środa, 29 kwietnia 2026

Nikołaj Karpicki. Czy istnieje obiektywna prawda o wojnie? Wojna oczami mieszkańca Słowiańska na Donbasie

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 22.04.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/wolnosc/prawda-na-wojne/
 
 Czy Rosjanie bombardują ludność cywilną? – Moment prawdy: Słowiańsk po bombardowaniu 15 kwietnia 2026 roku. Zdjęcie: ukraińska policja krajowa
 
Ludzie patrzą na wojnę rosyjsko-ukraińską przez pryzmat własnych przekonań i oczekiwań, z jakiegoś powodu często uznając, że tylko ich spojrzenie jest właściwe. Czy istnieje taka prawda, która pozwala zobaczyć wojnę taką, jaka jest, niezależnie od światopoglądu czy wpływu propagandy? Nad tym zastanawia się prof. Nikołaj Karpicki, który spędził ostatnie cztery lata wojny w przyfrontowym Słowiańsku.

Dlaczego miliony Rosjan popierają wojnę?

Pamiętam lata szkolne. W większości ludzie radzieccy nie potrzebowali ideologii, aby poprzeć napaść na Afganistan. Opierali się na instynkcie przeciwstawiania się obcym, podobnie jak robił to tłum uczniów, który szedł pobić kogoś do innej szkoły. U niektórych ten instynkt przybiera agresywną formę. Później aktywnie wspierali wojnę przeciwko Czeczenii, Gruzji i Ukrainie. U innych przejawia się on w dążeniu do przyłączenia się do większości – przy czym maskują oni bierne poparcie dla wojny pokojową retoryką i stwierdzeniami, że „nikt nie zna prawdy”.

Są jednak i tacy, którzy roszczą sobie prawo do krytycznego myślenia, naukowej obiektywności lub przynależności do wyższej prawdy religijnej. Wśród nich zdarzają się ludzie, którzy nie tylko wspierają Ukrainę, ale także odczuwają wstyd – jednak są to pojedyncze przypadki. Znacznie więcej jest tych, którzy popierają agresywną wojnę, a jeszcze więcej tych, którzy starają się jej nie zauważać.

Do szczególnej kategorii można zaliczyć tych, którzy rozumieją przestępczą naturę kremlowskiego reżimu i rozpętanej przez niego wojny, a jednak deklarują swoją neutralność. Jeden bardzo wykształcony nauczyciel-krysznaita, prawdziwy intelektualista, który ucierpiał z powodu rosyjskich władz i był zmuszony do emigracji, doskonale rozumiejąc, że to Ukraina jest ofiarą wojny, przekonywał mnie o niedopuszczalności oceniania wojny z perspektywy religijnej. Z jednej strony takie ostrzeżenie jest uzasadnione, ponieważ pozwala uniknąć przekształcenia religii w ideologię. Z drugiej strony, jeśli nie znajdziemy momentu prawdy, taka neutralność przeradza się w tolerancję wobec wszelkich stanowisk politycznych, które pozwalają usprawiedliwiać wszelkie przestępstwa, aż po agresywną wojnę.

W praktyce okazało się, że występując przeciwko relatywizmowi moralnemu z religijnego punktu widzenia, ten szanowany nauczyciel krysznaicki mimowolnie doszedł do usprawiedliwienia relatywizmu moralnego w polityce. Ilustruje to jego polemiczna wypowiedź dotycząca wojny rosyjsko-ukraińskiej w dyskusji ze mną: „Obie strony twierdzą, że mają rację i walczą o swoje istnienie, a druga strona chce je zniszczyć. To tylko dolewa oliwy do ognia wojny i prowadzi do nowych śmierci i cierpień. Z takiego stanowiska wynika, że druga strona jest absolutnym złem, a wszystko, co pozostaje do zrobienia, to walczyć tak długo, aż albo strona umownie dobra zwycięży, albo całkowicie zginie. To droga donikąd”. Myślę, że jego słowa poparłaby większość współczesnych zachodnich polityków i przywódców religijnych sympatyzujących z Ukrainą.

Czy moment prawdy to śmierć?

Z biegiem czasu moje własne poglądy polityczne się zmieniały i nieraz myliłem się w ocenie wydarzeń oraz polityków. Dlatego ważne jest dla mnie znalezienie momentu prawdy, który pozwala przezwyciężać własne złudzenia. Moment prawdy to taki bezsporny fakt, na którym można oprzeć ponowną ocenę rzeczywistości, niezależnie od własnych przekonań czy oczekiwań.

Na przykład nie potrafię rozstrzygnąć, kto jest winny, jeśli w sąsiednim mieszkaniu ciągle kłócą się mąż i żona. Każde z nich buduje przekonującą narrację, w której winny jest inny. Ale jeśli wydarzy się najgorsze – mąż zabije żonę – stanie się to dla mnie momentem prawdy, który nie zależy od tego, jakie usprawiedliwienia wymyśli zabójca.

Śmierć jest absolutną rzeczywistością, niezależną od poglądów czy interpretacji. Dlatego odpowiedziałem szanowanemu nauczycielowi-krysznaicie tak: „Wiele można przykryć rozważaniami, że nikt nie zna prawdy, ale nie śmierć. Człowiek albo żyje, albo nie żyje. Wiem, że jeśli pozostanę pod okupacją, nie przeżyję – i to jest prawda życia. Co mnie obchodzą intelektualne gry z pozycji relatywizmu moralnego?”

Każdy krok ku wielkiej wojnie odsłaniał swój moment prawdy

Jesienią 1999 roku zamachy terrorystyczne z wysadzaniem budynków mieszkalnych w różnych miastach Rosji stały się pretekstem do nowej wojny przeciwko Czeczenii. Podczas przygotowań do kolejnego zamachu – wysadzenia bloku mieszkalnego – na gorącym uczynku zatrzymano grupę funkcjonariuszy moskiewskiej FSB. Ten fakt to moment prawdy, który nie zależy od przekonań politycznych. Mimo to większość Rosjan go zignorowała i pół roku później zagłosowała w wyborach prezydenckich na Putina, tym samym popierając przewrót czekistowski w Rosji i agresywną wojnę.

W lutym 2014 roku Rosja okupowała Krym i zaczęła wysyłać zorganizowane grupy na wschód Ukrainy, aby rozpętać wojnę również tam. Działo się to pod osłoną kampanii propagandowej, opowiadającej o „kijowskiej juncie”, rzekomych represjach wobec Rosjan i wielotysięcznych falach uchodźców z Ukrainy. Można mieć różne przekonania polityczne i ulegać propagandzie, ale nie można ignorować momentu prawdy – faktu, kto pierwszy przyniósł śmierć na Donbas.

13 marca 2014 roku w centrum Doniecka prorosyjscy bojownicy po zakończeniu pokojowego wiecu demonstracyjnie zadźgali młodego chłopaka – Dmytra Czerniawskiego. To jest moment prawdy, który nie zależy od przekonań politycznych ani światopoglądu.

12 kwietnia 2014 roku prorosyjscy bojownicy pod dowództwem Igora Girkina zajęli Słowiańsk, podczas gdy rosyjska propaganda twierdziła, że to rzekomo sami mieszkańcy Donbasu powstali do walki z Kijowem. I większość ludzi w Rosji w to wierzyła. Próbowałem ich przekonywać, ale było to całkowicie bezskuteczne, ponieważ ludzie wychodzili z własnych przekonań i ignorowali moment prawdy, który ujawnia się, gdy zada się pytanie: kiedy rozpoczęły się represje wobec cywilnych mieszkańców Słowiańska – przed tym wydarzeniem czy po nim?

Istnieje wiele świadectw tortur i zabójstw cywilów dokonanych przez bojowników Girkina i nie ma ani jednego świadectwa podobnej zbrodni po stronie ukraińskiej. Przytoczę świadectwo, o którym wiem od Natalii Bradarskiej – żony rozstrzelanego diakona zielonoświątkowego kościoła „Przemienienie Pańskie”.

8 czerwca, w święto Trójcy Świętej, prorosyjscy bojownicy porwali czterech chrześcijan bezpośrednio po nabożeństwie, przy wyjściu z kościoła: dwóch diakonów – Wiktora Bradarskiego i Władimira Wieliczko – oraz dwóch synów pastora – Ruwima i Alberta Pawenków. Tego samego dnia porwanych brutalnie torturowano, a w nocy rozstrzelano. Okupanci ukrywali przed rodzinami fakt zabójstwa, jednak po wyzwoleniu Słowiańska udało się szczegółowo odtworzyć przebieg tej zbrodni.

Opowiedziałem o tym wydarzeniu przedstawicielom różnych wyznań w Tomsku, z którymi wcześniej organizowałem dialog międzyreligijny. Myślałem, że to właśnie ten moment prawdy zmusi ich do ponownej oceny sytuacji na Ukrainie. Jednak moi dawni rosyjscy przyjaciele zignorowali moją wiadomość i w żaden sposób nie zmienili swojego stosunku do wojny.
 
Zniekształcony obraz świata a rzeczywistość wojny

Wydawałoby się, że rozpętanie niczym niesprowokowanej, agresywnej wojny przeciwko sąsiedniemu państwu powinno stać się momentem prawdy dla obywateli państwa-agresora, lecz stało się wręcz przeciwnie. Wielu Rosjan, którzy w 2014 roku deklarowali neutralność polityczną, ostatecznie zamknęło się w swoim zniekształconym obrazie świata i zaczęło usprawiedliwiać wojnę przeciwko Ukrainie.

Mój kolega w Rosji, również doktor nauk filozoficznych, religioznawca, a przy tym przedstawiciel ruchu „Hare Kryszna”  – adept indyjskiej tradycji duchowej – niedawno napisał komentarz pod moim wpisem: „ZSRR narzucał swoją ideologię, poza tym na próżno, i przegrał. Teraz USA narzuca Pax Americana. Wtrącili się w pokojowe, dobrosąsiedzkie relacje Ukrainy i Rosji”. Takie stwierdzenie jest możliwe tylko przy całkowitym niezrozumieniu lub ignorowaniu doświadczenia życia na Ukrainie, kiedy zamiast szukać momentu prawdy, domyślnie przyjmuje się założenia zniekształconego obrazu świata. Oznacza to, że ani naukowe myślenie krytyczne, ani przynależność do wyższej prawdy religijnej nie dają oparcia pozwalającego adekwatnie postrzegać rzeczywistość.

Wszyscy możemy się mylić, ponieważ interpretujemy wydarzenia w ramach własnego obrazu świata. W szczególności, mimo oczywistego zagrożenia ze strony Rosji, mieszkańcom krajów europejskich trudno wyobrazić sobie, że ich miasta będą niszczone bombardowaniami. Mnie również trudno było wyobrazić sobie, że Rosja będzie niszczyć ukraińskie miasta, choć wiedziałem już, jak Rosjanie niszczyli Grozny i Aleppo.

Na początku inwazji horyzont oczekiwań mieszkańców Ukrainy był bardzo ograniczony – kilka tygodni, najwyżej kilka miesięcy. Zbyt przerażające było wyobrażenie, że wojna potrwa wiele lat: mechanizmy obronne psychiki nie pozwalają dostrzec oczywistości. Dlatego konieczne jest opieranie się na takich momentach prawdy, które pozwalają przywrócić adekwatne postrzeganie rzeczywistości, nawet jeśli jest to bardzo bolesne.

Moment prawdy w czasie wojny odnajdujemy wtedy, gdy odrzucamy subiektywne oceny i oczekiwania oraz ujawniamy to, co bezsporne. W czasie wojny takim bezspornym faktem jest bliskość śmierci. Dlatego odpowiedziałem swojemu rosyjskiemu koledze tak: „Jeśli kogoś zabijecie lub zgwałcicie, czy będzie można usprawiedliwić wasze działania tym, że wasze dobrosąsiedzkie relacje z ofiarą zniszczyła amerykańska propaganda? Rosjanie od czterech lat próbują zabić mnie, moich przyjaciół i kolegów, a dziesiątki milionów to popierają. Po tym słuchanie o dobrosąsiedzkich relacjach jest obraźliwe”.

Śmierć przypadkowa i nieuchronna

Na Ukrainie nie ma bezpiecznego miejsca: każdy mieszkaniec może zginąć w każdej chwili. Przypadkowa śmierć od rakiety zagraża nawet tym, którzy znajdują się daleko od linii frontu. Jednak im bardziej niebezpieczne miejsce, tym szybciej się do tego przyzwyczajasz. Nie da się nieustannie myśleć o zagrożeniu życia, a gdy bombardowania ustają, o niebezpieczeństwie po prostu się zapomina.

Pełnoskalowa inwazja zburzyła dotychczasowe poczucie normalności. W pierwszych dniach „mgła wojny” pogrążyła nas w stanie całkowitej niepewności – nie dało się adekwatnie ocenić stopnia bezpośredniego zagrożenia życia. Eksplozja pocisku manewrującego tuż nad moim domem rozwiała tę mgłę: przypadkowa śmierć może nadejść w każdej chwili. Wtedy, za pierwszym razem, było to na tyle niezwykłe doświadczenie, że spóźniłem się o kilka minut na zajęcia ze studentami, które prowadziłem zdalnie. Później przyzwyczaiłem się do takich wybuchów do tego stopnia, że przestałem zwracać na nie uwagę.

Stało się to dla mnie kolejnym momentem prawdy: całe państwo działa po to, by zabijać mieszkańców sąsiedniego kraju. Wkrótce wśród moich przyjaciół i współpracowników pojawili się zabici, i przez pryzmat tej śmierci zacząłem patrzeć na swoich dawnych znajomych z Rosji. Moment prawdy obnażył fałsz postawy tych, którzy wyrażali współczucie dla Ukrainy, a jednocześnie twierdzili, że „bratnie narody” zostały skłócone przez Amerykanów, że za wojnę odpowiadają wszystkie strony, a samą wojnę przeciwko Ukrainie prowadzi nie Rosja, lecz wyłącznie Putin.

Kiedy zacząłem pisać ten tekst, w centrum Słowiańska zrzucono półtoratonową bombę lotniczą. Uderzenia na miasto zdarzały się już wcześniej, dość regularnie, jednak zazwyczaj używano bomb o masie 250 kilogramów. Ta była sześciokrotnie silniejsza: zniszczono dwa budynki, uszkodzono 39 bloków mieszkalnych, a ja zostałem bez prądu. Gdy przywrócono zasilanie, dowiedziałem się, że w nocy z 15 na 16 kwietnia Rosja przeprowadziła zmasowany, skoordynowany atak na terytorium Ukrainy. Według wstępnych danych zginęło 16–17 osób. Główne uderzenia spadły na dzielnice mieszkalne: ludzie ginęli w swoich mieszkaniach w Kijowie, Odessie, Dnieprze, Charkowie i innych miastach.

Rosja to duży kraj, którym trudno zarządzać za pomocą precyzyjnych poleceń: nie ma gwarancji, że polecenia nie zostaną zniekształcone, zanim przejdą przez kolejne szczeble hierarchii. Dlatego rządzi się nim poprzez wytyczne. Kierownictwo daje do zrozumienia, czego oczekuje, a podwładni starają się wykazać gorliwością, niekiedy wbrew celowości i zdrowemu rozsądkowi. Rosja prowadzi wojnę również zgodnie z takimi wytycznymi. Na przykład podczas lutowych mrozów celem było zniszczenie systemu energetycznego i doprowadzenie Ukrainy do zamarznięcia. Teraz jest wiosna, zainteresowanie władz tym celem osłabło, a wraz z nim – zapał wykonawców.

Kiedy to pisałem, w centrum naszego miasta ponownie zrzucono ciężką bombę lotniczą. Na krótko wyłączono prąd; gdy go przywrócono, kontynuowałem pisanie – i wtedy tuż obok rozległy się dwa potężne wybuchy. To wszystko oznacza, że rosyjskie kierownictwo wydało nowe wytyczne – celowe bombardowanie dzielnic mieszkalnych. Oczywiście były one bombardowane już wcześniej, jednak teraz prawdopodobieństwo śmierci wzrasta wielokrotnie – przynajmniej do czasu, aż pojawią się inne wytyczne.

Zbliżająca się strefa śmierci – moment prawdy dla tych, którzy żyją w strefie przyfrontowej

Śmierć od ostrzału jest przypadkowa – to „rosyjska ruletka”. Inaczej wygląda sytuacja, gdy nadchodzi fala okupantów, którzy niszczą wszystko na swojej drodze. Nawet jeśli uda się ją przetrwać, można znaleźć się pod okupacją – a wtedy grozi już nie tylko śmierć, lecz śmierć poprzedzona torturami.

Tego lata Rosjanie ponownie próbują zdobyć Słowiańsk: po raz pierwszy podjęli taką próbę latem 2022 roku. W ciągu czterech lat wojny, które spędziłem w Słowiańsku, zmieniła się cała epoka technologiczna prowadzenia działań wojennych: dziś nie zobaczy się już na ulicach systemów artylerii rakietowej, a czołgi postrzegane są jak mamuty z epoki prehistorycznej. Obecnie toczy się walka dronów, robotów i technologii elektronicznych.

Wiosną 2022 roku mogłem słyszeć, jak tydzień po tygodniu zbliża się kanonada artyleryjska: najpierw gdzieś daleko – czterdzieści kilometrów od nas, potem trzydzieści, dwadzieścia… Wieczorami nad horyzontem można było dostrzec białe błyski – tam również trwała walka, lecz tak daleko, że dźwięki do nas nie docierały. Najstraszniejsza była izolacja informacyjna podczas długotrwałych przerw w dostawie prądu, kiedy nie wiadomo, co dzieje się na froncie: a co, jeśli wróg już go przełamał i na ucieczkę jest za późno?

Rosjanie nacierali, tworząc przed sobą wał ognia artyleryjskiego, który miażdżył wszystko wokół. Odbierane to było tak, jakby nadciągała fala orków niszcząca wszystko na swojej drodze. Odwoływanie się do ich człowieczeństwa jest bezcelowe i nie ma co liczyć na litość. To zbliżanie się śmierci stało się momentem prawdy, pokazującym, że Rosja prowadzi tę wojnę na wyniszczenie, a nie dla jakiejkolwiek korzyści politycznej.

Dziś mamy inną epokę wojny – widać to, gdy przechodzi się przez miasto. Nie spotyka się już pojazdów opancerzonych kruszących asfalt, jak w 2022 roku: teraz drogi wyglądają jak nowe i są osłonięte siatkami przeciw dronom. Nad głową nie słychać już huku samolotów bojowych, za to coraz częściej rozbrzmiewa różnorodne terkotanie, buczenie, a czasem świst śmiercionośnych dronów. Nigdy nie wiadomo, czy ten dźwięk nie będzie ostatnim, jaki usłyszysz w życiu. Drony te kontrolują przestrzeń wokół miasta, a piętnaście kilometrów na wschód zaczyna się ciągła strefa śmierci, gdzie niszczone jest wszystko, co się porusza.

Na razie nie udaje się powstrzymać zbliżania tej strefy; co więcej, Rosja przerzuca na nasz kierunek dodatkowe wojska. Jak zakończy się letnia bitwa o Donbas – nie wiadomo. Mam nadzieję, że Rosjanom nie uda się zdobyć naszego miasta, jednak prawdopodobieństwo, że znajdzie się ono w strefie śmierci, pozostaje wysokie.

Kiedyś mieszkałem w Rosji, rozmawiałem z ludźmi, którzy wydawali się inteligentni i przyzwoici. Wtedy wyglądali całkiem normalnie: jedni wykazywali się krytycznym myśleniem, opierając się na kulturze, inni głosili dobro i wartości moralne, czerpiąc ze swojego doświadczenia religijnego. Dziś oceniają wojnę w ramach swojego zniekształconego obrazu świata. Nie potrafię zwrócić ich uwagi na moment prawdy – nie będą mnie ani słuchać, ani czytać. Mimo to ponoszę wraz z nimi wspólną, zbiorową odpowiedzialność za ich stosunek do tej wojny.
 

piątek, 3 kwietnia 2026

Wina // Słownik wojny

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 01.04.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/slownik-wojny/wina-i-poczucie-winy-zbiorowej/


Czy wszyscy Rosjanie są winni wojny? Czy można mówić o winie zbiorowej, czy też wina może być wyłącznie indywidualna? 
 
Wina

Wina zawsze jest związana z czynem. Podmiotem czynu może być konkretny człowiek, państwo lub instytucja społeczna dysponująca jednolitym mechanizmem podejmowania decyzji. Jeśli takiego mechanizmu nie ma, nie może być również winy. Podmiot ponosi winę za czyn w dwóch przypadkach: albo wtedy, gdy u jego podstaw leżał od początku zły zamiar, albo – niezależnie od intencji – gdy czyn doprowadził do niesprawiedliwości i wyrządził ludziom krzywdę. W przeciwieństwie do państwa, naród nie może być podmiotem czynu, a tym samym nie może być winny jego popełnienia, ponieważ stanowi wyobrażoną jedność poszczególnych osób, z których każda działa na swój sposób, a mechanizmy podejmowania decyzji należą nie do narodu jako takiego, lecz do konkretnych instytucji społecznych.

Wina zakłada karę polityczną, prawną lub moralną. Winę ponosi podmiot jednostkowy, a nie zbiorowy: człowiek, a nie społeczeństwo; państwo, a nie naród; organizacja kościelna, a nie chrześcijanie itd. Kara zawsze powinna być stosowana wyłącznie wobec podmiotu jednostkowego, nawet jeśli jej skutki dotykają innych. Na przykład, gdy wybitny działacz kultury zostaje ukarany za przestępstwo kryminalne, cierpi na tym społeczeństwo, lecz nie stanowi to podstawy do zwolnienia go z odpowiedzialności. Podobnie, gdy państwo zostaje ukarane za rozpętanie agresywnej wojny, cierpi cały naród, jednak nie jest to powód do odstąpienia od ukarania państwa: poprzez bojkot, sankcje i inne środki, aż do jego całkowitego demontażu. Jednocześnie każdy obywatel może ponosić swoją indywidualną winę za bezczynność lub – tym bardziej – za współudział w zbrodniach państwa, przy czym w każdym przypadku jest to zawsze konkretna, osobista wina danej osoby.
 
Poczucie winy zbiorowej

Należy odróżniać faktyczną winę od poczucia winy. Choć naród nie może ponosić winy zbiorowej, konkretny człowiek może odczuwać poczucie winy za swój naród, ponieważ poczucie winy może odnosić się nie tylko do własnych czynów, lecz także do czynów innych ludzi lub grup, z którymi dana osoba się identyfikuje. Na przykład dzieci nie są winne czynów swoich rodziców, ale mogą odczuwać za nie poczucie winy. W ten sposób, choć nie istnieje wina zbiorowa, na gruncie wspólnej tożsamości kształtuje się poczucie winy zbiorowej. Człowiek może je przeżywać wraz z tymi, z którymi się utożsamia: z rodziną, Kościołem, narodem, krajem itd.

W kontekście mitologicznym i religijnym poczucie winy zbiorowej i sama wina praktycznie nie są rozróżniane, dlatego za w pełni uzasadnione uznaje się twierdzenie, że Bóg, los, historia lub siły wyższe karzą naród za winę.

Rodzaje winy

Wina kryminalna jest określana przez fakt popełnienia przestępstwa, które zostało zdefiniowane prawnie i za które przewidziana jest kara. Ma ona zawsze charakter indywidualny. Nawet jeśli przestępstwo zostało popełnione przez organizację, każdy jej uczestnik odpowiada przed prawem za swoją osobistą winę. Oprócz winy kryminalnej Karl Jaspers wyróżnia winę polityczną, moralną oraz metafizyczną.

Jeśli mieszkańcy kraju wspierali reżim, ponoszą za to winę moralną; niewiedza, niezrozumienie sytuacji lub brak jej kwalifikacji prawnej nie mogą służyć jako usprawiedliwienie. Wina moralna ma charakter indywidualny, ponieważ dotyczy konkretnych podmiotów i ich działań.

Wina polityczna to wina wszystkich obywateli za reżim, który tolerują, nawet jeśli sami są ofiarami tego reżimu i nie brali bezpośredniego udziału w jego zbrodniach. W tym sensie ujawnia się jej charakter zbiorowy. Ponieważ faktyczna wina nie może mieć charakteru zbiorowego, wina polityczna wyraża się w poczuciu winy oraz w gotowości ponoszenia odpowiedzialności za zbrodnie własnego państwa i współobywateli, którzy wspierali reżim.

Wina metafizyczna wyraża się w poczuciu odpowiedzialności za własną bezczynność, gdy w pobliżu popełniane są zbrodnie. Każdy Rosjanin ponosi winę metafizyczną za zbrodnie Rosji, ponieważ zawsze pozostaje coś, co mógł zrobić, a czego nie zrobił. Ponieważ tej „reszty” nie da się dokładnie określić, wina metafizyczna dana jest nie jako powszechnie obowiązujący fakt, lecz jako poczucie osobistej odpowiedzialności za to, że człowiek nie zrobił wszystkiego, co mógł. U podstaw winy metafizycznej leży poczucie współuczestnictwa; negowanie winy metafizycznej jest oznaką obojętności wobec innych ludzi i wobec ich prawa do życia.
 
Wina metafizyczna i odpowiedzialność za wojnę Rosji przeciwko Ukrainie

Hannah Arendt rozróżnia winę i odpowiedzialność. O ile wina kryminalna i moralna mają charakter faktyczny, to znaczy są określane przez czyny konkretnego podmiotu, o tyle wina polityczna i metafizyczna mogą nie być związane z własnym działaniem i w takim przypadku przejawiają się jedynie jako wewnętrzne doświadczenie. W konsekwencji to, co Karl Jaspers nazywał winą polityczną i metafizyczną, Hannah Arendt rozumie jako jedną z form odpowiedzialności, a nie faktycznej winy.

Winę za wojnę Rosji przeciwko Ukrainie ponosi państwo jako instytucja społeczna, a także wszyscy ludzie, którzy współuczestniczą w tym przestępstwie. Równocześnie poszczególny obywatel Rosji może odczuwać poczucie winy metafizycznej za to, że nie zrobił wszystkiego, co było możliwe, aby powstrzymać wojnę, oraz poczucie winy politycznej z tytułu swojej przynależności do państwa-agresora. W tych przeżyciach wyraża się zarówno indywidualna, jak i zbiorowa odpowiedzialność obywatela za wojnę rozpętaną przez jego państwo. Choć to poczucie przeżywane jest indywidualnie, mogą je podzielać również inni ludzie, co prowadzi do ukształtowania się w świadomości społecznej zbiorowego poczucia winy za wojnę, na którego podstawie rodzi się rozumienie zbiorowej odpowiedzialności. Jeśli natomiast ktoś ignoruje tę odpowiedzialność, ponosi indywidualną winę za własną nieodpowiedzialność.

Nikołaj Karpicki
Słownik wojny
 

poniedziałek, 16 marca 2026

Nikołaj Karpicki. 13 marca 2014 roku: pierwsza ofiara wojny w Donbasie. Tak te wydarzenia pamięta ksiądz z Doniecka Serhij Kosjak

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 13.03.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/front/serhij-kosjak-13-marca-2014-donbas/

Modlitwa za Ukrainę w centrum Doniecka, zajętego przez prorosyjskich bojowników – świadkowie tragicznych wydarzeń z marca 2014 roku. Zdjęcie: Facebook Igor A. Kozlowski.

Pierwsza ofiara wojny Rosji przeciwko Ukrainie w obwodzie donieckim nie została zabita ani rakietą, ani bombą, lecz nożem na ulicy Doniecka. Stało się to 12 lat temu – 13 marca 2014 roku. Prawdziwą bronią nie był wówczas jedynie ów rzeczony nóż, lecz w głównej mierze zabójcza rosyjska propaganda, która wmawiała ludziom, że władzę w Kijowie przejęła „junta”, która do Doniecka wysyła autobusy z „nazistami”, by rozprawić się z mieszkańcami Donbasu. A jak wyglądało to naprawdę? prof. Nikołaj Karpicki dotarł do naocznego świadka wydarzeń w Doniecku z wiosny 2014 roku. Jest nim Serhij Kosjak, ukraiński duchowny.

Śmiercionośna propaganda Kremla przeciwko prawdzie historycznej

Najgroźniejszą bronią na wojnie nie są rakiety i bomby, lecz ludzie i myśli. Aby przekonać jednych do zabijania drugich, Rosja wykorzystuje fałszywe informacje i szeroko pojętą dezinformację. To właśnie od rozpowszechniania fałszywych narracji rozpoczęła się rosyjska agresja przeciwko Ukrainie. Moskwa szerzyła legendy o „przewrocie”, w wyniku którego w Kijowie rzekomo do władzy doszli naziści. A jak było naprawdę?

21 listopada 2013 roku w Kijowie rozpoczyna się Euromajdan, czyli protesty przeciwko rezygnacji Ukrainy z integracji europejskiej. Po jego brutalnym rozpędzeniu 30 listopada masowy charakter przybrała nowa fala protestów już przeciwko samowoli władzy. Eskalacja przemocy doprowadziła do ofiar śmiertelnych i 20 lutego 2014 roku Rada Najwyższa Ukrainy zakazała służbom stosowania przemocy wobec protestujących. Pozbawiony poparcia struktur siłowych prezydent Ukrainy uciekł, a pełnia władzy przeszła do Rady Najwyższej, która wyznaczyła pełniącego obowiązki prezydenta, a następnie zorganizowała wolne i uczciwe wybory nowej głowy państwa.

Oznacza to, że władza ani na chwilę nie przeszła w ręce organu niekonstytucyjnego ani osób, które nie przeszły procedury wyborczej, dlatego narracja o „kijowskiej juncie” jest absurdem. Mimo to, wykorzystując tę narrację, Rosja doprowadziła do okupacji Krymu. Prorosyjskie ugrupowania terroryzowały cywilów na wschodzie Ukrainy, biły uczestników manifestacji za jedność Ukrainy, a od 13 marca 2014 roku przeszły od pobić do zabójstw. Pierwszą ofiarą w Donbasie został 22-letni Dmytro Czerniawski.

Serhij Kosjak i Donbas, którego nie znałeś

O tym, jak do tego doszło, pisze naoczny świadek wydarzeń – pastor ewangelicznego kościoła zielonoświątkowego „Zgromadzenie Boże” w Doniecku, Serhij Kosjak, w książce „Donbas, którego nie znałeś. Dziennik księdza”. W tamtym okresie brał on udział w codziennym międzyreligijnym maratonie modlitewnym „Za pokój, miłość i integralność Ukrainy”, który odbywał się w centrum Doniecka od lutego do sierpnia 2014 roku. Przez cały ten czas, jako świadek, prowadził kronikę wydarzeń w Doniecku, która później została opublikowana w formie osobnej książki.

Pastor Serhij Kosjak podczas maratonu modlitewnego „Za pokój, miłość i integralność Ukrainy” w Doniecku. Zdjęcie: Facebook Igor A. Kozlowski.

Z pastorem Serhijem spotkałem się w 2015 roku. Patrzył na wydarzenia z perspektywy moralnej, a nie politycznej, nie popierał żadnych sił politycznych i krytycznie odnosił się do władz Ukrainy. Właśnie ta jego polityczna bezstronność budzi moje zaufanie do niego jako świadka wydarzeń.

Jako pastor Serhij Kosjak stara się dokonać moralnej oceny działań swoich rodaków. W tamtym okresie mówi jeszcze niewiele o Rosji, ponieważ stopień jej zaangażowania w krwawe wydarzenia nie był jeszcze znany mieszkańcom Doniecka. Następnie rozpoczęły się represje wobec uczestników maratonu modlitewnego, które dotknęły także samego autora książki, wojna w Donbasie oraz pełnoskalowa inwazja, która pochłonie życie setek tysięcy Ukraińców. W tamtym czasie Serhij Kosjak jeszcze tego nie wiedział, ale przeczuwał nadchodzącą tragedię.

Donieck na początku marca 2014 roku

Fragment książki. Serhij Kosjak: „Donbas, którego nie znałeś. Dziennik księdza”, s. 14

1 marca 2014 roku. 5. dzień maratonu modlitewnego


Byłem dziś na wiecu przed Doniecką Obwodową Administracją Państwową, a potem pojechałem na plac Lenina, który stał się miejscem koncentracji separatystów. Władza rozkręciła machinę „antyfaszyzmu” i „antybanderyzmu”, której teraz już nie potrafi zatrzymać. Ludzie, oszalali, podburzeni antyukraińskimi mówcami, nienawidzą wszystkich, na których wskażą im „krzykacze”. Kilkutysięczny, rozgrzany tłum z placu Lenina ruszył, by zająć Doniecką Obwodową Administrację Państwową.

Szaleństwo – nie ma na to innych słów… Wydaje się, że zebrało się takie bydło, że każdego by na widły wzięli.

Stałem na schodach przed budynkiem administracji obwodowej i poprosiłem o mikrofon. Przez około pięć minut wzywałem ludzi do modlitwy o pokój, ale oni dziko wrzeszczeli, nie reagując na pokojowe apele. A podczas minuty ciszy za poległych w starciach w Kijowie skandowali: „Berkut!”

Dla tych ludzi nie ma nic świętego – tylko nienawiść. Bardzo wyraźnie było widać, że ktoś kieruje całym tym zamieszaniem, a głównym celem jest destabilizacja i podsycanie agresji. Kiedy odchodziłem spod administracji obwodowej, słychać było wybuchy granatów hukowo-błyskowych. To milicja odpierała tłum, który ruszył szturmować budynek.

2 marca 2014 roku. 6. dzień maratonu modlitewnego

Dziś byłem na spontanicznym wiecu, który odbył się naprzeciwko soboru Przemienienia Pańskiego przy ulicy Artema. Trudno oddać, w jak pozytywnej atmosferze wszystko przebiegało. Około tysiąca osób, głównie młodzież, stało wzdłuż drogi z transparentami i ukraińskimi flagami, machając rękami i chorągiewkami do przejeżdżających samochodów. Kierowcy w odpowiedzi na powitanie trąbili klaksonami – czasami było ich tak dużo, że sygnał zamieniał się w jeden długi, ciągły huk. Po wczorajszym sabacie na placu Lenina i przy Donieckiej Administracji Obwodowej dzisiejszy wieczór przyniósł prawdziwy powiew świeżego oddechu wolności. Stałem razem ze wszystkimi i trzymałem plakat „Módl się za Ukrainę”. Spotkałem bardzo wielu znajomych – wszyscy byli w dobrym nastroju.

Masowy wiec w centrum Doniecka 5 marca 2014 roku

Mit, że mieszkańcy Doniecka masowo popierają Rosję i opowiadają się za odłączeniem od Kijowa, rozwiał pierwszy masowy proukraiński wiec w centrum Doniecka 5 marca 2014 roku. Następnego dnia Serhij Kosjak podzielił się swoimi wrażeniami. W tamtym momencie nie wiedział jeszcze, że zbliża się wielka wojna z Rosją.

Fragment książki. Serhij Kosjak: „Donbas, którego nie znałeś. Dziennik księdza”, s. 15–16

Wczoraj odbył się pierwszy masowy proukraiński wiec w Doniecku. Przed wiecem na placu Lenina przygotowaliśmy miejsce modlitwy: ustawiliśmy kolumnę nagłaśniającą i banery z napisem „Tutaj modlą się za Ukrainę”. Zostawiliśmy tam część ludzi, a sami poszliśmy na punkt zbiórki – plac Konstytucji, gdzie było już około 100 osób. Odprawiliśmy krótką modlitwę, ustawiliśmy się w kolumnie i ruszyliśmy modlitewnym marszem na plac Lenina.

To, co zobaczyłem na placu, jednocześnie cieszyło i smuciło. Ludzie, którzy są za Ukrainą, tak samo jak ci, którzy są przeciw, mają niewiele szacunku dla Boga – bardziej polegają na własnej sile i przekonaniu o swojej racji. Do mikrofonu rwało się wielu, niektórzy mówili szczerze, ale byli też tacy, którzy wygłaszali głośne hasła dla własnej promocji.

Duchowieństwo praktycznie nie zabierało głosu. Organizatorzy wiecu dość sceptycznie podeszli do obecności księży.

Cieszyło to, że zwolenników integralności Ukrainy było wielokrotnie więcej – od 10 do 15 tysięcy osób. Staliśmy obok sceny, modliliśmy się i czytaliśmy psalmy.

Ze strony prorosyjskich aktywistów poleciały w nas jajka i jabłka, a potem także kamienie. Władyka Serhij (Ukraiński Kościół Prawosławny Patriarchatu Kijowskiego) został trafiony jajkiem w czoło i prawie stracił przytomność, brat z naszej wspólnoty również dostał w głowę, a ja skończyłem tylko z jajkiem rozbitym o nogawkę spodni. Transparentów używaliśmy jak tarcz dla tych, którzy podchodzili do mikrofonu.

Ze strony proukraińskiej nikt niczym nie rzucał. I wtedy pomyślałem, że dziś siły prorosyjskie (nie boję się powiedzieć – prowadzone przez nienawiść i demony) rzucają kamieniami i jajkami w pokojowych ludzi śpiewających hymn Ukrainy, a jutro te nieludzkie istoty będą rzucać granaty i strzelać z automatów. Oto taka jest nasza „braterska pomoc” ze strony Rosji.

Po wiecu rozpoczęły się masowe bójki.

Kościele, ludzie – musimy nadal się modlić!

Problem Donbasu nie leży w Rosji, lecz w naszej bezduchowości.

BOŻE, ZBAW UKRAINĘ I PRZEBACZ NAM.

Pierwsze morderstwo – kłamstwo i krew

Wiec 5 marca 2014 roku był największy, ale nie jedyny. Codziennie odbywał się maraton modlitewny za jedność Ukrainy, a 9 marca w różnych miejscach Doniecka miały miejsce niewielkie marsze i wiece, które próbowali zakłócić prorosyjscy aktywiści. 13 marca 2014 roku dokonali oni pierwszego zabójstwa.

Fragment książki. Serhij Kosjak: „Donbas, którego nie znałeś. Dziennik księdza”, s. 19–21

13 marca 2014 roku. 17. dzień maratonu modlitewnego

Wiec za jedność Ukrainy na placu Lenina i pierwsze zabójstwa

Wiec zapowiedziano w mediach społecznościowych, ale nie był tak dobrze zorganizowany jak 5 marca – nie było jednego centrum koordynacyjnego. Zwolenników Ukrainy zebrało się bardzo mało, około 500 osób, z czego samoobrony nie więcej niż 100. Zwolenników prorosyjskich było natomiast co najmniej 1000. I kiedy wiec oficjalnie się zakończył, zaczęło się najtragiczniejsze.

Tłum liczący nie mniej niż 700 osób, nazywających siebie „antyfaszystami”, otoczył tę setkę samoobrony. W ruch poszły kamienie, kastety, metalowe pręty, z obu stron użyto gazu łzawiącego – tyle że prorosyjscy atakowali, a ukraińscy chłopcy bronili się tym, czym mogli. Na asfalcie pozostało leżeć kilka nieruchomych ciał, a po naporze „antyfaszystów” nadal kopano je i bito kijami. Stanąłem między bojówkarzami a – jak mi się wydawało – martwym i powiedziałem: „Dosyć, właśnie zabiliście człowieka, zostawcie tych, którzy już leżą na asfalcie. Jestem księdzem, miejcie choć odrobinę współczucia”. I chyba ta odrobina współczucia jeszcze w nich została: tych, którzy leżeli bez ruchu, przestali bić.

Atak prorosyjskich bojowników na uczestników pokojowej manifestacji w Doniecku 13 marca 2014 r. Print screen z kroniki wideo w YouTube.

Zaczęliśmy znosić rannych do karetki pogotowia. Muszę powiedzieć o milicji i pracownikach pogotowia. Milicjanci byli raczej obserwatorami niż obrońcami, a po wiecu swobodnie rozmawiali z tymi, którzy pół godziny wcześniej zabijali proukraińskich aktywistów. Pracownicy „pogotowia” to w ogóle ludzie, którzy chyba zapomnieli, czym jest przysięga Hipokratesa. Tak bardzo bali się o własną skórę, że pozostawili karetkę 300 metrów od miejsca wydarzeń, choć nikt nie przeszkadzał im podjechać bliżej. Ale tchórzostwo i chciwość już dawno stały się przewodnikami lekarzy i milicji – mam nadzieję, że nie wszystkich…

Po tym, jak wszystko się skończyło, zostałem jeszcze na placu Lenina i widziałem, jak przy zniszczonym autobusie do karetki ładowano ciało zabitego chłopaka, uczestnika samoobrony wiecu (przyp. red.: Dmytro Czerniawski, zmarł od rany nożem zadanej przez uzbrojonych ludzi).

Dmytro Czerniawski – pierwsza ofiara wojny rosyjsko-ukraińskiej w obwodzie donieckim. 13 marca 2014 roku w Doniecku zginął od ciosu nożem zadanym przez prorosyjskich bojowników. Fot. Wikipedia.

Pod postumentem pomnika Lenina, na schodach, tłoczyli się ludzie i udzielali wywiadów przed kamerami. Zapytałem, jakie to stacje telewizyjne i przysłuchałem się temu, o czym mówią ludzie. Telewizje okazały się rosyjskie, a to, co nagrywali, wywróciło mnie na drugą stronę. Jakiś dresiarz skarżył się dziennikarzom, że stali spokojnie, gdy nagle bez powodu napadli na nich proukraińscy aktywiści, przed którymi musieli się dzielnie bronić. Wszystko było dokładnie tak – tylko odwrotnie – i całe to kłamstwo rosyjski widz będzie potem chłonął z ekranów swoich telewizorów.

Długotrwała i kłamliwa propaganda prowadzona w Doniecku zrobiła swoje – wielu mieszkańców Doniecka, podsycanych przez rosyjskich nacjonalistów, których setkami przywożono do naszego regionu, z nienawiścią odnosi się do tych, którzy opowiadają się za jednością Ukrainy. I są gotowi bić innych mieszkańców Doniecka, święcie wierząc, że biją „faszystów” i przyjezdnych „banderowców”.

Donieck jeszcze nie upadł, ale dwie ostatnie akcje pokazały całkowite bankructwo oporu wobec separatystów, dlatego zapraszamy na modlitwę. Donieccy aktywiści powinni uklęknąć przed Bogiem. Zwracam się do duchowieństwa: to już nie jest promocja Kościoła ani osoby, to prawdziwa wojna ze wszystkimi jej konsekwencjami. Nie bądźcie podobni do milicjantów i pracowników pogotowia. Nadszedł czas, aby służyć ludziom. Każdego dnia – plac Konstytucji, most nad Kalmiusem, od 18:00 do 19:00, Donieck.

Na razie jeszcze tam nie biją, ale co będzie później – nie wiem…

Fragment książki. Serhij Kosjak: „Donbas, którego nie znałeś. Dziennik księdza”, s. 24–26

18 marca 2014 roku. 22. dzień maratonu modlitewnego


Dzień 13 marca w Doniecku znany jest teraz jako „krwawy czwartek”, kiedy prorosyjscy dresiarze pobili i okaleczyli dziesiątki ludzi, którzy wyszli na ulice w obronie jedności Ukrainy, a jeden 22-letni chłopak został zabity. Wszyscy oni są bohaterami wiary i patriotami swojej ojczyzny. I na naszym modlitewnym Majdanie też takich widzę. Napiszę dziś o jednym z nich.

To Maksym Horiunow, prezbiter kościoła „Słowo Życia”. Zwykły chłopak, który w krytycznej chwili potrafi zrobić niezwykłe rzeczy. Aby zrozumieć, na czym polega bohaterstwo Maksyma, warto najpierw przeczytać jego opis dnia, gdy znalazł się w samym epicentrum krwawej masakry:

„Wiec się skończył, ludzie się rozchodzą. Jako człowiek ciekawy postanowiłem zostać do końca: co może mi grozić w moim rodzinnym mieście? Organizatorzy demontują scenę, samoobrona wiecu osłania odejście ludzi. Stoję obok nich. Zbliża się do nas rozwścieczony tłum. Oni już nie chcą rzucać jajkami – oni chcą krwi.

Cofamy się za scenę – ich jest znacznie więcej, są bardzo agresywni. Najbardziej zdesperowani próbują się bronić, ja nie jestem zdesperowany – wycofuję się w stronę autobusu. Kierowca-milicjant otworzył drzwi – weszło nas tam kilku, drzwi się zamknęły. Pod autobusem nie ma bójki – jest brutalne bicie. Milicjant opuszcza autobus, my od środka otwieramy drzwi rękami – po minucie autobus jest już pełny, nabity po brzegi, wielu ludzi jest we krwi.

Z braku doświadczenia stoję przy oknie – wlatuje brukowiec, szkło pryska na wszystkie strony. Przez słaby kordon milicji przedzierają się osiłki, przez wybite okna rzucają petardy, rozpylają gaz. Po raz pierwszy w życiu oddycham gazem – wszyscy kaszlą, duszą się, przewraca nas na drugą stronę. NIE MA dokąd uciekać. Wyjdziesz – rozszarpią, zostaniesz – udusisz się.

Otwieramy drzwi – już na nas „czekają”. Dostaję kopniakiem w głowę. Biegniemy za autobusy – jesteśmy otoczeni gęstym pierścieniem, zbijamy się w grupę – około 30 osób. Ze wszystkich stron krzyczą: „Na kolana!”. Część z nas już i tak klęczy – żeby zmniejszyć powierzchnię trafienia, kucamy, zasłaniając głowy rękami. Boję się przegapić cios lub kamień, rozumiem, że jeśli stracę przytomność – mogą mnie zabić. Milicja ledwo powstrzymuje rozwścieczony tłum, sami nie chcą dostać się pod uderzenia.

Ciągle próbują wyciągnąć nas z kręgu, żeby było łatwiej bić – trzymamy się jeden drugiego. Patrzę na milicję – pomocy nie ma. Widzę, że pojawiło się „okno” w stronę prospektu Iljicza – przebijam się gwałtownym zrywem (w rzeczywistości ledwo uciekam przed bandytami – w swoim rodzinnym mieście!). Nie biegnę sam, kilku z nas się wyrwało. Biegam szybko, ale tylko na krótkie dystanse, słyszę pościg, wpadam w pierwszą bramę, na oczach mieszkańców wskakujemy (jest nas już dwóch) do klatki schodowej – jesteśmy uratowani!

Oglądamy ubrania – całe w kurzych jajkach, plamach zielonki i krwi. Krew nie jest moja – należy do chłopaków, z którymi trzymaliśmy się razem. Cudem zostałem cały”.

Atak prorosyjskich bojowników na uczestników pokojowej manifestacji w Doniecku 13 marca 2014 r. Print screen z kroniki wideo w serwisie YouTube.

Z pozoru zwykła historia człowieka, który po prostu chciał przeżyć tę rzeź. I co dzieje się dalej? Człowiek otarł się o śmierć, zobaczył zdradę i pobicia – to właśnie moment, kiedy powinien siedzieć w domu i nie wychylać nosa, ale…

Milion razy mówię „ALE” – wszystkim, którzy za pozorną duchowością ukrywają swoją tchórzliwość. Siedźcie w domach i martwcie się o Ukrainę przed ekranami telewizorów, ale wiedzcie, że są chłopcy, którzy stali się bohaterami wiary – wiary i odwagi. Maksym Horiunow znów stoi z nami na modlitewnym Majdanie za Ukrainę. Wiedząc, że w każdej chwili prorosyjscy bandyci mogą znów urządzić pobicie, stoi i modli się, trzymając flagę Ukrainy. Jego żona modli się obok niego.

Chwała Bogu, że są tacy ludzie, z których może być dumny świat chrześcijański. Nazywajcie to jak chcecie – „głupotą”, szaleństwem, „nieroztropnością” – a ja widzę w tym wiarę, bohaterstwo i odwagę.

Módlcie się za nas – naprawdę się boimy, kiedy za każdym razem idziemy na modlitwę. Nie wiemy, jak się ona skończy, ale mimo to idziemy. Jutro stawiamy namiot modlitewny – będzie to jedyny uliczny namiot w Doniecku o takim znaczeniu ideowym, nad którym nie będzie rosyjskiej flagi. Jak długo będzie stał – nie wiem.

Jakieś szaleństwo, wszystko jak we śnie… Co się stało z naszą Ukrainą?


poniedziałek, 9 marca 2026

Nikołaj Karpicki. Rosyjska okupacja to represje ze względu na tożsamość. Świadectwa mieszkanki Chersonia

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 04.03.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/front/rosyjska-okupacja-to-represje/

Rosyjska okupacja, Chersoń. Wiec przeciwko rosyjskim okupantom 13 marca 2022 r. Kadr z kroniki wideo. YouTube

„Wolałbym żyć w Niemczech pod władzą Putina, niż żyć w warunkach wojny” – stwierdził 19-letni Niemiec w studiu telewizji ARD na początku października 2025 roku. Za wypowiedzią tego człowieka stoi rozpowszechnione szeroko złudzenie, że Rosja prowadzi wojnę wyłącznie z powodów politycznych – o zmianę granic państwowych i stref wpływów. Niezrozumienie, że chodzi o wojnę egzystencjalną o prawo do istnienia, rodzi iluzję, że z Rosją można się porozumieć drogą ustępstw.

Być może tacy jak ten młody Niemiec uważają, że rosyjska okupacja będzie jak życie w NRD pod kontrolą Związku Radzieckiego. Być może i w Ukrainie kiedyś sądzono, że władza Moskwy nie jest aż tak straszna: przecież żyło się też jakoś w czasach Breżniewa. Jednak życie w okupacji to nie jest „jak w Związku Radzieckim” ani nawet „jak w dzisiejszej Rosji”. To coś znacznie gorszego.


Reżim okupacyjny można porównać jedynie do rosyjskiej kolonii karnej, czyli „zony”, jak się ją nazywa. Są „czerwone zony”, gdzie absolutna władza należy do administracji więziennej, i „czarne zony”, gdzie rządzą autorytety przestępcze. A teraz wyobraźmy sobie, że kilka regionów zamienia się w jedną wielką „zonę”, w której administracja razem z kryminałem dopuszcza się samowoli. Właśnie tak wygląda rosyjska okupacja.

Nie mogę mówić w imieniu innych, ale powiem za siebie – jako mieszkaniec Słowiańska, miasta, które niektórzy zachodni politycy byliby gotowi „oddać” Putinowi w imię iluzorycznego pokoju z Rosją. Całkiem niedawno niedaleko mojego domu bomby lotnicze FAB-250 zniszczyły kilka budynków. Stało się to tak powszednie, że nie jest już powodem, by pisać o tym na Facebooku, gdzie zwykle dzielę się przemyśleniami, ani by przerywać domowe obowiązki. Rozumiem jednak: dalej będzie jeszcze gorzej. Ale nawet jeśli rosyjskie bomby lotnicze zniszczą połowę Słowiańska, nadal będę miał 50-procentową szansę na przeżycie. Jeśli jednak Słowiańsk zostanie okupowany – nie będzie żadnych szans. Dlatego dla mnie okupacja jest gorsza niż życie w warunkach wojny. Ale to tylko moje postrzeganie.

Rozmawiałem na ten temat z mieszkańcami Chersonia, którzy przeżyli okupację. Wśród nich jest Oksana Pohomij, działaczka społeczna i wolontariuszka. Przez całe życie mieszkała w Chersoniu, także w okresie okupacji; w 2020 roku została wybrana deputowaną Rady Miejskiej Chersonia. Przytoczę fragmenty naszej rozmowy, aby pokazać, jak w rzeczywistości wygląda okupacja.

Okupacja to bezprawie i totalna kontrola

„Najstraszniejszą rzeczą, jaka może spotkać człowieka w życiu, jest okupacja – opowiada Oksana Pohomij. – Ponieważ odbiera ci się wolność, nawet jeśli służby specjalne nie przyszły bezpośrednio po ciebie. Wcześniej mieliśmy pracę. A tu albo pracujesz dla okupantów, albo nie pracujesz i zostajesz bez środków do życia.

Rosjanie wywierali stałą presję psychiczną, nakłaniali do współpracy. Na przykład wprost z domu wyciągnęli kobietę – dyrektorkę jednej ze szkół artystycznych. Przez cały dzień przetrzymywali ją u siebie i zmuszali do podpisania zgody na współpracę. Gdy tylko ją wypuścili, natychmiast wyjechała ze strefy okupacji.

Do końca kwietnia mieliśmy jeszcze łączność komórkową, potem ją odcięli. Nie było żadnej. Zasięg pojawiał się tylko w jednym miejscu w centrum miasta – ludzie zbierali się tam, żeby chociaż wysłać bliskim SMS-a. Później łączność włączono na krótko, ale pod koniec maja znów ją wyłączono. Sprzedawano wyłącznie rosyjskie karty SIM. Internet bardzo pomagał: niektórzy dostawcy pozostali aktywni.

Z rewizjami przychodzą zawsze niespodziewanie – i to jest naprawdę przerażające. Znajomi dawali znać, że na sąsiedniej ulicy stoi transporter opancerzony, a raszyści przeczesują kwartał po kwartale. Do naszego kwartału przyszli następnego dnia. Zawiązałam chustkę, założyłam okulary, żeby się nie wyróżniać. Na rewizję przyszło czterech wojskowych. Ich uwagę odciągnął nasz wnuk Mykyta – to nas uratowało: nie zajrzeli tam, gdzie przechowywane były produkty naszej organizacji wolontariackiej. Do jednej z naszych dziewczyn na rewizje przychodzili kilka razy – mieszkała na osiedlu, w domu jednorodzinnym”.

Reakcja mieszkańców Chersonia na okupację

„Kiedy zaczęła się inwazja, jeszcze nie wiedziałam, że tak szybko nas oddadzą – opowiada pani Oksana. – Myślałam, że będzie jakiś opór. Napisałam na Facebooku, że zbieramy się na wiec – ja z mężem i wolontariuszami, z którymi pracujemy od 2014 roku. Byliśmy z nimi w Awdijiwce, Marjince, Krasnohoriwce, Szyrokynem. Ogłosiliśmy też zbiórkę dla rannych: odzieży, lekarstw, żywności instant, papierosów i artykułów higienicznych. Początkowo zbieraliśmy rzeczy w holu rady miejskiej, ale już drugiego dnia – 25 lutego – zabrakło miejsca i przenieśliśmy się do budynku rady rejonowej, a potem pakowaliśmy zestawy w innym miejscu.

5 marca odbył się pierwszy wiec. Nasza grupa wolontariacka pomagała ukraińskim wojskowym, przekazując współrzędne celów, i nie chciałam narażać ludzi na dodatkowe niebezpieczeństwo, dlatego prosiłam, by nie wychodzili na manifestację. Sama już szłam pakować produkty, gdy zadzwoniła przyjaciółka i powiedziała: ‘Jest tu tyle ludzi! Nawet sobie nie wyobrażasz!’. Wtedy zawróciłam i pobiegłam na wiec. Później zrozumiałam: to był nasz ‘herc’ – wyszliśmy bez broni przeciwko żołnierzom w pełnym rynsztunku, z automatami, i krzyczeliśmy do nich: ‘Nikt was tu nie zapraszał! Wynoście się stąd! ’”.
 
„Herc”: mieszkańcy Chersonia  sprzeciwiają się rosyjskim żołnierzom. Kadr z kroniki wideo. YouTube

Słowo „herc”, którego użyła pani Oksana, nie ma odpowiednika w innych językach. Oznacza ono kozacką tradycję, gdy przed bitwą najbardziej zuchwali śmiałkowie wychodzili przed szeregi wroga i szydzili z niego, wyzywając na pojedynek.

„13 marca – to dzień wyzwolenia Chersonia spod hitlerowskiej okupacji – kontynuuje pani Oksana. – Tego dnia odbył się ogromny pochód. Żołnierze strzelali nad głowami, ale ludzie i tak przeszli od Placu Wolności do Nabrzeża. Tam był ukraiński sztandar o długości stu metrów. Ktoś go uszył! To był taki wzlot! Panowała euforia, dlatego w tym momencie zapomnieliśmy o strachu. Oni myśleli, że przyszli do prorosyjskiego regionu, a w rzeczywistości tak nie było. Kiedy wyszliśmy – a wyszedł nie tylko Chersoń, ale i Hola Prystan, Kahówka, Nowa Kahówka, Kałanczak, Skadowsk – z flagami, krzyczeliśmy, podchodziliśmy do czołgów, w ich głowach zaskoczyło, że nie będziemy Rosją… Nie wiem, mam nadzieję, że jednak zaskoczyło.

Wieczorami dużo spacerowaliśmy, chodziliśmy do przyjaciół i osób o podobnych poglądach, rozmawialiśmy, bo inaczej nie dało się przetrwać. Idziesz ulicą i widzisz, że ktoś związał żółty kwiat z niebieskim i powiesił na drzewie – i rozumiesz: nie jesteśmy sami. Są inni ludzie. Podczas spacerów szukasz takich niebiesko-żółtych znaków i wierzysz, że Ukraina wróci. I mieliśmy szczęście – zostaliśmy wyzwoleni”.

Okupacja – to męczące oczekiwanie represji

Przerażające nie są tylko same represje, ale i ciągłe zagrożenie, oczekiwanie kary. Pani Oksana opowiada:

„Strasznie jest żyć w takim stanie, kiedy nie wiesz, co będzie jutro. Zawsze nosiłam ze sobą mały plecak z szczoteczką do zębów, mydłem i zmianą bielizny, na wypadek, gdyby mnie zabrali. Później zrozumiałam: jaki plecak?! Worek na głowę, plecak zabiorą – i nie zostanie ci nic. Gdybyś opowiedziała to Rosjanom, nie zrozumieliby, powiedzieliby: ‚No to żyj dalej! Do wszystkiego można się przyzwyczaić!’ A tu ktoś decyduje za ciebie – wchodzi na przykład do autobusu na punkcie kontrolnym i mówi: ‚Nie spodobałeś mi się – wysiadź!’. Oni czuli się panami życia. Jeśli nie podporządkowałeś się, mogli zrobić z tobą wszystko.

Pierwszy miesiąc wszystko było zamknięte, a potem otwarto rynek. Obraz, który odcisnął się w mojej pamięci na całe życie. Było to przed 9 maja. Idę na rynek szukać ukraińskiego jedzenia. Obok powoli jedzie otwarty samochód ciężarowy, a tam na kolanach jeńcy z nagimi torsami i workami na głowach. I wtedy dopiero robi się naprawdę strasznie.

Podczas wiecu 5 marca okupanci fotografowali jego uczestników z budynku administracji obwodowej. Młodego chłopaka, Artioma, rozpoznano na podstawie zdjęcia i zabrano dziesięć dni później. Szedł do domu, gdy go złapano. Postrzelili mu nogę, porzucili koło szpitala i powiedzieli: ‚Masz szczęście’. I to było jeszcze stosunkowo łagodne – potem było znacznie gorzej. W czasie okupacji trafił jeszcze dwa razy ‚do piwnicy’.

Kiedy ciągle słyszysz, że jednego czy drugiego wzięli – uświadamiasz sobie, jak bardzo rzeczywistość różni się od oczekiwań. Nie sądziliśmy, że wszystko będzie aż tak straszne, dopóki nie zaczęliśmy słyszeć od naszych przyjaciół, którzy byli ‚w piwnicy’, jak ich tam dręczą i torturują.

Ludzi wywozili do izb tortur – to wcale nie są więzienia w tradycyjnym znaczeniu, gdzie zapewnia się jedzenie, wodę i możliwość skorzystania z toalety. To po prostu pokój wypełniony ludźmi. W tym, w czym cię złapano – w majtkach i podkoszulce – pozostajesz przez cały czas. Żadnych paczek. Raz dziennie wyprowadzają po wodę do butelki i do toalety. I torturują, torturują, torturują… Ciągle słychać krzyki innych ludzi. Krewni aresztowanych nie mogli się dowiedzieć, gdzie znajdują się ich bliscy. Idziesz do komendantury, a oni odpowiadają: ‘Nie wiemy’.

Rosyjska okupacja, Chersoń. W tym pomieszczeniu torturowano ludzi. Zdjęcie: Chersoń, 14 listopada 2022 r., Media Center Ukraine

Pewnego dnia aresztowano rodziców, gdy dowiedziano się, że ich syn służy w Siłach Zbrojnych Ukrainy. ‘Wypuścimy, gdy przyjdzie syn’ – powiedzieli im. Matkę w końcu uwolniono po miesiącu, ojca – po dwóch. To był krępy, przystojny mężczyzna, a po wypuszczeniu wyglądał jak stary dziadek. Tak bardzo zmienił się w zaledwie dwa miesiące.

W pierwszym tygodniu funkcjonariuszy FSB nie było widać. Około 10–12 marca pojawili się i zaczęli metodycznie objeżdżać adresy. Od tego momentu zaczęli zatrzymywać ludzi. Były przypadki, gdy naszych żołnierzy i ochotników Obrony Terytorialnej zatrzymywano, a potem znajdowano ich ciała z śladami tortur. Okupanci mieli listy, wszystkie adresy. Na przykład kobieta kiedyś dawno pracowała w prokuraturze lub sądzie – przyjeżdżają do niej, żeby nakłonić do współpracy. A jej już 70 lat i ma otępienie starcze. Czyli listy były już nieaktualne, a to oznacza, że przygotowywali się do tego od dawna, nawet przed 2014 rokiem”.

Czym różni się putinowski nazizm od hitlerowskiego

Nie tylko opowieść pani Oksany, ale także świadectwa innych osób, które przeżyły okupację, potwierdzają: za słowem „denazyfikacja” kryje się nazistowska polityka Rosji na okupowanych terytoriach.

W różnym stopniu dyskryminacja ze względu na narodowość występuje w wielu krajach, w tym demokratycznych. Inna sprawa, że w państwach demokratycznych istnieją mechanizmy prawne do walki z dyskryminacją. To, co robili Rosjanie na okupowanych terytoriach, to już nie dyskryminacja, lecz represje.

Na przykład zakaz wydawania gazety w ojczystym języku – to dyskryminacja, a areszt i tortury za używanie ojczystego języka – to represje. Ograniczenia przy zatrudnieniu ze względu na narodowość – dyskryminacja, a utożsamianie z działalnością terrorystyczną za okazywanie własnej tożsamości narodowej – to represje. To właśnie daje podstawy, by nazywać rosyjską politykę na okupowanych terytoriach nazistowską.

Jednak istnieje zasadnicza różnica między putinowskim a hitlerowskim nazizmem. Hitleryści definiowali Żydów według cech biologicznych. Putinowscy raszyści traktują Ukraińców jako wrogów nie ze względu na pochodzenie, lecz na samoidentyfikację. Jeśli Ukrainiec nie demonstruje swojej ukraińskiej tożsamości, raszyści automatycznie uznają go za „Rosjanina”. Taka możliwość mimikry dawała komuś szansę na przetrwanie. Żydzi w nazistowskich Niemczech nie mieli takiej szansy. Z drugiej strony, jeśli hitlerowskie represje miały charakter systemowy i uporządkowany, to represje raszystowskie są chaotyczne i arbitralne, i nie potrzebują żadnego powodu. Dlatego ofiarą może paść każdy, niezależnie od tego, czy uważa się za Rosjanina, czy Ukraińca.

„Nawet jeśli się podporządkujesz, i tak mogą zrobić z tobą wszystko – na przykład za używanie języka ukraińskiego – opowiada pani Oksana. – Znajomi przekazali, że z ulicy zabrano pewnego mężczyznę. Szedł do sąsiadów nakarmić psa, bo oni wyjechali. Żołnierze coś go zapytali, a on odpowiedział po ukraińsku. Trzymali go przez tydzień. Co z nim robili? Odmawiał mówienia o tym. Powiedział tylko, że od tego czasu z żoną rozmawiają wyłącznie po rosyjsku. To było we wrześniu. Później udało im się wyjechać przez Wasylówkę. Dwa tygodnie czekali, aż ich przepuszczą. Aby wydostać się z piekła, przeszli na język rosyjski”.

Prawa człowieka i prawo do tożsamości

Walka z ukraińską tożsamością nieuchronnie przeradza się w walkę z ludzką tożsamością – z dążeniem do pozostania człowiekiem. Potwierdzają to słowa Oksany Pohomij: „Ich celem jest zabić w człowieku człowieka. Wzięli grupę ludzi, którzy pomagali Siłom Zbrojnym Ukrainy, i zmuszali ich do torturowania siebie nawzajem”.

Dziś, na tle rozmów pokojowych w Ukrainie, strony dyskutują o politycznych, gospodarczych i wojskowych aspektach hipotetycznego pokoju z Rosją, przemilczając najbardziej bolesny temat – sytuację praw człowieka. Na okupowanych terytoriach systematycznie naruszane są fundamentalne prawa zapisane w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka: prawo do życia, wolności i nietykalności osobistej (art. 3); zakaz tortur i poniżającego traktowania (art. 5); prawo do uznania podmiotowości prawnej (art. 6), ochrona przed dyskryminacją i równość wobec prawa (art. 7); prawo do skutecznego przywrócenia praw (art. 8); zakaz arbitralnego aresztowania lub zatrzymania (art. 9), arbitralnej ingerencji w życie prywatne, naruszenia mieszkania i tajemnicy korespondencji (art. 12); prawo do wolności przekonań i ich wyrażania (art. 19); prawo do wolności pokojowych zgromadzeń i zrzeszania się (art. 20).

Jest jeszcze jedno fundamentalne prawo, nie sformułowane w Deklaracji, lecz bez niego nie możemy uważać się za ludzi cywilizowanych – prawo do tożsamości. Nikt nie powinien negować tożsamości innej osoby. Tymczasem na okupowanych terytoriach Rosjanie nie tylko negują ukraińską tożsamość, lecz represjonują wszystkich, którzy ją w sobie okazują.

czwartek, 26 lutego 2026

Rosyjska świadomość imperialna // Słownik wojny

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 23.02.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/slownik-wojny/rosyjska-swiadomosc-imperialna/


Jak bardzo różni się stosunek Ukraińców i Rosjan do własnego kraju? Dlaczego mimo zmiany reżimów i systemów ideologicznych w Rosji jedno pozostaje niezmienne – stała ekspansja militarna? Co takiego w strukturze rosyjskiej świadomości imperialnej nie pozwala jej żyć w pokoju z sąsiadami? Na te pytania odpowiada Nikołaj Karpicki w artykule „Rosyjska świadomość imperialna” dla „Słownika wojny” na portalu PostPravda.Info.

Rosyjska świadomość imperialna

Rosyjska świadomość imperialna ukształtowała się w okresie Carstwa Moskiewskiego, kiedy Rosja nie była jeszcze imperium. Jej podstawą jest identyfikacja nie z własnym krajem jako wspólnym losem, lecz z władzą, której powierzono własny los. Ustrój społeczno-polityczny Rosji mógł się zmieniać, natomiast dążenie do rozszerzania terytorium poprzez ekspansję militarną pozostawało niezmienne.

Kraj jako wspólny los historyczny

Państwo jest pojęciem społecznym odnoszącym się do terytorium jurysdykcji narodowego systemu prawnego. Kraj natomiast jest pojęciem kulturowo-historycznym, obejmującym przestrzeń życiową wspólnoty ludzi zjednoczonych poczuciem wspólnego losu. Taką wspólnotę może stanowić zarówno jeden naród, jak i kilka narodów wspólnie zamieszkujących dane terytorium.

Człowiek postrzega swój kraj nie tylko w wymiarze geograficznym – jako terytorium o określonym krajobrazie, i nie tylko w wymiarze społeczno-politycznym – jako system państwowy, lecz także w wymiarze egzystencjalnym – jako wspólny los historyczny. W warunkach wojny poczucie wspólnego losu przejawia się w bezinteresownej gotowości do obrony kraju i niesienia pomocy innym ludziom. W Ukrainie w okresie pełnoskalowej inwazji Rosji wyraziło się to w masowym, heroicznym oporze wobec agresji, w rozwoju ruchu wolontariackiego, a także w zachowaniu nadziei na wyzwolenie przez ludzi znajdujących się pod okupacją. Poczucie to nie zależy od stosunku do konkretnych sił politycznych ani od tego, kto w danym momencie historycznym stoi na czele państwa. Ludzie mogą krytycznie odnosić się do władz ukraińskich, lecz nie wpływa to na egzystencjalne postrzeganie Ukrainy jako ich wspólnego losu.

Istnieje zasadnicza różnica w tym, jak Rosjanie i Ukraińcy rozumieją własny kraj. Dla nosiciela rosyjskiej świadomości imperialnej każda terytoria znajdująca się pod kontrolą władzy centralnej uznawana jest za Rosję, nawet jeśli jest to historyczne terytorium innego państwa. Dlatego dla Rosjan okupowane terytoria Ukrainy są już Rosją. Dla Ukraińców natomiast własny kraj to wspólny los, a nie terytorium kontrolowane przez taką czy inną władzę, dlatego Ukraina pozostaje dla nich jednym krajem tak długo, jak długo zachowują poczucie wspólnego losu ze współobywatelami znajdującymi się pod okupacją.

Poczucie wspólnego losu

Los to wspólny sens, który łączy wydarzenia historyczne z wydarzeniami życia osobistego. W doświadczeniu egzystencjalnym los przeżywany jest jako poczucie przynależności do wspólności społecznej, która nadaje własnemu życiu nowy sens i wartość.

Identyfikacja człowieka ze wspólnotą społeczną dokonuje się na podstawie określonych cech. Na przykład naród może jednoczyć się na podstawie języka, kultury lub religii, jednak cechy te nie mają charakteru uniwersalnego. Jeden naród może posługiwać się kilkoma językami, a różne narody mogą używać jednego języka. To samo można powiedzieć o kulturze i religii. Niezbędnym warunkiem, bez którego naród nie może istnieć, jest poczucie wspólnego losu. Co więcej, człowiek innej kultury, mówiący innym językiem, może przyjechać do danego kraju i podzielić z jego narodem wspólny los. W tym sensie kraj to ziemia związana z poczuciem wspólnego losu określonego narodu.

Jeśli wspólność społeczna kształtuje się na podstawie ideologii, prowadzi to do systemu totalitarnego, w którym dyskryminacji lub represjom podlegają wszyscy uznani za ideologicznie obcych. Przeciwnie, wspólność oparta na egzystencjalnym poczuciu wspólnego losu historycznego wyklucza totalitaryzm. Rozumienie własnego kraju jako wspólnego losu historycznego zakłada uznanie, że ludzie mogą mieć różne przekonania, a wśród nich są także tacy, którzy inaczej pojmują historyczny los i nie odczuwają jedności ze swoim krajem.

Po rosyjskiej inwazji w 2014 roku wolontariusze z całej Ukrainy pomagali mieszkańcom dotkniętym agresją niezależnie od ich poglądów politycznych oraz od tego, którą stronę popierali. Nawet wtedy, gdy niektórzy mieszkańcy Ukrainy bardziej ufali Rosji, ukraińscy wolontariusze nadal uważali ich za Ukraińców, ponieważ czuli, że łączy ich wspólny los. Ten przykład pokazuje, że egzystencjalnego poczucia wspólnoty z własnym krajem nie można narzucić siłą. Gdy tylko zaczyna być ono przymusowo narzucane innym, ulega przekształceniu w świadomość imperialną.

Agresywna forma świadomości imperialnej

W świadomości imperialnej poczucie wspólności z krajem przypisuje się także tym, którzy go nie odczuwają. Jednak siłą można narzucić nie uczucie, lecz jedynie ideologiczną postawę. Dlatego absolutyzacja poczucia wspólności w postaci obowiązkowej dla wszystkich normy może istnieć wyłącznie jako imperialna ideologia polityczna. W takim przypadku brak tego poczucia interpretuje się jako zdradę lub przestępstwo.

W najbardziej agresywnej formie świadomości imperialnej wspólny los historyczny przypisywany jest nie tylko całej ludności własnego kraju, lecz także narodom sąsiednim poza jego granicami. W szczególności w rosyjskiej świadomości imperialnej wszystkim Ukraińcom przypisuje się poczucie wspólności z Rosją, a na tej podstawie neguje się ukraińską tożsamość, język ukraiński oraz samą Ukrainę jako odrębny kraj. Ukraińcy, którzy się z tym nie zgadzają, postrzegani są jako zdrajcy Rosji i wrogowie przeznaczeni do zniszczenia.

Rosjanie nie wyobrażają sobie Rosji jako zwykłego kraju poza imperium. Dlatego do Rosji nie stosuje się rozumienia kraju jako wspólnego losu. W świadomości samych Rosjan obraz Rosji kształtuje się na podstawie pojmowania ich wspólnego losu z agresywnym imperium militarnym, którego istnienie zakłada nieustanną ekspansję i wymaga regularnych ofiar ludzkich. Wojna Rosji przeciwko Ukrainie postawiła przed każdym z nich egzystencjalne pytanie: czy nadal wiąże swój los z imperium i władzą centralną, czy też poszukuje innej formy wspólności losu z ziemią, na której żyje. Aby było to możliwe, konieczne jest jednak przezwyciężenie lęku przed utratą identyfikacji z imperium, dzięki któremu rosyjska świadomość imperialna nieustannie się odtwarza. Dopiero wówczas otworzy się możliwość kształtowania nowych tożsamości opartych na wspólnym losie z narodami i ziemiami przymusowo włączonymi do imperium.

Nikołaj Karpicki
Słownik wojny

środa, 18 lutego 2026

Nikołaj Karpicki. Egzystencjalne doświadczenie wojny

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 19.01.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/front/egzystencjalne-doswiadczenie-wojny/


Doświadczenie egzystencjalne to wszystko, co wpływa na stosunek do życia i dla wielu ludzi, szczególnie w Ukrainie, to właśnie wojna zajmuje obecnie miejsce centralne. Szczególnie dotyczy to tych, którzy żyją w strefie przyfrontowej. Egzystencjalne doświadczenie wojny obejmuje nie tylko to, co człowiek obserwuje – bombardowania, kryzys infrastruktury podtrzymującej życie, zniszczenia i śmierć ludzi – lecz także to, czego doświadcza wewnętrznie. Jednak doświadczenie wewnętrzne nabiera wartości egzystencjalnej dopiero wtedy, gdy nienawiść zostaje przezwyciężona w intencji, strach i bezczynność – w czynach, a poczucie nieokreśloności oraz iluzoryczne oczekiwania – w wizji przyszłości.

Egzystencjalne doświadczenie wojny to nie tylko wiedza, lecz zrozumienie, które zmienia człowieka

W 2022 roku postanowiłem zostać w Słowiańsku. Miasto było nieustannie ostrzeliwane, ale znacznie bardziej przerażająca wydawała się perspektywa okupacji. Wówczas trzy razy dziennie śledziłem wiadomości z frontu: sytuacja dramatycznie się pogarszała i nie było jasne, czy nasze miasto przetrwa. Można było przenieść się na tyły albo za granicę, ale tu jest mój dom. Był też inny powód, by zostać: tylko bezpośrednia bliskość wojny mogła dać mi autentyczne zrozumienie, które pozwoliłoby mi o niej pisać. Wiedza i zrozumienie doświadczenia życia to nie to samo. Wiedza oznacza posiadanie informacji. Autentyczne zrozumienie – innymi słowy, zrozumienie w sensie egzystencjalnym – to przemyślenie wiedzy na podstawie własnego doświadczenia życiowego.

Nienawiść w egzystencjalnym doświadczeniu wojny

Nienawiść. Żyjesz swoim zwykłym życiem – praca, codzienne sprawy, relacje – i nagle ktoś, bez żadnego powodu, próbuje cię zabić. Całe państwo pracuje na ten właśnie cel. Zwracasz się do znajomych i krewnych w Rosji, lecz zamiast słów wsparcia słyszysz oskarżenia o nazizm i aprobatę dla inwazji. Po 24 lutego 2022 roku wielu mieszkańców Ukrainy straciło domy, pracę, bliskich i już czwarty rok zmuszeni są walczyć o przetrwanie. Nic więc dziwnego, że rodzi się wśród nich wszechogarniająca nienawiść do wszystkiego, co kojarzy się z Rosją.

W pierwszych miesiącach wojny nienawiść ta pomogła ukraińskiemu społeczeństwu się zmobilizować, lecz z czasem stawała się coraz bardziej destrukcyjna. Nienawiści bowiem nie da się zatrzymać w sobie – po prostu wypala od środka. Pojawia się potrzeba jej wyładowania, choćby w mediach społecznościowych. Jednak tekstów pełnych przekleństw pod adresem wroga sami wrogowie nie czytają. Czytają je natomiast przyjaciele, którym ta nienawiść jest przekazywana.

W ten sposób, przekazywana z człowieka na człowieka, nienawiść narasta jak kula śnieżna, podczas gdy jej adresat pozostaje nieosiągalny. Ani Putin, ani jego otoczenie nie czytają naszych postów. Skumulowana agresja zaczyna więc przesuwać się na bliższe cele: najpierw na skorumpowanych i niekompetentnych biurokratów, potem na ukraińskich polityków oraz działaczy społecznych i religijnych, którzy przemilczają problemy, następnie na tych, którzy darzą ich szacunkiem, a ostatecznie na wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób nie spełnili naszych oczekiwań. Zaczynają się utarczki wewnątrz wspólnot Ukraińców i proukraińsko nastawionych aktywistów, a w tej wewnętrznej kłótni główny wróg – Rosja – schodzi na dalszy plan.

Intencja. Wystarczy wpuścić w siebie nienawiść, a ona całkowicie przejmie nad tobą władzę. Dlatego wewnętrznie zdystansowałem się od tego uczucia, a pracę nad filozoficznym dziennikiem czasu wojny przekształciłem w praktykę transformowania emocji w zrozumienie. Zamiast nienawiści we mnie ugruntowała się intencja walki aż do pełnego zwycięstwa nad państwem-agresorem i ukarania wszystkich winnych zbrodni wojennych. Nienawiść jest namiętnością, która wybucha spontanicznie i tłumi wolę człowieka. Intencja natomiast jest ukierunkowaniem własnej woli, porządkuje uczucia i mobilizuje siły.

Trwa już czwarty rok wojny na pełną skalę. Sytuacja na froncie stale się pogarsza. Rosja wzmacnia swój potencjał militarny. Europa coraz wyraźniej odczuwa realne zagrożenie inwazją, zwłaszcza Polska i państwa bałtyckie. Skala zagrożeń nie wpływa jednak na moją intencję, ponieważ nie zależy ona ani od mojego stanu psychicznego, ani od okoliczności zewnętrznych. Zmienia się jedynie forma walki. Dla mnie jest nią praca ze słowem.

Wewnętrzne przeżycia w egzystencjalnym doświadczeniu wojny

Strach. W mieście przyfrontowym nie ma czasu na chowanie się przed ostrzałami, a ja zresztą nie mam się gdzie schować. Dlatego gdy zaczyna się ostrzał, po prostu liczysz na to, że kolejny pocisk, dron czy bomba nie trafią w ciebie. Na początku jest strasznie, potem człowiek się przyzwyczaja i ostrzały przestają odciągać od pracy nad tekstami, nawet jeśli słychać huk nalotu, od którego drżą szyby w oknach. Teraz, gdy piszę te słowa, zupełnie blisko rozległ się potężny wybuch – dom zadrżał, a na ulicy zawyły syreny. Prąd na moment zanikł, lecz natychmiast wrócił i można pracować dalej.

Strach jest odczuwany inaczej na zapleczu i w pobliżu frontu. Czasem wydaje mi się, że na głębokim zapleczu jest nawet straszniej. Gdy śmierć jest blisko, strach staje się bardzo konkretny: trwa ostrzał – jest strach, ucichło – pojawia się rozluźnienie, jakby nic się nie wydarzyło. Człowiek nie jest w stanie żyć w ciągłym napięciu, psychika sama wygasza emocje. Im jednak dalej od frontu, tym bardziej przeraża przyszłość i niepewność sytuacji. Strach rozmywa się i staje się stałym tłem postrzegania rzeczywistości.

Niepewność. Mieszkam na obrzeżach Słowiańska, gdzie łączność telefoniczna jest słaba. Czasami po ostrzale na długo znika prąd i nie wiesz, kiedy zostanie przywrócony – ani czy w ogóle zostanie. Wtedy zostajesz w ciemności, z rozładowanym laptopem, bez możliwości dowiedzenia się, co dzieje się wokół. Być może wróg jest już blisko – a ty nawet o tym nie wiesz. Jedynie zimno w nocach zimowych przerywa tę sensoryczną izolację od świata, ponieważ pompa, która tłoczy gorącą wodę do kaloryferów, nie może działać bez elektryczności. Jeśli temperatura spadnie poniżej zera, rury pękną (na szczęście jeszcze do tego nie doszło). W takie chwile naprawdę dociera do ciebie groza niepewności jutra – tej, od której ratowała praca przy komputerze, dopóki było prąd.

Prognozy analityków rzadko się sprawdzają, ponieważ niemożliwe jest obliczenie wszystkich czynników wojny. Możemy jedynie odnotowywać tendencje – a te są teraz bardzo złe. Ale jeśli przyszłość nie jest przesądzona, może zmienić się wbrew najczarniejszym oczekiwaniom. Miejsce na nadzieję pozostaje zawsze.

Bezczynność. Choć praca męczy, bezczynność jest o wiele straszniejsza. Latem 2022 roku Słowiańsk opustoszał, a wielu spośród tych, którzy zostali, straciło swoje codzienne zajęcia. Siedzisz całymi dniami w domu bez światła, bez możliwości odwrócenia uwagi, tylko obserwujesz, jak twoje miasto jest ostrzeliwane. W protestanckim kościele „Dobra Nowina” znajoma powiedziała: „Staraj się być tu jak najczęściej, bo po prostu siedzieć w domu jest nie do wytrzymania”. Na szczęście mnie ten problem nie dotyczył, bo stale pracowałem nad tekstami, wiedziałem, że wykonuję ważną pracę i czułem się w aktywnej życiowej postawie. Dlatego spokojnie odnosiłem się do ostrzałów i innych trudności, które stają się nie do zniesienia, jeśli tkwi się w biernym obserwowaniu. Najcenniejsze w czasie wojny jest ważna sprawa, która nie pozwala pogrążyć się w bezczynności.

Postrzeganie przyszłości w egzystencjalnym doświadczeniu wojny

Iluzoryczne oczekiwania. Gdy front jest blisko, żyje się z dnia na dzień, nie licząc na przyszłość, i wtedy przestaje się rozumieć ludzi żyjących na zapleczu, którzy funkcjonują w iluzorycznych oczekiwaniach. Najpierw w Ukrainie wszyscy liczyli na nową broń, która miała przełamać sytuację na froncie. Później spodziewano się, że Rosji skończą się żołnierze. Półtora roku temu, gdy Rosjanie zaczęli posuwać się w stronę Pokrowska, w Ukrainie woleli tego nie dostrzegać – wszyscy mówili o lokalnych sukcesach pod Charkowem i zapewniali, że przeciwnikowi wkrótce zabraknie sił do ofensywy.

Na moje słowa, że nie ma żadnych oznak wyczerpania, przeciwnie – potencjał militarny Rosji rośnie, rozmówcy reagowali skrajną irytacją, a czasem agresją. Podważałem bowiem iluzje, które moralnie podtrzymywały ludzi. Zburzenie fałszywych nadziei prowadziło jednak do bolesnego rozczarowania. W tym sensie bliżej frontu jest mi łatwiej: nie ma iluzji – nie ma też rozczarowań.

Dziś, gdy armia rosyjska naciera, przyszłość wydaje się mroczna, a śmierć bywa tak bliska, że przyszłości jakby w ogóle nie było. Paradoksalnie, aby ją odzyskać, trzeba zrezygnować z oczekiwania.

Zniekształcenie percepcji i postawa pasywna. Obraz przyszłości zawsze rozmija się z rzeczywistością. Co więcej, samo oczekiwanie przyszłości zniekształca postrzeganie teraźniejszości. Przed wojną nikt nie wyobrażał sobie, że przyszłość może okazać się aż tak przerażająca, i dla chwilowych korzyści ekonomicznych Europejczycy – także Ukraińcy – pobłażali dyktatorowi zamiast przygotowywać się do wojny. Jednak nawet wojna nie doprowadziła do powszechnego otrzeźwienia, a jedynie zmieniła charakter iluzorycznych oczekiwań.

Oczekiwanie katastroficznej przyszłości tłumi wolę, a optymizm oparty na oczekiwaniu rozluźnia – jedno i drugie uniemożliwia gotowość na przyszłość. W 2022 roku czekaliśmy: oto nadchodzi nowa broń, która zmieni sytuację na polu walki, a gdy tylko wyjdziemy na granice z 1991 roku, zapanuje pokój. Iluzoryczne oczekiwania przeszkodziły dostrzec, że wojna nie zakończyłaby się niezależnie od wyniku kontrofensywy, i że przetrwanie wymaga przygotowania się do długotrwałej wojny na wyniszczenie.

Dla wielu stosunek do przyszłości przypomina prognozę pogody – przyjmuje się ją jako nieuchronną. A jeśli nie da się z tym pogodzić, szuka się innego, bardziej optymistycznego synoptyka… albo analityka wojskowego. To kształtuje postawę pasywną. Jej cena w czasie wojny jest zbyt wysoka, a przyszłość zawsze okazuje się inna, niż się spodziewaliśmy. Postawa aktywna oznacza, że przyszłości się nie oczekuje, lecz projektuje na podstawie własnych decyzji.

Wizja przyszłości. Oczekiwanie zawsze zniekształca postrzeganie teraźniejszości. Wizja przyszłości, która nie opiera się na oczekiwaniu, lecz na świadomości własnych możliwości i własnej intencji, przeciwnie, pozwala adekwatnie postrzegać teraźniejszość. Przyszłość nie jest faktem danym jak prognoza pogody, lecz możliwością, która nieustannie kształtuje się poprzez nasze decyzje; istnieje ona w naszym wewnętrznym zamiarze jako wektor naszych dążeń. Pozwala to przyjmować rzeczywistość taką, jaka jest, bez dopasowywania jej do iluzorycznych oczekiwań. Zamiast tego zmieniamy własne wewnętrzne priorytety. Rzeczywistość jest przerażająca: zbyt wiele zrobiono źle, zbyt wiele było kradzieży i zdrad, by biernie oczekiwać zwycięstwa nad Rosją. I właśnie dlatego nie trzeba niczego pasywnie oczekiwać, skoro w tej strasznej rzeczywistości można budować alternatywny projekt przyszłości – projekt zwycięstwa nad Rosją. Wizja przyszłości nie jest oczekiwaniem, lecz systemem priorytetów i ogólnym wektorem dążeń opartym na rozumieniu rzeczywistości bez iluzji.





Nikołaj Karpicki. Front w Ukrainie mierzy się z chłodem. Jak wygląda zima w Słowiańsku? Cel jest jasny – przetrwać

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 11.02.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/front/zima-w-slowiansku/


Słowiańsk na Donbasie po raz kolejny staje przed zagrożeniem zbliżenia się do niego rosyjskiej armii. Po blisko trzech latach walk, wojska Putina zdołały zdobyć Siewiersk, pokonać rzekę Siewierski Doniec, a także ruszyły się wzdłuż głównej trasy wiodącej z Bachmutu właśnie w kierunku Słowiańska. Do walk dochodzi już w pobliżu wsi Raj-Aleksandrówka. Intensywnie w ostatnich tygodniach była też niszczona okoliczna infrastruktura energetyczna i cały region pozbawiony był prądu. Do tego Kreml skrupulatnie stara się odciąć ukraińską logistykę. „To najcięższa zima w Słowiańsku we wszystkich latach wojny” – pisze Nikołaj Karpicki. Ostatnie cztery lata spędził w tym przyfrontowym mieście. Jego zdaniem Rosja wykorzystuje chłód jako broń, także przeciwko mieszkańcom miasta.

Zima w Słowiańsku: chłód jako broń

Rosja używa przeciwko cywilnym mieszkańcom Ukrainy nie tylko bomb i dronów, lecz także chłodu. Choć obiektywnie ostrzały są groźniejsze niż chłód, to psychologicznie chłód znosi się ciężej. Do zagrożenia śmiercią, możliwej w każdej chwili, z czasem się przyzwyczaja: na początku, gdy obok słychać wybuchy, robi się bardzo nieswojo, lecz potem przestaje się reagować. Do chłodu jednak przywyknąć się nie da.

Mieszkam niedaleko frontu i tutaj do chłodu dochodzi jeszcze jeden czynnik, który łamie ludzi — niepewność. Każdy znosi ją na swój sposób; mogę opowiedzieć o własnym doświadczeniu.

Styczeń okazał się mroźny. Wraz z nadejściem mrozów Rosja zaczęła celowo uderzać w ukraiński system energetyczny, próbując zamrozić kraj. Główne uderzenie spadło na Kijów. Ludzie w blokach bez prądu trafiają jakby w pułapkę: nie ma ani światła, ani wody, nie da się normalnie korzystać z toalety, dom stopniowo przemarzа. Tam, gdzie służby komunalne liczyły na szczęście i nie spuściły wody z kaloryferów, rury popękały.

Dopóki uwaga Moskwy była skupiona na stolicy, w Słowiańsku było nam łatwiej — przerwy w dostawach prądu zdarzały się rzadko i były krótkotrwałe. Gdyby prąd wyłączano tak jak w Kijowie, mój dom by tego nie wytrzymał.

Typowe domy jednorodzinne w Ukrainie nie są przystosowane do silnych mrozów, a kiedy je budowano, nikt nie myślał o możliwości wojny. W jednym z takich domów mieszkam i ja. Kuchnia znajduje się w dobudówce, oddzielnie od głównego domu; tam też stoi kocioł gazowy, który doprowadza ciepło do domu rurą łączącą oba budynki. Jeśli silnik elektryczny się zatrzyma, woda przestanie krążyć i dom szybko zamarznie.

Pod koniec stycznia zaczęła się odwilż, lecz na targu ludzie z niepokojem dyskutowali o anormalnych lutowych mrozach, których spodziewano się w następnym tygodniu. I wtedy Trump oświadczył, że poprosił Putina o wstrzymanie uderzeń w energetykę na tydzień, ponieważ jest bardzo zimno. Brzmiało to jak fantastyka, ale bardzo chciało się wierzyć. Planu „B” na wypadek długotrwałego braku prądu nie miałem.

Putin nie tyle wstrzymał ogień ze względu na ludzkie cierpienie, ale po prostu poczekał na szczyt mrozów i 3 lutego rosyjska armia uderzyła wszystkim, co zdążyła zgromadzić w dniach tego „rozejmu”: według informacji Zełenskiego — 32 rakietami balistycznymi, 11 innymi rakietami, 28 rakietami manewrującymi oraz 450 dronami uderzeniowymi. Jakby nie zauważając, co się stało Donald Trump potwierdził, że Putin dotrzymał obietnicy.

Bez ogrzewania przy minus piętnastu

Doba z 3 na 4 lutego była dla mnie najcięższa przez cały czas wojny. W te kilka godzin skupiło się całe moje postrzeganie wojny przez ostatnie cztery lata. Prąd wyłączono w ciągu dnia — tak samo nagle, jak rozpoczęła się inwazja 24 lutego 2022 roku. Z jednej strony rozumiesz, że to może się zdarzyć, z drugiej — psychologicznie nie sposób tego sobie wyobrazić i się przygotować. Bo gdy jednak do tego dochodzi, trafiasz do zupełnie innej rzeczywistości. I tu jest dokładnie tak samo w przypadku wybuchu wojny, jak i braku prądu przy piętnastostopniowym mrozie.

Pierwszą reakcją jest nadzieja, że to potrwa krótko. Dom wciąż trzyma ciepło, zupa jest ugotowana. Taka sama nadzieja była i w pierwszych dniach inwazji: trzeba wytrzymać trzy dni, …dziesięć dni, a potem wydarzy się cud — pomoc Zachodu, kontrofensywa, Rosja się wycofa. Jak jednak widzimy wojna nadal trwa, a nadzieja maleje. Prąd też nie wraca, tak jak pokój.

Zapada noc, światła nie ma i staje się jasne, że wydarzyło się coś poważnego. Najbardziej męcząca jest niepewność. Mieszkam na obrzeżach miasta i znajduję się w całkowitej izolacji informacyjnej. Nie wiem, czy to awaria lokalna, czy globalna. Być może prąd pojawi się w następnej sekundzie, a być może — nigdy. To samo odczucie towarzyszyło nam podczas kontrofensywy jesienią 2022 roku: liczysz na to, że wojna zakończy się szybkim zwycięstwem, lecz równie prawdopodobne jest, że potrwa nieokreślenie długo.

Chce się zasnąć i obudzić wtedy, gdy prąd już będzie. Zasypiałem i budziłem się wiele razy i za każdym razem robiło się coraz zimniej. Musiałem wziąć jeszcze jeden koc i dwa pledy. Nad ranem naciągnąłem na siebie piąty sweter, kurtkę i zacząłem chodzić po domu, żeby się rozgrzać. Wiedziałem już, że mróz utrzyma się co najmniej jeszcze kilka dni, a bez prądu naprawdę nie da się dotrwać do ocieplenia. Tak właśnie wygląda wojna na wyczerpanie: kto pierwszy opadnie z sił. Moskwa to wie, że ma nieporównywalnie większe zasoby od Ukrainy i stały napływ ochotników gotowych za pieniądze nas zabijać. Kijów bez pomocy sojuszników być może nie dałby rady tak długo się bronić.

Myśląc o tym, otworzyłem lodówkę na oścież — niech chłód w domu przynajmniej na coś się przyda. Zupę podgrzałem na świeczce. Garnek oddaje ciepło pomieszczeniu niemal z taką samą prędkością, z jaką je otrzymuje, ale po dwóch godzinach zupa w końcu stała się ciepła. Dopóki chodzę po pokoju tam i z powrotem, chłód jest jeszcze znośny, lecz z każdą godziną robi się coraz gorzej. Jeśli temperatura w domu spadnie poniżej zera, pękną kaloryfery i wtedy nie będzie już różnicy, czy jesteś w domu, czy na zewnątrz.

Prądu nie ma już prawie dobę i niepewność coraz bardziej przygniata. Być może na zewnątrz rura już przemarzła… Świadomość rozdziera się między nadzieją, że za chwilę zapali się żarówka, a wyobraźnią, która rysuje apokaliptyczny obraz wojny, w której nie ma już nadziei na przetrwanie. Teraz główne zadanie polega nie tyle na doczekaniu się prądu, ile na zachowaniu wewnętrznego spokoju. Aby to osiągnąć, odrywam się od oczekiwania „następnej chwili” i skupiam się na tym, co jest „tu i teraz”.

Poszukuje różnych myśli, byle by tylko oderwać głowę od poczucia zimna. Pojawia się nienawiść do wszystkich, którzy wspierali lub wspierają nadal Putina, zwłaszcza do moich znajomych Rosjan. Ale jeśli teraz dopuszczę do siebie nienawiść, to czuję, że po prostu się w niej rozpuszczę. Niezależnie od tego, jak straszne jest życie, każda konkretna chwila życia ma wartość samą w sobie i staram się przeżyć ją w pełni. Nawet jeśli w następnej chwili zginę we własnym domu od drona lub bomby. Wraz z nienawiścią odrzucam także oczekiwania i obraz rzeczywistości, który podsuwa wyobraźnia.

Dlaczego do chłodu nie da się przyzwyczaić? Mogę siłą inercji zajmować się swoimi sprawami, gdy spadają bomby, ale żeby się ogrzać, trzeba wkładać dodatkowy wysiłek. Chodzę po pokoju, by się rozgrzać, lecz jak długo tak wytrzymam — dzień, dwa? Chłodu nie da się „przeczekać” siłą inercji.

Siłą inercji można wykonywać codzienne czynności nawet w chwilach zagrożenia, o ile nie wymagają one walki o przetrwanie. W ten sposób rodzi się przyzwyczajenie do wojny. Sprzyjają mu analitycy i publicyści, kreślący optymistyczny obraz przyszłych rosyjskich porażek i ukraińskich sukcesów. W pierwszym roku wojny to nas podtrzymywało, pomagało mobilizować siły psychiczne. Wojna ma jednak także drugą stronę: prędzej czy później dosięga każdego, zmuszając do walki o własne życie. Do tego, podobnie jak do chłodu, nie sposób się przyzwyczaić, ponieważ wymaga to ciągłego wysiłku, a ludzkie siły psychiczne są ograniczone.

Celowe nastawienie — przetrwać razem z Ukrainą

Co to znaczy żyć „tu i teraz”? Jeśli postrzegać to wyłącznie w strumieniu przeżyć psychicznych, nie starczy sił, by wytrzymać to, co wojna przynosi w każdej chwili. W pełni można to przeżyć jedynie, opierając się na celowym nastawieniu, które nie zależy ani od stanów psychicznych, ani od okoliczności zewnętrznych. Tylko ono odsłania świadomość własnego istnienia w chwili „tu i teraz”, a samo to istnienie ma wartość autoteliczną. Stąd rodzi się zamiar — przeżywać tę chwilę w pełni, wbrew chłodowi, wojnie i niebezpieczeństwu śmierci w następnej minucie. Zamiar ten urzeczywistnia się w celowym nastawieniu do przetrwania mimo wszystko. Ale nie kosztem innych, lecz razem z innymi. W warunkach wojny oznacza to — przetrwać razem z Ukrainą, niezależnie od tego, jak silny jest wróg.

To celowe nastawienie dodaje sił i nadaje życiu sens. Nawet gdy nie ma prądu ani internetu, nie da się włączyć laptopa, a ja muszę chodzić po pokoju, by się ogrzać, wciąż mogę coś robić dla Ukrainy — na przykład układać w myślach teksty przyszłych publikacji.

Prąd wreszcie włączono po dobie. Rury przemarzły, lecz nie do końca — woda ledwie przez nie płynie, dlatego dom się nie nagrzewa. Mnie jest jeszcze stosunkowo znośnie. Ludziom starszym i dzieciom uwięzionym w blokach jest o wiele trudniej. Przed nami kolejne mrozy i następne wyłączenia prądu. Walka trwa.