Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 04.03.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/front/rosyjska-okupacja-to-represje/
URL: https://postpravda.info/pravda/front/rosyjska-okupacja-to-represje/
Rosyjska okupacja, Chersoń. Wiec przeciwko rosyjskim okupantom 13 marca 2022 r. Kadr z kroniki wideo. YouTube
„Wolałbym żyć w Niemczech pod władzą Putina, niż żyć w warunkach wojny” – stwierdził 19-letni Niemiec w studiu telewizji ARD na początku października 2025 roku. Za wypowiedzią tego człowieka stoi rozpowszechnione szeroko złudzenie, że Rosja prowadzi wojnę wyłącznie z powodów politycznych – o zmianę granic państwowych i stref wpływów. Niezrozumienie, że chodzi o wojnę egzystencjalną o prawo do istnienia, rodzi iluzję, że z Rosją można się porozumieć drogą ustępstw.
Być może tacy jak ten młody Niemiec uważają, że rosyjska okupacja będzie jak życie w NRD pod kontrolą Związku Radzieckiego. Być może i w Ukrainie kiedyś sądzono, że władza Moskwy nie jest aż tak straszna: przecież żyło się też jakoś w czasach Breżniewa. Jednak życie w okupacji to nie jest „jak w Związku Radzieckim” ani nawet „jak w dzisiejszej Rosji”. To coś znacznie gorszego.
Reżim okupacyjny można porównać jedynie do rosyjskiej kolonii karnej, czyli „zony”, jak się ją nazywa. Są „czerwone zony”, gdzie absolutna władza należy do administracji więziennej, i „czarne zony”, gdzie rządzą autorytety przestępcze. A teraz wyobraźmy sobie, że kilka regionów zamienia się w jedną wielką „zonę”, w której administracja razem z kryminałem dopuszcza się samowoli. Właśnie tak wygląda rosyjska okupacja.
Nie mogę mówić w imieniu innych, ale powiem za siebie – jako mieszkaniec Słowiańska, miasta, które niektórzy zachodni politycy byliby gotowi „oddać” Putinowi w imię iluzorycznego pokoju z Rosją. Całkiem niedawno niedaleko mojego domu bomby lotnicze FAB-250 zniszczyły kilka budynków. Stało się to tak powszednie, że nie jest już powodem, by pisać o tym na Facebooku, gdzie zwykle dzielę się przemyśleniami, ani by przerywać domowe obowiązki. Rozumiem jednak: dalej będzie jeszcze gorzej. Ale nawet jeśli rosyjskie bomby lotnicze zniszczą połowę Słowiańska, nadal będę miał 50-procentową szansę na przeżycie. Jeśli jednak Słowiańsk zostanie okupowany – nie będzie żadnych szans. Dlatego dla mnie okupacja jest gorsza niż życie w warunkach wojny. Ale to tylko moje postrzeganie.
Rozmawiałem na ten temat z mieszkańcami Chersonia, którzy przeżyli okupację. Wśród nich jest Oksana Pohomij, działaczka społeczna i wolontariuszka. Przez całe życie mieszkała w Chersoniu, także w okresie okupacji; w 2020 roku została wybrana deputowaną Rady Miejskiej Chersonia. Przytoczę fragmenty naszej rozmowy, aby pokazać, jak w rzeczywistości wygląda okupacja.
Być może tacy jak ten młody Niemiec uważają, że rosyjska okupacja będzie jak życie w NRD pod kontrolą Związku Radzieckiego. Być może i w Ukrainie kiedyś sądzono, że władza Moskwy nie jest aż tak straszna: przecież żyło się też jakoś w czasach Breżniewa. Jednak życie w okupacji to nie jest „jak w Związku Radzieckim” ani nawet „jak w dzisiejszej Rosji”. To coś znacznie gorszego.
Reżim okupacyjny można porównać jedynie do rosyjskiej kolonii karnej, czyli „zony”, jak się ją nazywa. Są „czerwone zony”, gdzie absolutna władza należy do administracji więziennej, i „czarne zony”, gdzie rządzą autorytety przestępcze. A teraz wyobraźmy sobie, że kilka regionów zamienia się w jedną wielką „zonę”, w której administracja razem z kryminałem dopuszcza się samowoli. Właśnie tak wygląda rosyjska okupacja.
Nie mogę mówić w imieniu innych, ale powiem za siebie – jako mieszkaniec Słowiańska, miasta, które niektórzy zachodni politycy byliby gotowi „oddać” Putinowi w imię iluzorycznego pokoju z Rosją. Całkiem niedawno niedaleko mojego domu bomby lotnicze FAB-250 zniszczyły kilka budynków. Stało się to tak powszednie, że nie jest już powodem, by pisać o tym na Facebooku, gdzie zwykle dzielę się przemyśleniami, ani by przerywać domowe obowiązki. Rozumiem jednak: dalej będzie jeszcze gorzej. Ale nawet jeśli rosyjskie bomby lotnicze zniszczą połowę Słowiańska, nadal będę miał 50-procentową szansę na przeżycie. Jeśli jednak Słowiańsk zostanie okupowany – nie będzie żadnych szans. Dlatego dla mnie okupacja jest gorsza niż życie w warunkach wojny. Ale to tylko moje postrzeganie.
Rozmawiałem na ten temat z mieszkańcami Chersonia, którzy przeżyli okupację. Wśród nich jest Oksana Pohomij, działaczka społeczna i wolontariuszka. Przez całe życie mieszkała w Chersoniu, także w okresie okupacji; w 2020 roku została wybrana deputowaną Rady Miejskiej Chersonia. Przytoczę fragmenty naszej rozmowy, aby pokazać, jak w rzeczywistości wygląda okupacja.
Okupacja to bezprawie i totalna kontrola
„Najstraszniejszą rzeczą, jaka może spotkać człowieka w życiu, jest okupacja – opowiada Oksana Pohomij. – Ponieważ odbiera ci się wolność, nawet jeśli służby specjalne nie przyszły bezpośrednio po ciebie. Wcześniej mieliśmy pracę. A tu albo pracujesz dla okupantów, albo nie pracujesz i zostajesz bez środków do życia.
Rosjanie wywierali stałą presję psychiczną, nakłaniali do współpracy. Na przykład wprost z domu wyciągnęli kobietę – dyrektorkę jednej ze szkół artystycznych. Przez cały dzień przetrzymywali ją u siebie i zmuszali do podpisania zgody na współpracę. Gdy tylko ją wypuścili, natychmiast wyjechała ze strefy okupacji.
Do końca kwietnia mieliśmy jeszcze łączność komórkową, potem ją odcięli. Nie było żadnej. Zasięg pojawiał się tylko w jednym miejscu w centrum miasta – ludzie zbierali się tam, żeby chociaż wysłać bliskim SMS-a. Później łączność włączono na krótko, ale pod koniec maja znów ją wyłączono. Sprzedawano wyłącznie rosyjskie karty SIM. Internet bardzo pomagał: niektórzy dostawcy pozostali aktywni.
Z rewizjami przychodzą zawsze niespodziewanie – i to jest naprawdę przerażające. Znajomi dawali znać, że na sąsiedniej ulicy stoi transporter opancerzony, a raszyści przeczesują kwartał po kwartale. Do naszego kwartału przyszli następnego dnia. Zawiązałam chustkę, założyłam okulary, żeby się nie wyróżniać. Na rewizję przyszło czterech wojskowych. Ich uwagę odciągnął nasz wnuk Mykyta – to nas uratowało: nie zajrzeli tam, gdzie przechowywane były produkty naszej organizacji wolontariackiej. Do jednej z naszych dziewczyn na rewizje przychodzili kilka razy – mieszkała na osiedlu, w domu jednorodzinnym”.
Reakcja mieszkańców Chersonia na okupację
„Kiedy zaczęła się inwazja, jeszcze nie wiedziałam, że tak szybko nas oddadzą – opowiada pani Oksana. – Myślałam, że będzie jakiś opór. Napisałam na Facebooku, że zbieramy się na wiec – ja z mężem i wolontariuszami, z którymi pracujemy od 2014 roku. Byliśmy z nimi w Awdijiwce, Marjince, Krasnohoriwce, Szyrokynem. Ogłosiliśmy też zbiórkę dla rannych: odzieży, lekarstw, żywności instant, papierosów i artykułów higienicznych. Początkowo zbieraliśmy rzeczy w holu rady miejskiej, ale już drugiego dnia – 25 lutego – zabrakło miejsca i przenieśliśmy się do budynku rady rejonowej, a potem pakowaliśmy zestawy w innym miejscu.
5 marca odbył się pierwszy wiec. Nasza grupa wolontariacka pomagała ukraińskim wojskowym, przekazując współrzędne celów, i nie chciałam narażać ludzi na dodatkowe niebezpieczeństwo, dlatego prosiłam, by nie wychodzili na manifestację. Sama już szłam pakować produkty, gdy zadzwoniła przyjaciółka i powiedziała: ‘Jest tu tyle ludzi! Nawet sobie nie wyobrażasz!’. Wtedy zawróciłam i pobiegłam na wiec. Później zrozumiałam: to był nasz ‘herc’ – wyszliśmy bez broni przeciwko żołnierzom w pełnym rynsztunku, z automatami, i krzyczeliśmy do nich: ‘Nikt was tu nie zapraszał! Wynoście się stąd! ’”.
Słowo „herc”, którego użyła pani Oksana, nie ma odpowiednika w innych językach. Oznacza ono kozacką tradycję, gdy przed bitwą najbardziej zuchwali śmiałkowie wychodzili przed szeregi wroga i szydzili z niego, wyzywając na pojedynek.
„13 marca – to dzień wyzwolenia Chersonia spod hitlerowskiej okupacji – kontynuuje pani Oksana. – Tego dnia odbył się ogromny pochód. Żołnierze strzelali nad głowami, ale ludzie i tak przeszli od Placu Wolności do Nabrzeża. Tam był ukraiński sztandar o długości stu metrów. Ktoś go uszył! To był taki wzlot! Panowała euforia, dlatego w tym momencie zapomnieliśmy o strachu. Oni myśleli, że przyszli do prorosyjskiego regionu, a w rzeczywistości tak nie było. Kiedy wyszliśmy – a wyszedł nie tylko Chersoń, ale i Hola Prystan, Kahówka, Nowa Kahówka, Kałanczak, Skadowsk – z flagami, krzyczeliśmy, podchodziliśmy do czołgów, w ich głowach zaskoczyło, że nie będziemy Rosją… Nie wiem, mam nadzieję, że jednak zaskoczyło.
Wieczorami dużo spacerowaliśmy, chodziliśmy do przyjaciół i osób o podobnych poglądach, rozmawialiśmy, bo inaczej nie dało się przetrwać. Idziesz ulicą i widzisz, że ktoś związał żółty kwiat z niebieskim i powiesił na drzewie – i rozumiesz: nie jesteśmy sami. Są inni ludzie. Podczas spacerów szukasz takich niebiesko-żółtych znaków i wierzysz, że Ukraina wróci. I mieliśmy szczęście – zostaliśmy wyzwoleni”.
Okupacja – to męczące oczekiwanie represji
Przerażające nie są tylko same represje, ale i ciągłe zagrożenie, oczekiwanie kary. Pani Oksana opowiada:
„Strasznie jest żyć w takim stanie, kiedy nie wiesz, co będzie jutro. Zawsze nosiłam ze sobą mały plecak z szczoteczką do zębów, mydłem i zmianą bielizny, na wypadek, gdyby mnie zabrali. Później zrozumiałam: jaki plecak?! Worek na głowę, plecak zabiorą – i nie zostanie ci nic. Gdybyś opowiedziała to Rosjanom, nie zrozumieliby, powiedzieliby: ‚No to żyj dalej! Do wszystkiego można się przyzwyczaić!’ A tu ktoś decyduje za ciebie – wchodzi na przykład do autobusu na punkcie kontrolnym i mówi: ‚Nie spodobałeś mi się – wysiadź!’. Oni czuli się panami życia. Jeśli nie podporządkowałeś się, mogli zrobić z tobą wszystko.
Pierwszy miesiąc wszystko było zamknięte, a potem otwarto rynek. Obraz, który odcisnął się w mojej pamięci na całe życie. Było to przed 9 maja. Idę na rynek szukać ukraińskiego jedzenia. Obok powoli jedzie otwarty samochód ciężarowy, a tam na kolanach jeńcy z nagimi torsami i workami na głowach. I wtedy dopiero robi się naprawdę strasznie.
Podczas wiecu 5 marca okupanci fotografowali jego uczestników z budynku administracji obwodowej. Młodego chłopaka, Artioma, rozpoznano na podstawie zdjęcia i zabrano dziesięć dni później. Szedł do domu, gdy go złapano. Postrzelili mu nogę, porzucili koło szpitala i powiedzieli: ‚Masz szczęście’. I to było jeszcze stosunkowo łagodne – potem było znacznie gorzej. W czasie okupacji trafił jeszcze dwa razy ‚do piwnicy’.
Kiedy ciągle słyszysz, że jednego czy drugiego wzięli – uświadamiasz sobie, jak bardzo rzeczywistość różni się od oczekiwań. Nie sądziliśmy, że wszystko będzie aż tak straszne, dopóki nie zaczęliśmy słyszeć od naszych przyjaciół, którzy byli ‚w piwnicy’, jak ich tam dręczą i torturują.
Ludzi wywozili do izb tortur – to wcale nie są więzienia w tradycyjnym znaczeniu, gdzie zapewnia się jedzenie, wodę i możliwość skorzystania z toalety. To po prostu pokój wypełniony ludźmi. W tym, w czym cię złapano – w majtkach i podkoszulce – pozostajesz przez cały czas. Żadnych paczek. Raz dziennie wyprowadzają po wodę do butelki i do toalety. I torturują, torturują, torturują… Ciągle słychać krzyki innych ludzi. Krewni aresztowanych nie mogli się dowiedzieć, gdzie znajdują się ich bliscy. Idziesz do komendantury, a oni odpowiadają: ‘Nie wiemy’.
Rosyjska okupacja, Chersoń. W tym pomieszczeniu torturowano ludzi. Zdjęcie: Chersoń, 14 listopada 2022 r., Media Center Ukraine
Pewnego dnia aresztowano rodziców, gdy dowiedziano się, że ich syn służy w Siłach Zbrojnych Ukrainy. ‘Wypuścimy, gdy przyjdzie syn’ – powiedzieli im. Matkę w końcu uwolniono po miesiącu, ojca – po dwóch. To był krępy, przystojny mężczyzna, a po wypuszczeniu wyglądał jak stary dziadek. Tak bardzo zmienił się w zaledwie dwa miesiące.
W pierwszym tygodniu funkcjonariuszy FSB nie było widać. Około 10–12 marca pojawili się i zaczęli metodycznie objeżdżać adresy. Od tego momentu zaczęli zatrzymywać ludzi. Były przypadki, gdy naszych żołnierzy i ochotników Obrony Terytorialnej zatrzymywano, a potem znajdowano ich ciała z śladami tortur. Okupanci mieli listy, wszystkie adresy. Na przykład kobieta kiedyś dawno pracowała w prokuraturze lub sądzie – przyjeżdżają do niej, żeby nakłonić do współpracy. A jej już 70 lat i ma otępienie starcze. Czyli listy były już nieaktualne, a to oznacza, że przygotowywali się do tego od dawna, nawet przed 2014 rokiem”.
Czym różni się putinowski nazizm od hitlerowskiego
Nie tylko opowieść pani Oksany, ale także świadectwa innych osób, które przeżyły okupację, potwierdzają: za słowem „denazyfikacja” kryje się nazistowska polityka Rosji na okupowanych terytoriach.
W różnym stopniu dyskryminacja ze względu na narodowość występuje w wielu krajach, w tym demokratycznych. Inna sprawa, że w państwach demokratycznych istnieją mechanizmy prawne do walki z dyskryminacją. To, co robili Rosjanie na okupowanych terytoriach, to już nie dyskryminacja, lecz represje.
Na przykład zakaz wydawania gazety w ojczystym języku – to dyskryminacja, a areszt i tortury za używanie ojczystego języka – to represje. Ograniczenia przy zatrudnieniu ze względu na narodowość – dyskryminacja, a utożsamianie z działalnością terrorystyczną za okazywanie własnej tożsamości narodowej – to represje. To właśnie daje podstawy, by nazywać rosyjską politykę na okupowanych terytoriach nazistowską.
Jednak istnieje zasadnicza różnica między putinowskim a hitlerowskim nazizmem. Hitleryści definiowali Żydów według cech biologicznych. Putinowscy raszyści traktują Ukraińców jako wrogów nie ze względu na pochodzenie, lecz na samoidentyfikację. Jeśli Ukrainiec nie demonstruje swojej ukraińskiej tożsamości, raszyści automatycznie uznają go za „Rosjanina”. Taka możliwość mimikry dawała komuś szansę na przetrwanie. Żydzi w nazistowskich Niemczech nie mieli takiej szansy. Z drugiej strony, jeśli hitlerowskie represje miały charakter systemowy i uporządkowany, to represje raszystowskie są chaotyczne i arbitralne, i nie potrzebują żadnego powodu. Dlatego ofiarą może paść każdy, niezależnie od tego, czy uważa się za Rosjanina, czy Ukraińca.
„Nawet jeśli się podporządkujesz, i tak mogą zrobić z tobą wszystko – na przykład za używanie języka ukraińskiego – opowiada pani Oksana. – Znajomi przekazali, że z ulicy zabrano pewnego mężczyznę. Szedł do sąsiadów nakarmić psa, bo oni wyjechali. Żołnierze coś go zapytali, a on odpowiedział po ukraińsku. Trzymali go przez tydzień. Co z nim robili? Odmawiał mówienia o tym. Powiedział tylko, że od tego czasu z żoną rozmawiają wyłącznie po rosyjsku. To było we wrześniu. Później udało im się wyjechać przez Wasylówkę. Dwa tygodnie czekali, aż ich przepuszczą. Aby wydostać się z piekła, przeszli na język rosyjski”.
Prawa człowieka i prawo do tożsamości
Walka z ukraińską tożsamością nieuchronnie przeradza się w walkę z ludzką tożsamością – z dążeniem do pozostania człowiekiem. Potwierdzają to słowa Oksany Pohomij: „Ich celem jest zabić w człowieku człowieka. Wzięli grupę ludzi, którzy pomagali Siłom Zbrojnym Ukrainy, i zmuszali ich do torturowania siebie nawzajem”.
Dziś, na tle rozmów pokojowych w Ukrainie, strony dyskutują o politycznych, gospodarczych i wojskowych aspektach hipotetycznego pokoju z Rosją, przemilczając najbardziej bolesny temat – sytuację praw człowieka. Na okupowanych terytoriach systematycznie naruszane są fundamentalne prawa zapisane w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka: prawo do życia, wolności i nietykalności osobistej (art. 3); zakaz tortur i poniżającego traktowania (art. 5); prawo do uznania podmiotowości prawnej (art. 6), ochrona przed dyskryminacją i równość wobec prawa (art. 7); prawo do skutecznego przywrócenia praw (art. 8); zakaz arbitralnego aresztowania lub zatrzymania (art. 9), arbitralnej ingerencji w życie prywatne, naruszenia mieszkania i tajemnicy korespondencji (art. 12); prawo do wolności przekonań i ich wyrażania (art. 19); prawo do wolności pokojowych zgromadzeń i zrzeszania się (art. 20).
Jest jeszcze jedno fundamentalne prawo, nie sformułowane w Deklaracji, lecz bez niego nie możemy uważać się za ludzi cywilizowanych – prawo do tożsamości. Nikt nie powinien negować tożsamości innej osoby. Tymczasem na okupowanych terytoriach Rosjanie nie tylko negują ukraińską tożsamość, lecz represjonują wszystkich, którzy ją w sobie okazują.









