorem artykułu: to, co obserwujemy, nie jest przełomem, lecz naturalną zmianą charakteru wojny pod wpływem nowych technologii. Latem 2024 roku rosyjska armia stosunkowo szybko posuwała się w kierunku Pokrowska. Gdyby udało jej się utrzymać tempo natarcia i szybko zdobyć miasto, otworzyłaby się droga na Pawłohrad przez równinny teren stepowy. W takim przypadku rosyjska armia uzyskałaby szansę na przecięcie frontu na dwie części i doprowadzenie do jego załamania. Ukrainie dramatycznie brakowało żołnierzy, a sytuację mogła uratować jedynie rewolucja technologiczna. I właśnie do niej doszło. Ludzi na froncie zaczęły zastępować drony i roboty, częściowo niwelując różnicę w liczebności wojsk. W rezultacie zagrożenie załamaniem frontu zniknęło, a jak twierdzi generał Załużny, obecnie ani Rosja, ani Ukraina nie są w stanie osiągnąć zwycięstwa na polu bitwy.

Spojrzenie Wałerija Załużnego na współczesne pole walki

Autor artykułu pisze, że rozwój nowoczesnych technologii praktycznie uniemożliwia realizację zadań taktycznych na lądzie. Szara strefa na linii styczności bojowej przekształciła się w strefę śmierci, w której drony niszczą niemal każdy poruszający się obiekt. Problemem nie jest już to, jak utrzymać określoną pozycję, lecz jak w ogóle do niej dotrzeć, przeprowadzić rotację wojsk lub ewakuację rannych. Dwa lata temu największym koszmarem żołnierzy było znalezienie się w okrążeniu operacyjnym, gdy wszystkie linie komunikacyjne pozostawały pod kontrolą ogniową przeciwnika. Obecnie niemal wszyscy wojskowi utrzymujący pozycje na linii frontu znajdują się w warunkach zbliżonych do okrążenia operacyjnego. W tych warunkach osiągnięcie jakiegokolwiek celu taktycznego odbywa się kosztem ogromnych strat, niewspółmiernych do uzyskanego rezultatu. Rosja może jednak pozwolić sobie na takie straty, podczas gdy Ukraina – nie. Rosyjskie dowództwo traktuje żołnierzy jako tani materiał eksploatacyjny, który można nieustannie kierować do strefy śmierci, dopóki poszczególne ukraińskie pozycje nie utoną w falach rosyjskich szturmowców. W ten sposób Rosja prowadzi powolne, pełzające natarcie, które w pełni odpowiada Putinowi.

Z kolei Ukrainie udaje się nie tylko przecinać logistykę na zapleczu frontu, co już doprowadziło do kryzysu paliwowego na Krymie, lecz także zadawać znaczące straty rosyjskiej gospodarce, powodując niedobór benzyny. Wałerij Załużny uważa jednak, że technologiczna przewaga Ukrainy ma charakter tymczasowy, a te same technologie i metody prowadzenia wojny wkrótce zacznie stosować również Rosja. Ponieważ tempo rozwoju technologii wojskowych w Rosji i Ukrainie jest obecnie zbliżone, każde skuteczne rozwiązanie opracowane przez jedną ze stron po pewnym czasie zaczyna być wykorzystywane także przez drugą. Należy oczekiwać, że w najbliższej przyszłości wszystkie miasta przyfrontowe po obu stronach linii frontu zostaną odizolowane podobnie jak Krym, a jeszcze później każda ze stron obejmie kontrolą za pomocą dronów całe terytorium państwa przeciwnika. W rezultacie całe terytorium Ukrainy i Rosji może przekształcić się w jedno wielkie pole bitwy.

Czy państwa europejskie są gotowe na taki typ wojny?

Rozwój bojowych dronów osiągnął nowy poziom, a Rosja okazała się na to nieprzygotowana: ukraińskie ataki na rafinerie doprowadziły do niedoboru benzyny i niezadowolenia społecznego. Jednak na początku pełnoskalowej inwazji również Ukraina nie była przygotowana na systematyczne ataki na swoją infrastrukturę energetyczną: płonęły bazy paliwowe, załamała się logistyka. Z czasem każda walcząca strona dostosowuje się do bolesnych uderzeń przeciwnika – i jest to prawidłowość równie naturalna jak to, że państwo pozostające poza wojną nie może przystosować się do nowego rodzaju konfliktu zbrojnego.

Wielu Europejczyków nadal podtrzymuje przestarzałe wyobrażenie, że w przypadku dalszej agresji Rosji strefa działań wojennych ograniczy się do wschodniej flanki NATO, obejmującej Polskę i państwa bałtyckie, podczas gdy reszta Europy pozostanie głębokim zapleczem. Jednak w najbliższej przyszłości rosnąca autonomia i masowość systemów bezzałogowych sprawią, że pojęcie „głębokiego zaplecza” straci sens. W przypadku dużego konfliktu zagrożone będą obiekty w całej Europie – od Portugalii po Islandię. Ponadto europejska infrastruktura jest pod wieloma względami bardziej podatna na ataki niż infrastruktura ukraińska.

W ciągu lat wojny Ukraina nauczyła się rozpraszać obiekty o krytycznym znaczeniu, tworzyć rezerwowe moce produkcyjne i szybko odbudowywać uszkodzoną infrastrukturę. Państwa europejskie nie mają takiego doświadczenia. Przeciwnie, znaczna część obiektów energetycznych, transportowych i przemysłowych charakteryzuje się wysokim stopniem koncentracji przestrzennej, co w warunkach masowego użycia dronów dalekiego zasięgu może uczynić z nich stosunkowo łatwe cele. Jeśli obecnie Rosja nie dysponuje jeszcze wszystkimi niezbędnymi środkami umożliwiającymi przeprowadzenie tego rodzaju ataków na Europę, to przy obecnym tempie rozwoju technologii już w dającej się przewidzieć przyszłości taka możliwość może się pojawić. Wówczas głównym priorytetem stanie się nie tyle utrzymanie linii frontu, ile zdolność państwa do utrzymania funkcjonowania swojej gospodarki, infrastruktury i systemu zarządzania pod stałą presją precyzyjnych uderzeń.

Czy zwycięstwo nad Rosją jest możliwe?

Samymi siłami Ukrainy pokonanie Rosji jest niemożliwe. Jak pisze Wałerij Załużny, obecnie wojna na wyniszczenie toczy się już daleko poza linią frontu. Celem staje się nie tyle całkowite rozbicie przeciwnika na polu bitwy, ile niszczenie szlaków logistycznych i infrastruktury krytycznej, co gwałtownie zwiększa zagrożenie dla ludności cywilnej, ale jak dotąd nie przybliża zakończenia wojny. Wałerij Załużny stwierdza: „Mówienie o osiągnięciu celu politycznego, zwycięstwie w wojnie za pomocą działań taktycznych na polu bitwy lub nawet skutecznych uderzeń w logistykę i infrastrukturę krytyczną wyraźnie wykracza poza granice zdrowego rozsądku”.

Państwa zachodnie wykluczają bezpośredni udział w wojnie i do niedawna pomagały Ukrainie przede wszystkim się bronić, a nie osiągnąć zwycięstwo. W paradygmacie zachodniej świadomości społecznej życie w pokoju jest stanem normalnym, natomiast wojna jest zjawiskiem tymczasowym i nadzwyczajnym. Dlatego uważa się, że z rosyjską władzą można będzie osiągnąć porozumienie pokojowe, jeśli uczyni się prowadzenie wojny dla niej bezperspektywicznym i kosztownym. To błędne przekonanie skazuje na porażkę.

W paradygmacie rosyjskiej świadomości społecznej to właśnie wojna jest stanem normalnym. Rosyjskie władze pozostają niewrażliwe na straty wojenne i gotowe są prowadzić wojnę niezależnie od ponoszonych strat gospodarczych. Rosja nie jest w stanie przez długi czas pokojowo współistnieć z Europą, ponieważ sama struktura zarządzania tak ogromnym terytorium zakłada opieranie systemu władzy nie na prawie, lecz na sile, co wcześniej czy później prowadzi do ponownej ekspansji militarnej. Obecnie Rosja wkroczyła w fazę, w której nie jest już w stanie powstrzymać swojej agresji, a nawet w przypadku tymczasowego zawieszenia broni będzie kontynuować wojnę hybrydową.

Przewartościowanie sposobu postrzegania wojny w zachodniej świadomości społecznej jest koniecznym warunkiem zwycięstwa nad Rosją. Nowy typ wojny wymaga również nowego rozumienia zwycięstwa. Sukcesy wojskowe powinny być mierzone już nie liczbą zdobytych lub wyzwolonych terytoriów, lecz stopniem osłabienia lub zniszczenia systemu sprawowania władzy przeciwnika. Wojna zakończy się nie wtedy, gdy rosyjskie władze dostrzegą bezcelowość dalszego jej prowadzenia, lecz wtedy, gdy państwo rosyjskie utraci zdolność sprawnego funkcjonowania i zarządzania. Jednak właśnie tego obawiają się zachodni przywódcy.

Czy jest to osiągalne? W rzeczywistości Rosja jest bardzo podatna na określone rodzaje uderzeń. Cała Syberia jest połączona z Rosją jedną linią kolejową. Jeśli ta cienka nić gdzieś się zerwie, nie będzie można przewozić ani ładunków, ani wojsk. Czy regionalne elity wykorzystają taką sytuację? Wszystko jest możliwe, jeśli w Rosji nasilą się wewnętrzne sprzeczności – między biznesem a państwem, między regionalną biurokracją a władzą centralną, między oczekiwaniami społeczeństwa a rzeczywistością. Działania mające na celu pogłębienie tych sprzeczności stanowią również nieodłączną część wojny przeciwko Rosji.

Ukraina wykonuje jedynie swoją część tej pracy, ale to nie wystarcza. Dlatego bez udziału innych państw europejskich, choćby poprzez skoordynowane działania w obszarze wojny hybrydowej, rozwiązanie tego problemu nie będzie możliwe. Jednak sojusz NATO raczej nie może być skutecznym narzędziem realizacji tego celu, ponieważ został ukształtowany do wykonywania innych zadań i w innej epoce. Jak trafnie zauważył Wałerij Załużny, NATO jest sojuszem starego świata, którego już nie ma. Dlatego Europa będzie musiała poszukiwać nowych form współpracy wojskowej, ale wcześniej konieczne jest przekonanie zachodnich społeczeństw, które niestety nie dostrzegają, że Rosja od dawna prowadzi nie tylko konwencjonalną wojnę przeciwko Ukrainie, lecz także wojnę hybrydową przeciwko całej Europie.
 

Nikołaj Karpicki. Państwo jako narzędzie prawa czy aparat przemocy? Rosja, Polska i Ukraina: sprzeczności historyczne można przezwyciężyć

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 17.07.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/wolnosc/panstwo-narzedzie-prawa-czy-przemocy/
 

U podstaw konfliktów politycznych między Polską a Ukrainą leży odmienne postrzeganie historii. Można je jednak przezwyciężyć, jeśli nie będzie się upolityczniać sporów historycznych, lecz wychodzić ze wspólnego rozumienia państwa jako narzędzia systemu prawa służącego zapewnieniu normalnego życia ludzi. Natomiast sprzeczności polityczne z Rosją są zasadniczo nierozwiązywalne. Nawet jeśli do władzy doszliby tam oświeceni liberałowie, nie będą w stanie zmienić historycznego faktu, że Rosja kształtowała się jako państwo wojenne, którego istotą nie jest prawo, lecz aparat przemocy.

Państwo rosyjskie nie jest wrażliwe na śmierć swoich obywateli

Wojna z Rosją przypomina bójkę z gigantem, któremu wyłączono receptory bólu, dlatego trzeba uderzać tak, aby fizycznie utracił zdolność działania. Ta metafora pozwala zrozumieć, dlaczego wiele zwykłych mechanizmów nacisku na Rosję okazuje się nieskutecznych. Ukraińskie ataki na Rosję latem 2026 r. doprowadziły do niedoboru benzyny i wzrostu niezadowolenia społecznego, ale jednocześnie otworzyły nowe możliwości wzbogacenia się przyjaciół Putina. W czasie wojny ich majątek gwałtownie wzrósł, dlatego nie są zainteresowani jej zakończeniem. Rosyjskie władze są obojętne na niezadowolenie społeczeństwa; dla nich znaczenie mają jedynie ataki, które fizycznie utrudniają funkcjonowanie rosyjskiej machiny wojennej, zakłócając logistykę oraz łańcuchy produkcji i dostaw uzbrojenia.

Widzimy, jak państwa demokratyczne dokładają wszelkich starań, by ratować swoich obywateli, którzy stali się ofiarami terroryzmu lub polityki innych państw. Wynika to z rozumienia państwa jako narzędzia prawa, zapewniającego życie społeczeństwa i ochronę obywateli. Odmowa ochrony własnych obywateli podważa sens istnienia państwa. Jednak w Rosji jest inaczej: obywatele są zasobem i materiałem zużywalnym dla państwa. Przytoczę przykłady.

24 sierpnia 2004 roku w powietrzu wysadzono dwa rosyjskie samoloty pasażerskie; zginęło 89 osób. Śledczy oświadczyli, że rzekomo zostały one wysadzone przez zamachowczynie-samobójczynie. Nie informowano o żadnych próbach podjęcia z nimi negocjacji. Pamiętam jednak, jak w telewizji mówiono, że właśnie tak należy postępować – w przypadku przejęcia samolotu przez terrorystów należy go natychmiast zniszczyć. Generalnie społeczeństwo przyjmowało takie stwierdzenia spokojnie, choć czasem pojawiały się wątpliwości – co z zagrożeniem spadania szczątków, jeśli samoloty byłyby zestrzeliwane nad miastami?

Tydzień później, 1 września 2004 roku, czeczeńscy terroryści zajęli szkołę w Biesłanie. Tym razem zdążyli wysunąć żądanie – zaprzestanie działań wojennych w Czeczenii. W odpowiedzi rosyjskie siły zbrojne ostrzelały szkołę razem z dziećmi, i ponownie rosyjskie społeczeństwo przyjęło takie środki odwetowe spokojnie. Po tym zamachy rzeczywiście ustały, ponieważ nawet dla terrorystów stało się oczywiste, że rosyjska władza jest niewrażliwa na śmierć swoich obywateli.

W okresie pandemii COVID-19 przed rosyjskim kierownictwem stanął wybór – skierować zasoby na pomoc ludności albo oszczędzić je na wojnę z Ukrainą. Władza oczywiście wybrała drugą opcję. W rezultacie w ciągu dwóch lat pandemii nadwyżka zgonów wyniosła ponad milion osób więcej, niż można by oczekiwać przy utrzymaniu średniego trendu z lat 2017–2019. Rosyjskie społeczeństwo również te straty przyjęło spokojnie, a władza odebrała je wręcz pozytywnie – jako uwolnienie od „balastu”, który generował dodatkowe obciążenie społeczne.

Właśnie w ten sposób władze podchodzą do strat wojskowych – im więcej ludzi zginie z regionów depresyjnych, tym mniejsze będzie obciążenie społeczne dla państwa. Ludzie są tanim, odnawialnym zasobem, który można bezwzględnie zużywać. Widać to na froncie. Na przykład strona ukraińska uważa, że lepiej poświęcić robota niż żołnierza, jednak z punktu widzenia strony rosyjskiej jedno i drugie stanowi materiał zużywalny; pytanie jedynie, co jest tańsze.

Dlaczego państwo rosyjskie nie jest dla ludzi?

Rosja ucieleśnia odmienny model cywilizacyjny państwa, co wynika z szeregu uwarunkowań historycznych i światopoglądowych.
  • Po pierwsze, Rosja kształtowała się jako mocarstwo wojenne poprzez nieustanne podboje.
  • Po drugie, w historycznej samoświadomości Rosjan dominuje mesjanistyczna idea „zbierania ziem”. W różnych epokach przyjmowała ona odmienne formy: koncepcję „Trzeciego Rzymu”, ideę światowej rewolucji komunistycznej czy współczesne wyobrażenia o szczególnej cywilizacyjnej misji Rosji. Niezmiennie jednak utrzymywało się przekonanie, że państwo istnieje przede wszystkim po to, aby realizować wielkie zadanie historyczne, a nie zapewniać dobrobyt swoim obywatelom.
  • Po trzecie, ogromne terytorium wymagało scentralizowanego systemu redystrybucji zasobów. Taki model zarządzania sprzyjał umacnianiu pionowej struktury władzy oraz nieufności wobec federalizmu, samorządu lokalnego i wszelkich oddolnych inicjatyw.
  • Po czwarte, istotny wpływ wywarły doświadczenia sowieckich represji i systemu obozowego, w którym więźniowie polityczni byli przetrzymywani razem z więźniami kryminalnymi. Masowe represje, kolektywizacja oraz późniejsza urbanizacja sprzyjały rozprzestrzenianiu się subkultury przestępczej wywodzącej się z łagrów. Przejmowali ją chłopi migrujący do miast, a następnie przekazywali swoim dzieciom.
  • Po piąte, w całej historii Rosji ideologia państwowa zastępowała świadomość narodową Rosjan. W wielu państwach narodowych tożsamość buduje się wokół narodu i jego historycznego terytorium, natomiast rosyjska tożsamość wiąże się przede wszystkim z samym aparatem państwowym oraz przestrzenią, którą on kontroluje. Dlatego Rosję postrzega się nie tyle jako wspólnotę ludzi, ile jako hierarchię państwową oraz podporządkowane jej terytoria.
W tym paradygmacie obywatele nie są podmiotem państwa, lecz zasobem zużywalnym. Paradoks polega na tym, że sami obywatele uznają takie podejście za normalne, ponieważ nie wierzą, że państwo mogłoby być zorganizowane inaczej. Stąd bierze się dwoisty stosunek Rosjan do państwa: z jednej strony postrzegają je jako konieczne zło i aparat przemocy, zgodnie z tym, czego uczono ich w szkołach sowieckich, z drugiej zaś jako narzędzie realizacji historycznej misji, wobec której życie ludzi nie jest aż tak ważna.

Polska i ukraińska alternatywa dla rosyjskiego rozumienia państwa

Państwa zachodnie reprezentują prawny model państwa, który stanowi cywilizacyjną alternatywę dla modelu rosyjskiego. Państwo jest systemem organizacji życia społecznego, porządkującym relacje między ludźmi za pomocą mechanizmów prawnych. Obejmuje ono instytucje zapewniające funkcjonowanie prawa, ochronę jednostki oraz regulację stosunków społecznych. Stanowi narzędzie, dzięki któremu krajowy system prawny organizuje życie społeczeństwa.

W świadomości obywateli legitymacja państwa jest nierozerwalnie związana z legitymacją krajowego systemu prawnego. Poszczególne państwa mogą uzasadniać swoją legitymację w różny sposób: poprzez historię, religię, tradycję, kulturę lub demokratyczny wybór obywateli. W polskiej świadomości społecznej szczególne znaczenie ma pamięć historyczna. Dlatego tragiczne wydarzenia z przeszłości są nadal postrzegane jako ważny element współczesnej tożsamości narodowej.

Ukraińska kultura polityczna z kolei w znacznym stopniu opiera się na pamięci o walce o niepodległość. Dla lepszego zobrazowania mogę odwołać się do eseju „Czym jest współczesna ukraińska tożsamość?” autorstwa mojej ukraińskiej koleżanki Julii Fil, która po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji przez pewien czas mieszkała w Polsce, a następnie wróciła na Ukrainę. Rozmawiając ze swoimi polskimi przyjaciółmi, doszła do kilku interesujących wniosków, które przedstawiła w swoim eseju. Poniżej przytoczę wybrane fragmenty.

Julia Fil: „Gdzieś w drugim roku wojny, słuchając jednego z polskich podcastów, przyszła mi do głowy myśl, że Polacy bardziej troszczą się o swoją przeszłość, chętniej odwiedzają muzea, zamki i ruiny, podczas gdy Ukraińcy mniej interesują się przeszłością, a bardziej patrzą w przyszłość. Teza ta wydała mi się jednak nieco spekulatywna, ponieważ jako osoba pracująca w sektorze kultury obserwuję rosnące zainteresowanie Ukraińców przeszłością i kulturą w ogóle, nie tylko własną. Jest to tendencja, która – według moich subiektywnych obserwacji – zaczęła ujawniać się po rozpoczęciu wojny z Rosją.

…Jednak choć Polska utraciła niepodległość w wyniku kolejnych rozbiorów i dominacji obcych mocarstw, zachowała pewną ciągłość swojej państwowości oraz doświadczenie niezwykłej zdolności do konsolidacji w okresach, gdy państwowość była utracona. …Natomiast ukraińska państwowość była krótkotrwała i pozbawiona ciągłości – jej niezależne przejawy można wskazać właściwie jedynie w Rusi Kijowskiej i Siczy Zaporoskiej. Dlatego nasza tożsamość narodowa, jeśli odwołuje się do historii, czyni to raczej poprzez jej zmitologizowaną wersję. Nasza państwowość niczym zapałka zapalała się kilka razy na przestrzeni tysiącletniej historii, a pomiędzy tymi „błyskami” następowały długie okresy podporządkowania i zniewolenia. Jeśli więc dla Polaków historia niepodległej i potężnej Rzeczypospolitej była przekazywana z pokolenia na pokolenie, z ust do ust, to o naszych okresach państwowości dowiadujemy się co najwyżej z podręczników szkolnych, i to w zmitologizowanej formie. Pojawiają się przed nami średniowieczni książęta, których postrzegamy raczej jako bohaterów gry fantasy niż jako naszych przodków, oraz Kozacy – wolnościowi wojownicy z charakterystycznymi osełedcami, z którymi również niewiele nas łączy, ponieważ Sicz przestała istnieć bardzo dawno temu i żaden z naszych pradziadków nie mógł o niej opowiadać.

…To, co dziś jest autentycznie ukraińskie i znajduje społeczny oddźwięk, żyje – tworzymy to każdego dnia poprzez wolną sztukę. Warto szczególnie podkreślić słowo „wolną”, ponieważ oznacza ono sztukę wyrastającą ze społeczeństwa, a nie ideologiczny konstrukt kształtowany odgórnie za pomocą skostniałych schematów i ikon. Obejmuje ona wszystko – od form klasycznych po odważne eksperymenty.

…Kiedy Ukraińcy zaczęli interesować się sobą tu i teraz, obudziło się również zainteresowanie przeszłością. …Podcasty historyczne na YouTube cieszą się ogromną popularnością. Na nowo odkrywamy naszą historię i wplatamy ją w teraźniejszość. Czy zatem ekspert występujący w polskim podcaście się mylił?

Mimo wszystko mogę się z nim zgodzić. Chociaż wśród Ukraińców budzi się obecnie zainteresowanie własną przeszłością, to w strukturze naszej tożsamości odgrywa ona rzeczywiście inną rolę niż u Polaków. Dla Polaków przeszłość stanowi fundament tożsamości, natomiast dla nas podstawą tożsamości jest współczesność skierowana ku przyszłości, która jedynie twórczo reinterpretuję i aktualizuje przeszłość.”


Nie mogę w pełni ocenić opinii autorki tego tekstu, ponieważ nigdy nie byłem w Polsce i nie mam możliwości jej odwiedzić. Znam jednak polską diasporę w Tomsku na Syberii – moim rodzinnym mieście. Społeczność polska istnieje tam już od ponad stu pięćdziesięciu lat, od czasu powstania styczniowego z lat 1863–1864. Przez cały ten okres Polacy nie utracili swojej tożsamości narodowej, zachowali więź z polską kulturą i historią oraz prowadzą badania nad dziejami polskiej diaspory na Syberii. Ten szczególny stosunek do własnej historii odróżniał ich od pozostałych mieszkańców mojego rodzinnego miasta. Ponieważ w polskiej świadomości społecznej państwo czerpie swoją legitymację z historii, Polacy nie mogą traktować tragicznych wydarzeń swojej przeszłości, takich jak rzeź wołyńska, jedynie jako abstrakcyjnej wiedzy historycznej.

Z kolei ukraińskie postrzeganie państwa wiąże się z heroizacją historii walki o niepodległość. Jednocześnie długotrwałe doświadczenie kolonialne ukształtowało ograniczone zaufanie do instytucji państwowych jako takich oraz silniejszą orientację na relacje osobiste. Z jednej strony zwiększa to zdolność ukraińskiego społeczeństwa do samoorganizacji, czego dowodzą sukcesy dwóch rewolucji w 2004 i 2014 roku oraz szeroki ruch wolontariacki w czasie rosyjskiej agresji. Z drugiej strony sprzyja lekceważeniu formalnych zasad i tolerancyjnemu podejściu do korupcji.

W warunkach wojny każda wątpliwość dotycząca heroicznego mitu, nawet jeśli jest w pełni uzasadniona historycznie, jest na Ukrainie odbierana tak, jakby podważano samą walkę o przetrwanie, którą kraj obecnie prowadzi. To właśnie różnica w postrzeganiu historii stanowi jedno z głównych źródeł polsko-ukraińskich sporów historycznych i dyplomatycznych, których eskalacja leży w interesie Rosji.

Sprzeczności między Polską a Ukrainą można przezwyciężyć

Spory historyczne można przezwyciężyć, natomiast sprzeczności cywilizacyjnych – nie. Nie posiadam ani kompetencji naukowych, ani moralnego prawa, by ingerować w historyczne spory między Polską a Ukrainą, dlatego nie zamierzam oceniać żadnej ze stron. Jestem jednak przekonany, że wszelkie spory historyczne między państwami można rozwiązać, jeśli nie będą one upolityczniane, lecz pozostawi się je profesjonalnym historykom. W tym celu potrzebne są wspólne platformy naukowe, a najlepiej międzynarodowy instytut badawczy poświęcony spornym zagadnieniom historii, w którym badacze z obu krajów prowadziliby dyskusję zgodnie z akademickimi standardami rzetelności i obiektywizmu, niezależnie od nacisków jakiejkolwiek ideologii.

Pomimo sporów historycznych Polska i Ukraina wywodzą się z tego samego cywilizacyjnego modelu państwa, który zasadniczo różni się od modelu rosyjskiego. Dzięki temu wszelkie sprzeczności między nimi można rozwiązywać w ramach wspólnego rozumienia państwa jako instytucji prawa. Natomiast sprzeczności z Rosją nie da się rozwiązać w ten sposób, ponieważ mają one charakter cywilizacyjny. Pojawia się zatem pytanie: czy w ramach tego prawnego modelu państwa można znaleźć odpowiedź na to, jak postępować z Rosją?

Prawne uzasadnienie dekonstrukcji imperium

W paradygmacie prawnym państwo można zdefiniować jako narzędzie służące realizacji norm i zasad krajowego systemu prawnego w życiu społecznym. Istnieją różne krajowe systemy prawne, obejmujące ustawodawstwo, system prawa, kulturę prawną oraz praktykę stosowania prawa. Ogólne zasady tych systemów stanowią podstawę prawa międzynarodowego, którego podmiotem jest również Rosja. Powstaje jednak sprzeczność, ponieważ Rosja jest państwem niepraworządnym, łamiącym zasady prawa. Oznacza to, że zachowuje ona podmiotowość w stosunkach międzynarodowych wyłącznie dzięki swojej sile militarnej, tracąc jednocześnie prawne podstawy własnej legitymacji.

Po podporządkowaniu rosyjskiego systemu prawnego prowadzeniu wojny napastniczej i represji utracił on swoją legitymację. Obecnie Rosja znajduje się w sytuacji, w której nie jest w stanie funkcjonować bez prowadzenia wojny. Nawet jeśli rosyjskie władze zawrą tymczasowe zawieszenie broni na linii frontu, doprowadzi to do aktywizacji wojny hybrydowej przeciwko wszystkim państwom europejskim. Dlatego państwa te mają pełne prawo przeciwdziałać rosyjskiemu zagrożeniu wszelkimi środkami zgodnymi z własnym porządkiem prawnym i normami prawa międzynarodowego.

Czy Rosjanie mają prawo do samostanowienia i niepodległości w okresie powojennym? Po pierwsze, mieszkańcy Rosji, w przeciwieństwie na przykład do obywateli Ukrainy czy Polski, nie posiadają wspólnej podmiotowości. Po drugie, nie istnieją instytucje polityczne, które mogłyby występować w imieniu Rosjan. Możliwe, że w przyszłości powstaną podmioty społeczne reprezentujące poszczególne regiony lub narody zamieszkujące Rosję, które będą podnosić kwestie prawa do samostanowienia. Wewnątrz Rosji takie kwestie są nierozwiązywalne, dlatego przed wspólnotą międzynarodową pojawią się dwa problemy: na jakich podstawach należy uznawać nowe podmioty oraz w jakiej formie może zostać zrealizowane ich prawo do samostanowienia.

Dalsze losy powojennej Rosji powinny być zatem określane przez tych, którzy wniosą decydujący wkład w jej pokonanie, przede wszystkim przez Ukrainę, a także przez inne państwa i siły polityczne uczestniczące w przeciwstawianiu się rosyjskiej agresji. Przed taką koalicją stanie historyczne zadanie dekonstrukcji imperium, aby Rosja nigdy więcej nie prowadziła wojen podbojowych.

Czy wszyscy uczestnicy takiej koalicji przeciwstawiającej się Rosji są gotowi wziąć na siebie tę historyczną odpowiedzialność? Sądzę, że nie w wystarczającym stopniu. Jednak możemy zmienić tę sytuację, jeśli zaczniemy dyskutować nad prawnym mechanizmem dekonstrukcji imperium już teraz, gdy Rosja nadal prowadzi ofensywę na froncie, a końca wojny jeszcze nie widać. Da to jasną wizję celu walki z Rosją, co przyczyni się do dodatkowej motywacji do przezwyciężania różnic między państwami oraz skuteczniejszej mobilizacji sił dla wspólnego zwycięstwa.
 

Nikołaj Karpicki. Seksualne upokorzenie jako narzędzie rosyjskiej polityki wojennej

 

Jak seksualne upokorzenie jest wykorzystywane przez Rosjan jako narzędzie polityki wojennej, podtrzymywania systemu władzy oraz mobilizacji społeczeństwa?

W archaicznych społeczeństwach autorytarnych relacje seksualne postrzegane są nie jako prywatna sprawa dwojga ludzi, lecz jako przedmiot społecznej kontroli, gdzie to właśnie społeczeństwo określa dopuszczalne formy i charakter tych relacji. Dopiero stosunkowo niedawno w państwach demokratycznych relacje seksualne zaczęto postrzegać przede wszystkim jako sferę wolności osobistej i indywidualnego wyboru. Takie podejście okazuje się nie do przyjęcia dla współczesnej rosyjskiej władzy, która w swoim stosunku do seksualności demonstruje nie tylko konserwatyzm, lecz także dążenie do odrodzenia najbardziej prymitywnych form kontroli społecznej.

Jeśli spojrzeć z boku na wojnę rosyjsko-ukraińską, wyłania się paradoksalny obraz. Człowiek, który swoim zachowaniem i sposobem wypowiadania się demonstruje brak empatii, obojętność wobec ludzkiego życia, a jednocześnie strach przed własną śmiercią i utratą władzy, stanął na czele ogromnego państwa. Jego jedynym politycznym talentem okazała się zdolność dostosowywania się do tych, którzy stoją wyżej. Wyobrażając sobie siebie jako wielkiego męża stanu i zdobywcę, rozpętał wojnę przeciwko sąsiedniemu narodowi.

Nie to jest jednak dziwne, lecz fakt, że z woli jednego człowieka setki tysięcy Rosjan wyruszają zabijać mieszkańców sąsiedniego kraju, którzy nie zrobili im nic złego. Wielu idzie na wojnę dobrowolnie i gotowych jest bezsensownie zginąć, zamiast wystąpić przeciwko tym, którzy tę wojnę rozpętali. Co więcej, znaczna część rosyjskiego społeczeństwa poparła wojnę przeciwko narodowi, który jeszcze niedawno uważano za bratni, i mimo że wielu Rosjan ma w Ukrainie krewnych lub przyjaciół.

Kształtowanie się subkultury więzienno-łagrowej

Co jest nie tak z Rosjanami? W rzeczywistości problem nie tkwi w narodzie, lecz w systemie społecznym, który podtrzymuje hierarchię za pomocą różnych mechanizmów, w tym seksualnego upokorzenia. Obejmuje ono obelgi seksualne, przemoc seksualizowaną, groźbę jej użycia lub symboliczną imitację, a także obniżenie statusu społecznego poprzez zrównanie człowieka z pozbawionym praw obiektem przemocy seksualnej.

W społeczeństwach autorytarnych, szczególnie w czasie wojny, częściej spotyka się upokarzanie kobiet, jednak w warunkach obecnej kremlowskiej dyktatury obiektem seksualnego upokorzenia stają się mężczyźni. Można jednak tutaj zauważyć, że zjawisko to występuje jedynie w subkulturze więzienno-łagrowej, która ma charakter marginalny. Ale czy rzeczywiście tak jest?

Jednym z kluczowych etapów w historii Rosji były lata trzydzieste XX wieku, kiedy kolektywizacja zbiegła się z masowymi represjami. Przez system łagrów przeszły miliony ludzi z różnych warstw społecznych. To właśnie tam kształtowała się subkultura więzienno-łagrowa, która stopniowo przenikała do codziennego życia mieszkańców miast. Dla wielu chłopów przeprowadzka do miasta była postrzegana jako szansa na wyrwanie się z systemu kołchozowego. Tracąc tradycyjne formy życia wiejskiego, stykali się oni w mieście z normami zachowań charakterystycznymi dla subkultury więzienno-łagrowej, nie wiedząc, że może istnieć inny sposób funkcjonowania. Z czasem normy te były przekazywane kolejnym pokoleniom i stopniowo zaczęły być postrzegane nie jako wyjątek, lecz jako zwyczajny sposób relacji między ludźmi.

Perwersja ludzkiej godności

Celem rosyjskiej polityki wobec osób LGBT nie jest bynajmniej walka z nieheteronormatywną orientacją seksualną. Przeciwnie, jej sens polega na utrwalaniu przemocy seksualnej jako jednego z narzędzi władzy. Chodzi o przemoc zakładającą symboliczne lub rzeczywiste homoseksualne podporządkowanie. Procesowi temu towarzyszy wypaczenie samego pojęcia ludzkiej godności.

Jak rozumiem ludzką godność, polega ona na zachowaniu siebie i własnej osobowości wbrew okolicznościom zewnętrznym: bez względu na to, co się wydarzy, człowiek pozostaje sobą. Tylko przy wypaczeniu pojęcia ludzkiej godności możliwe jest, aby ludzie masowo popierali zabijanie swoich przyjaciół i krewnych w sąsiednim kraju z powodu kaprysu jednego człowieka.

We współczesnym społeczeństwie rosyjskim normy ogólnobywatelskie są wypierane przez normy ukształtowane w subkulturze więzienno-łagrowej, w której osoby poddane seksualnemu upokorzeniu należą do szczególnej kasty nietykalnych. Pod względem stopnia społecznej stygmatyzacji kasta ta jest jedną z najbardziej upokorzonych grup znanych w historii różnych społeczeństw.

Seksualne upokorzenie w „czarnych” i „czerwonych” zonach

W Rosji instytucje penitencjarne dzielą się na „czarne zony”, gdzie dominują porządki ustanowione przez autorytety kryminalne, oraz „czerwone zony”, gdzie władzę sprawuje administracja. W „czarnych zonach” przeniesienia do kasty seksualnie upokorzonych dokonują sami przestępcy poprzez fizyczną przemoc seksualną. W „czerwonych zonach” dokonują tego przedstawiciele administracji zakładu, jednak najczęściej nie poprzez fizyczny akt seksualny, lecz przez jego symboliczne zastąpienie.

W subkulturze więzienno-łagrowej jakiekolwiek równorzędne relacje z osobą seksualnie upokorzoną prowadzą do utraty własnego statusu. Na przykład używanie jej naczyń uważa się za oznakę przynależności do jej kasty. Wykorzystując to, kierownictwo łagrów w „czerwonych zonach” czasami organizuje prowokacje: najpierw pozostawia więźnia bez normalnego wyżywienia, a następnie proponuje mu jedzenie podane w naczyniach wcześniej używanych przez człowieka z najniższej kasty. Jeśli więzień nie wytrzyma lub nie zauważy podstępu, sam przejdzie do kasty seksualnie upokorzonych.

W takiej subkulturze zachowanie ludzkiej godności oznacza uniknięcie seksualnego upokorzenia za wszelką cenę. W rezultacie zdrada, oszustwo, przemoc czy upokarzanie innych są postrzegane jako działania dopuszczalne, a nawet godne szacunku, jeśli pozwalają uniknąć obniżenia własnego statusu.

Rosyjska władza mogłaby wykorzenić przemoc seksualną w „zonach”, gdyby wydała odpowiednie polecenia. Jednak traktuje hierarchię opartą na seksualnym upokorzeniu jako dodatkowe narzędzie kontroli społeczeństwa. Z tego powodu postrzega ruch LGBT jako zagrożenie dla istniejącego systemu symbolicznych relacji władzy i podporządkowania. Rosyjska władza nie sprzeciwia się samym relacjom homoseksualnym – sprzeciwia się traktowaniu biernych uczestników tych relacji jak ludzi. Właśnie dlatego w Rosji stale zaostrza się ustawodawstwo wymierzone przeciwko osobom LGBT.

Istota rosyjskiej polityki w sferze seksualnej

Celem rosyjskiej władzy jest narzucenie społeczeństwu wypaczonego wyobrażenia o ludzkiej godności. Zgodnie z tą logiką godne są wszelkie działania – niezależnie od tego, jak bardzo są brutalne, niemoralne czy przestępcze – jeśli pozwalają uniknąć spadku w hierarchii społecznej, na której najniższym szczeblu znajduje się kasta osób seksualnie upokorzonych.

Bo znaleźć się na samym dnie może każdy. W Rosji można aresztować dowolnego biznesmena lub wysokiego urzędnika i – jeśli nie wykaże wystarczającej uległości – wydać odpowiednie polecenia administracji więziennej. Strach przed taką perspektywą skłania ludzi do przyjmowania wypaczonego rozumienia ludzkiej godności w celu zachowania własnego statusu społecznego. Każdy, nawet najbardziej haniebny czyn, uznawany jest za przejaw godności, jeśli ratuje człowieka przed zagrożeniem znalezienia się na samym dole hierarchii społecznej. W tym systemie odniesienia, jeśli ktoś zostaje seksualnie upokorzony, oznacza to utratę godności ludzkiej, natomiast jeśli sam dokonuje takiego aktu wobec innych – przeciwnie, potwierdza to jego godność.

Propaganda obrony tradycyjnych wartości pełni funkcję ideologicznej osłony rosyjskiej polityki w sferze seksualnej. W tym celu władze Kremla angażują autorytety religijne, które rozpowszechniają narrację o bezbożnym i demonicznym Zachodzie, rzekomo niszczącym normy tradycyjnej moralności poprzez wspieranie praw osób LGBT. W szczególności podobne twierdzenia wielokrotnie pojawiały się w wystąpieniach patriarchy Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego Cyryla. Jednak ani patriarcha Cyryl, ani inni rosyjscy autorytety nie podejmują kwestii przemocy seksualnej w więzieniach, armii czy na terytoriach okupowanych.

Rosyjska władza wykorzystuje zarówno administrację więzienną, jak i przedstawicieli środowisk przestępczych do utrzymywania wśród osadzonych stałego strachu przed utratą statusu społecznego poprzez seksualne upokorzenie. Tę samą praktykę przeniesiono również do armii, stosując wszelkie formy seksualnego upokorzenia wobec żołnierzy odmawiających udziału w śmiertelnych szturmach.

W pewnym momencie strach ten staje się tak silny, że przewyższa nawet lęk przed śmiercią. Wówczas uruchamia się mechanizm psychologiczny, który przekształca strach w pokręcone poczucie godności, wyrażające się w gotowości do bezsensownego zabijania i równie bezsensownego umierania. Sprzyja to kształtowaniu postawy gnostycznego fatalizmu, polegającej na poczuciu utraty wartości życia i jego z góry przesądzonego końca. Jak bardzo przerażający nie byłby taki obraz świata, jego alternatywa – znalezienie się w kaście seksualnie upokorzonych – jest przez rosyjskich żołnierzy postrzegana jako jeszcze bardziej przerażająca perspektywa.

Istnieją jednak także miliony Rosjan, którzy popierają wojnę, ale sami korzystają z pokojowego życia na zapleczu i nie odczuwają bezpośredniego zagrożenia seksualnym upokorzeniem. Postrzegają oni politykę Kremla w sferze seksualnej jako wolność od własnego sumienia i swoistą indultencję za wszelkie niemoralne czyny, uważając, że wolno im wszystko, co nie prowadzi do utraty własnego statusu społecznego.