poniedziałek, 9 marca 2026

Nikołaj Karpicki. Rosyjska okupacja to represje ze względu na tożsamość. Świadectwa mieszkanki Chersonia

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 04.03.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/front/rosyjska-okupacja-to-represje/

Rosyjska okupacja, Chersoń. Wiec przeciwko rosyjskim okupantom 13 marca 2022 r. Kadr z kroniki wideo. YouTube

„Wolałbym żyć w Niemczech pod władzą Putina, niż żyć w warunkach wojny” – stwierdził 19-letni Niemiec w studiu telewizji ARD na początku października 2025 roku. Za wypowiedzią tego człowieka stoi rozpowszechnione szeroko złudzenie, że Rosja prowadzi wojnę wyłącznie z powodów politycznych – o zmianę granic państwowych i stref wpływów. Niezrozumienie, że chodzi o wojnę egzystencjalną o prawo do istnienia, rodzi iluzję, że z Rosją można się porozumieć drogą ustępstw.

Być może tacy jak ten młody Niemiec uważają, że rosyjska okupacja będzie jak życie w NRD pod kontrolą Związku Radzieckiego. Być może i w Ukrainie kiedyś sądzono, że władza Moskwy nie jest aż tak straszna: przecież żyło się też jakoś w czasach Breżniewa. Jednak życie w okupacji to nie jest „jak w Związku Radzieckim” ani nawet „jak w dzisiejszej Rosji”. To coś znacznie gorszego.


Reżim okupacyjny można porównać jedynie do rosyjskiej kolonii karnej, czyli „zony”, jak się ją nazywa. Są „czerwone zony”, gdzie absolutna władza należy do administracji więziennej, i „czarne zony”, gdzie rządzą autorytety przestępcze. A teraz wyobraźmy sobie, że kilka regionów zamienia się w jedną wielką „zonę”, w której administracja razem z kryminałem dopuszcza się samowoli. Właśnie tak wygląda rosyjska okupacja.

Nie mogę mówić w imieniu innych, ale powiem za siebie – jako mieszkaniec Słowiańska, miasta, które niektórzy zachodni politycy byliby gotowi „oddać” Putinowi w imię iluzorycznego pokoju z Rosją. Całkiem niedawno niedaleko mojego domu bomby lotnicze FAB-250 zniszczyły kilka budynków. Stało się to tak powszednie, że nie jest już powodem, by pisać o tym na Facebooku, gdzie zwykle dzielę się przemyśleniami, ani by przerywać domowe obowiązki. Rozumiem jednak: dalej będzie jeszcze gorzej. Ale nawet jeśli rosyjskie bomby lotnicze zniszczą połowę Słowiańska, nadal będę miał 50-procentową szansę na przeżycie. Jeśli jednak Słowiańsk zostanie okupowany – nie będzie żadnych szans. Dlatego dla mnie okupacja jest gorsza niż życie w warunkach wojny. Ale to tylko moje postrzeganie.

Rozmawiałem na ten temat z mieszkańcami Chersonia, którzy przeżyli okupację. Wśród nich jest Oksana Pohomij, działaczka społeczna i wolontariuszka. Przez całe życie mieszkała w Chersoniu, także w okresie okupacji; w 2020 roku została wybrana deputowaną Rady Miejskiej Chersonia. Przytoczę fragmenty naszej rozmowy, aby pokazać, jak w rzeczywistości wygląda okupacja.

Okupacja to bezprawie i totalna kontrola

„Najstraszniejszą rzeczą, jaka może spotkać człowieka w życiu, jest okupacja – opowiada Oksana Pohomij. – Ponieważ odbiera ci się wolność, nawet jeśli służby specjalne nie przyszły bezpośrednio po ciebie. Wcześniej mieliśmy pracę. A tu albo pracujesz dla okupantów, albo nie pracujesz i zostajesz bez środków do życia.

Rosjanie wywierali stałą presję psychiczną, nakłaniali do współpracy. Na przykład wprost z domu wyciągnęli kobietę – dyrektorkę jednej ze szkół artystycznych. Przez cały dzień przetrzymywali ją u siebie i zmuszali do podpisania zgody na współpracę. Gdy tylko ją wypuścili, natychmiast wyjechała ze strefy okupacji.

Do końca kwietnia mieliśmy jeszcze łączność komórkową, potem ją odcięli. Nie było żadnej. Zasięg pojawiał się tylko w jednym miejscu w centrum miasta – ludzie zbierali się tam, żeby chociaż wysłać bliskim SMS-a. Później łączność włączono na krótko, ale pod koniec maja znów ją wyłączono. Sprzedawano wyłącznie rosyjskie karty SIM. Internet bardzo pomagał: niektórzy dostawcy pozostali aktywni.

Z rewizjami przychodzą zawsze niespodziewanie – i to jest naprawdę przerażające. Znajomi dawali znać, że na sąsiedniej ulicy stoi transporter opancerzony, a raszyści przeczesują kwartał po kwartale. Do naszego kwartału przyszli następnego dnia. Zawiązałam chustkę, założyłam okulary, żeby się nie wyróżniać. Na rewizję przyszło czterech wojskowych. Ich uwagę odciągnął nasz wnuk Mykyta – to nas uratowało: nie zajrzeli tam, gdzie przechowywane były produkty naszej organizacji wolontariackiej. Do jednej z naszych dziewczyn na rewizje przychodzili kilka razy – mieszkała na osiedlu, w domu jednorodzinnym”.

Reakcja mieszkańców Chersonia na okupację

„Kiedy zaczęła się inwazja, jeszcze nie wiedziałam, że tak szybko nas oddadzą – opowiada pani Oksana. – Myślałam, że będzie jakiś opór. Napisałam na Facebooku, że zbieramy się na wiec – ja z mężem i wolontariuszami, z którymi pracujemy od 2014 roku. Byliśmy z nimi w Awdijiwce, Marjince, Krasnohoriwce, Szyrokynem. Ogłosiliśmy też zbiórkę dla rannych: odzieży, lekarstw, żywności instant, papierosów i artykułów higienicznych. Początkowo zbieraliśmy rzeczy w holu rady miejskiej, ale już drugiego dnia – 25 lutego – zabrakło miejsca i przenieśliśmy się do budynku rady rejonowej, a potem pakowaliśmy zestawy w innym miejscu.

5 marca odbył się pierwszy wiec. Nasza grupa wolontariacka pomagała ukraińskim wojskowym, przekazując współrzędne celów, i nie chciałam narażać ludzi na dodatkowe niebezpieczeństwo, dlatego prosiłam, by nie wychodzili na manifestację. Sama już szłam pakować produkty, gdy zadzwoniła przyjaciółka i powiedziała: ‘Jest tu tyle ludzi! Nawet sobie nie wyobrażasz!’. Wtedy zawróciłam i pobiegłam na wiec. Później zrozumiałam: to był nasz ‘herc’ – wyszliśmy bez broni przeciwko żołnierzom w pełnym rynsztunku, z automatami, i krzyczeliśmy do nich: ‘Nikt was tu nie zapraszał! Wynoście się stąd! ’”.
 
„Herc”: mieszkańcy Chersonia  sprzeciwiają się rosyjskim żołnierzom. Kadr z kroniki wideo. YouTube

Słowo „herc”, którego użyła pani Oksana, nie ma odpowiednika w innych językach. Oznacza ono kozacką tradycję, gdy przed bitwą najbardziej zuchwali śmiałkowie wychodzili przed szeregi wroga i szydzili z niego, wyzywając na pojedynek.

„13 marca – to dzień wyzwolenia Chersonia spod hitlerowskiej okupacji – kontynuuje pani Oksana. – Tego dnia odbył się ogromny pochód. Żołnierze strzelali nad głowami, ale ludzie i tak przeszli od Placu Wolności do Nabrzeża. Tam był ukraiński sztandar o długości stu metrów. Ktoś go uszył! To był taki wzlot! Panowała euforia, dlatego w tym momencie zapomnieliśmy o strachu. Oni myśleli, że przyszli do prorosyjskiego regionu, a w rzeczywistości tak nie było. Kiedy wyszliśmy – a wyszedł nie tylko Chersoń, ale i Hola Prystan, Kahówka, Nowa Kahówka, Kałanczak, Skadowsk – z flagami, krzyczeliśmy, podchodziliśmy do czołgów, w ich głowach zaskoczyło, że nie będziemy Rosją… Nie wiem, mam nadzieję, że jednak zaskoczyło.

Wieczorami dużo spacerowaliśmy, chodziliśmy do przyjaciół i osób o podobnych poglądach, rozmawialiśmy, bo inaczej nie dało się przetrwać. Idziesz ulicą i widzisz, że ktoś związał żółty kwiat z niebieskim i powiesił na drzewie – i rozumiesz: nie jesteśmy sami. Są inni ludzie. Podczas spacerów szukasz takich niebiesko-żółtych znaków i wierzysz, że Ukraina wróci. I mieliśmy szczęście – zostaliśmy wyzwoleni”.

Okupacja – to męczące oczekiwanie represji

Przerażające nie są tylko same represje, ale i ciągłe zagrożenie, oczekiwanie kary. Pani Oksana opowiada:

„Strasznie jest żyć w takim stanie, kiedy nie wiesz, co będzie jutro. Zawsze nosiłam ze sobą mały plecak z szczoteczką do zębów, mydłem i zmianą bielizny, na wypadek, gdyby mnie zabrali. Później zrozumiałam: jaki plecak?! Worek na głowę, plecak zabiorą – i nie zostanie ci nic. Gdybyś opowiedziała to Rosjanom, nie zrozumieliby, powiedzieliby: ‚No to żyj dalej! Do wszystkiego można się przyzwyczaić!’ A tu ktoś decyduje za ciebie – wchodzi na przykład do autobusu na punkcie kontrolnym i mówi: ‚Nie spodobałeś mi się – wysiadź!’. Oni czuli się panami życia. Jeśli nie podporządkowałeś się, mogli zrobić z tobą wszystko.

Pierwszy miesiąc wszystko było zamknięte, a potem otwarto rynek. Obraz, który odcisnął się w mojej pamięci na całe życie. Było to przed 9 maja. Idę na rynek szukać ukraińskiego jedzenia. Obok powoli jedzie otwarty samochód ciężarowy, a tam na kolanach jeńcy z nagimi torsami i workami na głowach. I wtedy dopiero robi się naprawdę strasznie.

Podczas wiecu 5 marca okupanci fotografowali jego uczestników z budynku administracji obwodowej. Młodego chłopaka, Artioma, rozpoznano na podstawie zdjęcia i zabrano dziesięć dni później. Szedł do domu, gdy go złapano. Postrzelili mu nogę, porzucili koło szpitala i powiedzieli: ‚Masz szczęście’. I to było jeszcze stosunkowo łagodne – potem było znacznie gorzej. W czasie okupacji trafił jeszcze dwa razy ‚do piwnicy’.

Kiedy ciągle słyszysz, że jednego czy drugiego wzięli – uświadamiasz sobie, jak bardzo rzeczywistość różni się od oczekiwań. Nie sądziliśmy, że wszystko będzie aż tak straszne, dopóki nie zaczęliśmy słyszeć od naszych przyjaciół, którzy byli ‚w piwnicy’, jak ich tam dręczą i torturują.

Ludzi wywozili do izb tortur – to wcale nie są więzienia w tradycyjnym znaczeniu, gdzie zapewnia się jedzenie, wodę i możliwość skorzystania z toalety. To po prostu pokój wypełniony ludźmi. W tym, w czym cię złapano – w majtkach i podkoszulce – pozostajesz przez cały czas. Żadnych paczek. Raz dziennie wyprowadzają po wodę do butelki i do toalety. I torturują, torturują, torturują… Ciągle słychać krzyki innych ludzi. Krewni aresztowanych nie mogli się dowiedzieć, gdzie znajdują się ich bliscy. Idziesz do komendantury, a oni odpowiadają: ‘Nie wiemy’.

Rosyjska okupacja, Chersoń. W tym pomieszczeniu torturowano ludzi. Zdjęcie: Chersoń, 14 listopada 2022 r., Media Center Ukraine

Pewnego dnia aresztowano rodziców, gdy dowiedziano się, że ich syn służy w Siłach Zbrojnych Ukrainy. ‘Wypuścimy, gdy przyjdzie syn’ – powiedzieli im. Matkę w końcu uwolniono po miesiącu, ojca – po dwóch. To był krępy, przystojny mężczyzna, a po wypuszczeniu wyglądał jak stary dziadek. Tak bardzo zmienił się w zaledwie dwa miesiące.

W pierwszym tygodniu funkcjonariuszy FSB nie było widać. Około 10–12 marca pojawili się i zaczęli metodycznie objeżdżać adresy. Od tego momentu zaczęli zatrzymywać ludzi. Były przypadki, gdy naszych żołnierzy i ochotników Obrony Terytorialnej zatrzymywano, a potem znajdowano ich ciała z śladami tortur. Okupanci mieli listy, wszystkie adresy. Na przykład kobieta kiedyś dawno pracowała w prokuraturze lub sądzie – przyjeżdżają do niej, żeby nakłonić do współpracy. A jej już 70 lat i ma otępienie starcze. Czyli listy były już nieaktualne, a to oznacza, że przygotowywali się do tego od dawna, nawet przed 2014 rokiem”.

Czym różni się putinowski nazizm od hitlerowskiego

Nie tylko opowieść pani Oksany, ale także świadectwa innych osób, które przeżyły okupację, potwierdzają: za słowem „denazyfikacja” kryje się nazistowska polityka Rosji na okupowanych terytoriach.

W różnym stopniu dyskryminacja ze względu na narodowość występuje w wielu krajach, w tym demokratycznych. Inna sprawa, że w państwach demokratycznych istnieją mechanizmy prawne do walki z dyskryminacją. To, co robili Rosjanie na okupowanych terytoriach, to już nie dyskryminacja, lecz represje.

Na przykład zakaz wydawania gazety w ojczystym języku – to dyskryminacja, a areszt i tortury za używanie ojczystego języka – to represje. Ograniczenia przy zatrudnieniu ze względu na narodowość – dyskryminacja, a utożsamianie z działalnością terrorystyczną za okazywanie własnej tożsamości narodowej – to represje. To właśnie daje podstawy, by nazywać rosyjską politykę na okupowanych terytoriach nazistowską.

Jednak istnieje zasadnicza różnica między putinowskim a hitlerowskim nazizmem. Hitleryści definiowali Żydów według cech biologicznych. Putinowscy raszyści traktują Ukraińców jako wrogów nie ze względu na pochodzenie, lecz na samoidentyfikację. Jeśli Ukrainiec nie demonstruje swojej ukraińskiej tożsamości, raszyści automatycznie uznają go za „Rosjanina”. Taka możliwość mimikry dawała komuś szansę na przetrwanie. Żydzi w nazistowskich Niemczech nie mieli takiej szansy. Z drugiej strony, jeśli hitlerowskie represje miały charakter systemowy i uporządkowany, to represje raszystowskie są chaotyczne i arbitralne, i nie potrzebują żadnego powodu. Dlatego ofiarą może paść każdy, niezależnie od tego, czy uważa się za Rosjanina, czy Ukraińca.

„Nawet jeśli się podporządkujesz, i tak mogą zrobić z tobą wszystko – na przykład za używanie języka ukraińskiego – opowiada pani Oksana. – Znajomi przekazali, że z ulicy zabrano pewnego mężczyznę. Szedł do sąsiadów nakarmić psa, bo oni wyjechali. Żołnierze coś go zapytali, a on odpowiedział po ukraińsku. Trzymali go przez tydzień. Co z nim robili? Odmawiał mówienia o tym. Powiedział tylko, że od tego czasu z żoną rozmawiają wyłącznie po rosyjsku. To było we wrześniu. Później udało im się wyjechać przez Wasylówkę. Dwa tygodnie czekali, aż ich przepuszczą. Aby wydostać się z piekła, przeszli na język rosyjski”.

Prawa człowieka i prawo do tożsamości

Walka z ukraińską tożsamością nieuchronnie przeradza się w walkę z ludzką tożsamością – z dążeniem do pozostania człowiekiem. Potwierdzają to słowa Oksany Pohomij: „Ich celem jest zabić w człowieku człowieka. Wzięli grupę ludzi, którzy pomagali Siłom Zbrojnym Ukrainy, i zmuszali ich do torturowania siebie nawzajem”.

Dziś, na tle rozmów pokojowych w Ukrainie, strony dyskutują o politycznych, gospodarczych i wojskowych aspektach hipotetycznego pokoju z Rosją, przemilczając najbardziej bolesny temat – sytuację praw człowieka. Na okupowanych terytoriach systematycznie naruszane są fundamentalne prawa zapisane w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka: prawo do życia, wolności i nietykalności osobistej (art. 3); zakaz tortur i poniżającego traktowania (art. 5); prawo do uznania podmiotowości prawnej (art. 6), ochrona przed dyskryminacją i równość wobec prawa (art. 7); prawo do skutecznego przywrócenia praw (art. 8); zakaz arbitralnego aresztowania lub zatrzymania (art. 9), arbitralnej ingerencji w życie prywatne, naruszenia mieszkania i tajemnicy korespondencji (art. 12); prawo do wolności przekonań i ich wyrażania (art. 19); prawo do wolności pokojowych zgromadzeń i zrzeszania się (art. 20).

Jest jeszcze jedno fundamentalne prawo, nie sformułowane w Deklaracji, lecz bez niego nie możemy uważać się za ludzi cywilizowanych – prawo do tożsamości. Nikt nie powinien negować tożsamości innej osoby. Tymczasem na okupowanych terytoriach Rosjanie nie tylko negują ukraińską tożsamość, lecz represjonują wszystkich, którzy ją w sobie okazują.

czwartek, 26 lutego 2026

Rosyjska świadomość imperialna // Słownik wojny

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 23.02.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/slownik-wojny/rosyjska-swiadomosc-imperialna/


Jak bardzo różni się stosunek Ukraińców i Rosjan do własnego kraju? Dlaczego mimo zmiany reżimów i systemów ideologicznych w Rosji jedno pozostaje niezmienne – stała ekspansja militarna? Co takiego w strukturze rosyjskiej świadomości imperialnej nie pozwala jej żyć w pokoju z sąsiadami? Na te pytania odpowiada Nikołaj Karpicki w artykule „Rosyjska świadomość imperialna” dla „Słownika wojny” na portalu PostPravda.Info.

Rosyjska świadomość imperialna

Rosyjska świadomość imperialna ukształtowała się w okresie Carstwa Moskiewskiego, kiedy Rosja nie była jeszcze imperium. Jej podstawą jest identyfikacja nie z własnym krajem jako wspólnym losem, lecz z władzą, której powierzono własny los. Ustrój społeczno-polityczny Rosji mógł się zmieniać, natomiast dążenie do rozszerzania terytorium poprzez ekspansję militarną pozostawało niezmienne.

Kraj jako wspólny los historyczny

Państwo jest pojęciem społecznym odnoszącym się do terytorium jurysdykcji narodowego systemu prawnego. Kraj natomiast jest pojęciem kulturowo-historycznym, obejmującym przestrzeń życiową wspólnoty ludzi zjednoczonych poczuciem wspólnego losu. Taką wspólnotę może stanowić zarówno jeden naród, jak i kilka narodów wspólnie zamieszkujących dane terytorium.

Człowiek postrzega swój kraj nie tylko w wymiarze geograficznym – jako terytorium o określonym krajobrazie, i nie tylko w wymiarze społeczno-politycznym – jako system państwowy, lecz także w wymiarze egzystencjalnym – jako wspólny los historyczny. W warunkach wojny poczucie wspólnego losu przejawia się w bezinteresownej gotowości do obrony kraju i niesienia pomocy innym ludziom. W Ukrainie w okresie pełnoskalowej inwazji Rosji wyraziło się to w masowym, heroicznym oporze wobec agresji, w rozwoju ruchu wolontariackiego, a także w zachowaniu nadziei na wyzwolenie przez ludzi znajdujących się pod okupacją. Poczucie to nie zależy od stosunku do konkretnych sił politycznych ani od tego, kto w danym momencie historycznym stoi na czele państwa. Ludzie mogą krytycznie odnosić się do władz ukraińskich, lecz nie wpływa to na egzystencjalne postrzeganie Ukrainy jako ich wspólnego losu.

Istnieje zasadnicza różnica w tym, jak Rosjanie i Ukraińcy rozumieją własny kraj. Dla nosiciela rosyjskiej świadomości imperialnej każda terytoria znajdująca się pod kontrolą władzy centralnej uznawana jest za Rosję, nawet jeśli jest to historyczne terytorium innego państwa. Dlatego dla Rosjan okupowane terytoria Ukrainy są już Rosją. Dla Ukraińców natomiast własny kraj to wspólny los, a nie terytorium kontrolowane przez taką czy inną władzę, dlatego Ukraina pozostaje dla nich jednym krajem tak długo, jak długo zachowują poczucie wspólnego losu ze współobywatelami znajdującymi się pod okupacją.

Poczucie wspólnego losu

Los to wspólny sens, który łączy wydarzenia historyczne z wydarzeniami życia osobistego. W doświadczeniu egzystencjalnym los przeżywany jest jako poczucie przynależności do wspólności społecznej, która nadaje własnemu życiu nowy sens i wartość.

Identyfikacja człowieka ze wspólnotą społeczną dokonuje się na podstawie określonych cech. Na przykład naród może jednoczyć się na podstawie języka, kultury lub religii, jednak cechy te nie mają charakteru uniwersalnego. Jeden naród może posługiwać się kilkoma językami, a różne narody mogą używać jednego języka. To samo można powiedzieć o kulturze i religii. Niezbędnym warunkiem, bez którego naród nie może istnieć, jest poczucie wspólnego losu. Co więcej, człowiek innej kultury, mówiący innym językiem, może przyjechać do danego kraju i podzielić z jego narodem wspólny los. W tym sensie kraj to ziemia związana z poczuciem wspólnego losu określonego narodu.

Jeśli wspólność społeczna kształtuje się na podstawie ideologii, prowadzi to do systemu totalitarnego, w którym dyskryminacji lub represjom podlegają wszyscy uznani za ideologicznie obcych. Przeciwnie, wspólność oparta na egzystencjalnym poczuciu wspólnego losu historycznego wyklucza totalitaryzm. Rozumienie własnego kraju jako wspólnego losu historycznego zakłada uznanie, że ludzie mogą mieć różne przekonania, a wśród nich są także tacy, którzy inaczej pojmują historyczny los i nie odczuwają jedności ze swoim krajem.

Po rosyjskiej inwazji w 2014 roku wolontariusze z całej Ukrainy pomagali mieszkańcom dotkniętym agresją niezależnie od ich poglądów politycznych oraz od tego, którą stronę popierali. Nawet wtedy, gdy niektórzy mieszkańcy Ukrainy bardziej ufali Rosji, ukraińscy wolontariusze nadal uważali ich za Ukraińców, ponieważ czuli, że łączy ich wspólny los. Ten przykład pokazuje, że egzystencjalnego poczucia wspólnoty z własnym krajem nie można narzucić siłą. Gdy tylko zaczyna być ono przymusowo narzucane innym, ulega przekształceniu w świadomość imperialną.

Agresywna forma świadomości imperialnej

W świadomości imperialnej poczucie wspólności z krajem przypisuje się także tym, którzy go nie odczuwają. Jednak siłą można narzucić nie uczucie, lecz jedynie ideologiczną postawę. Dlatego absolutyzacja poczucia wspólności w postaci obowiązkowej dla wszystkich normy może istnieć wyłącznie jako imperialna ideologia polityczna. W takim przypadku brak tego poczucia interpretuje się jako zdradę lub przestępstwo.

W najbardziej agresywnej formie świadomości imperialnej wspólny los historyczny przypisywany jest nie tylko całej ludności własnego kraju, lecz także narodom sąsiednim poza jego granicami. W szczególności w rosyjskiej świadomości imperialnej wszystkim Ukraińcom przypisuje się poczucie wspólności z Rosją, a na tej podstawie neguje się ukraińską tożsamość, język ukraiński oraz samą Ukrainę jako odrębny kraj. Ukraińcy, którzy się z tym nie zgadzają, postrzegani są jako zdrajcy Rosji i wrogowie przeznaczeni do zniszczenia.

Rosjanie nie wyobrażają sobie Rosji jako zwykłego kraju poza imperium. Dlatego do Rosji nie stosuje się rozumienia kraju jako wspólnego losu. W świadomości samych Rosjan obraz Rosji kształtuje się na podstawie pojmowania ich wspólnego losu z agresywnym imperium militarnym, którego istnienie zakłada nieustanną ekspansję i wymaga regularnych ofiar ludzkich. Wojna Rosji przeciwko Ukrainie postawiła przed każdym z nich egzystencjalne pytanie: czy nadal wiąże swój los z imperium i władzą centralną, czy też poszukuje innej formy wspólności losu z ziemią, na której żyje. Aby było to możliwe, konieczne jest jednak przezwyciężenie lęku przed utratą identyfikacji z imperium, dzięki któremu rosyjska świadomość imperialna nieustannie się odtwarza. Dopiero wówczas otworzy się możliwość kształtowania nowych tożsamości opartych na wspólnym losie z narodami i ziemiami przymusowo włączonymi do imperium.

Nikołaj Karpicki
Słownik wojny

środa, 18 lutego 2026

Nikołaj Karpicki. Egzystencjalne doświadczenie wojny

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 19.01.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/front/egzystencjalne-doswiadczenie-wojny/


Doświadczenie egzystencjalne to wszystko, co wpływa na stosunek do życia i dla wielu ludzi, szczególnie w Ukrainie, to właśnie wojna zajmuje obecnie miejsce centralne. Szczególnie dotyczy to tych, którzy żyją w strefie przyfrontowej. Egzystencjalne doświadczenie wojny obejmuje nie tylko to, co człowiek obserwuje – bombardowania, kryzys infrastruktury podtrzymującej życie, zniszczenia i śmierć ludzi – lecz także to, czego doświadcza wewnętrznie. Jednak doświadczenie wewnętrzne nabiera wartości egzystencjalnej dopiero wtedy, gdy nienawiść zostaje przezwyciężona w intencji, strach i bezczynność – w czynach, a poczucie nieokreśloności oraz iluzoryczne oczekiwania – w wizji przyszłości.

Egzystencjalne doświadczenie wojny to nie tylko wiedza, lecz zrozumienie, które zmienia człowieka

W 2022 roku postanowiłem zostać w Słowiańsku. Miasto było nieustannie ostrzeliwane, ale znacznie bardziej przerażająca wydawała się perspektywa okupacji. Wówczas trzy razy dziennie śledziłem wiadomości z frontu: sytuacja dramatycznie się pogarszała i nie było jasne, czy nasze miasto przetrwa. Można było przenieść się na tyły albo za granicę, ale tu jest mój dom. Był też inny powód, by zostać: tylko bezpośrednia bliskość wojny mogła dać mi autentyczne zrozumienie, które pozwoliłoby mi o niej pisać. Wiedza i zrozumienie doświadczenia życia to nie to samo. Wiedza oznacza posiadanie informacji. Autentyczne zrozumienie – innymi słowy, zrozumienie w sensie egzystencjalnym – to przemyślenie wiedzy na podstawie własnego doświadczenia życiowego.

Nienawiść w egzystencjalnym doświadczeniu wojny

Nienawiść. Żyjesz swoim zwykłym życiem – praca, codzienne sprawy, relacje – i nagle ktoś, bez żadnego powodu, próbuje cię zabić. Całe państwo pracuje na ten właśnie cel. Zwracasz się do znajomych i krewnych w Rosji, lecz zamiast słów wsparcia słyszysz oskarżenia o nazizm i aprobatę dla inwazji. Po 24 lutego 2022 roku wielu mieszkańców Ukrainy straciło domy, pracę, bliskich i już czwarty rok zmuszeni są walczyć o przetrwanie. Nic więc dziwnego, że rodzi się wśród nich wszechogarniająca nienawiść do wszystkiego, co kojarzy się z Rosją.

W pierwszych miesiącach wojny nienawiść ta pomogła ukraińskiemu społeczeństwu się zmobilizować, lecz z czasem stawała się coraz bardziej destrukcyjna. Nienawiści bowiem nie da się zatrzymać w sobie – po prostu wypala od środka. Pojawia się potrzeba jej wyładowania, choćby w mediach społecznościowych. Jednak tekstów pełnych przekleństw pod adresem wroga sami wrogowie nie czytają. Czytają je natomiast przyjaciele, którym ta nienawiść jest przekazywana.

W ten sposób, przekazywana z człowieka na człowieka, nienawiść narasta jak kula śnieżna, podczas gdy jej adresat pozostaje nieosiągalny. Ani Putin, ani jego otoczenie nie czytają naszych postów. Skumulowana agresja zaczyna więc przesuwać się na bliższe cele: najpierw na skorumpowanych i niekompetentnych biurokratów, potem na ukraińskich polityków oraz działaczy społecznych i religijnych, którzy przemilczają problemy, następnie na tych, którzy darzą ich szacunkiem, a ostatecznie na wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób nie spełnili naszych oczekiwań. Zaczynają się utarczki wewnątrz wspólnot Ukraińców i proukraińsko nastawionych aktywistów, a w tej wewnętrznej kłótni główny wróg – Rosja – schodzi na dalszy plan.

Intencja. Wystarczy wpuścić w siebie nienawiść, a ona całkowicie przejmie nad tobą władzę. Dlatego wewnętrznie zdystansowałem się od tego uczucia, a pracę nad filozoficznym dziennikiem czasu wojny przekształciłem w praktykę transformowania emocji w zrozumienie. Zamiast nienawiści we mnie ugruntowała się intencja walki aż do pełnego zwycięstwa nad państwem-agresorem i ukarania wszystkich winnych zbrodni wojennych. Nienawiść jest namiętnością, która wybucha spontanicznie i tłumi wolę człowieka. Intencja natomiast jest ukierunkowaniem własnej woli, porządkuje uczucia i mobilizuje siły.

Trwa już czwarty rok wojny na pełną skalę. Sytuacja na froncie stale się pogarsza. Rosja wzmacnia swój potencjał militarny. Europa coraz wyraźniej odczuwa realne zagrożenie inwazją, zwłaszcza Polska i państwa bałtyckie. Skala zagrożeń nie wpływa jednak na moją intencję, ponieważ nie zależy ona ani od mojego stanu psychicznego, ani od okoliczności zewnętrznych. Zmienia się jedynie forma walki. Dla mnie jest nią praca ze słowem.

Wewnętrzne przeżycia w egzystencjalnym doświadczeniu wojny

Strach. W mieście przyfrontowym nie ma czasu na chowanie się przed ostrzałami, a ja zresztą nie mam się gdzie schować. Dlatego gdy zaczyna się ostrzał, po prostu liczysz na to, że kolejny pocisk, dron czy bomba nie trafią w ciebie. Na początku jest strasznie, potem człowiek się przyzwyczaja i ostrzały przestają odciągać od pracy nad tekstami, nawet jeśli słychać huk nalotu, od którego drżą szyby w oknach. Teraz, gdy piszę te słowa, zupełnie blisko rozległ się potężny wybuch – dom zadrżał, a na ulicy zawyły syreny. Prąd na moment zanikł, lecz natychmiast wrócił i można pracować dalej.

Strach jest odczuwany inaczej na zapleczu i w pobliżu frontu. Czasem wydaje mi się, że na głębokim zapleczu jest nawet straszniej. Gdy śmierć jest blisko, strach staje się bardzo konkretny: trwa ostrzał – jest strach, ucichło – pojawia się rozluźnienie, jakby nic się nie wydarzyło. Człowiek nie jest w stanie żyć w ciągłym napięciu, psychika sama wygasza emocje. Im jednak dalej od frontu, tym bardziej przeraża przyszłość i niepewność sytuacji. Strach rozmywa się i staje się stałym tłem postrzegania rzeczywistości.

Niepewność. Mieszkam na obrzeżach Słowiańska, gdzie łączność telefoniczna jest słaba. Czasami po ostrzale na długo znika prąd i nie wiesz, kiedy zostanie przywrócony – ani czy w ogóle zostanie. Wtedy zostajesz w ciemności, z rozładowanym laptopem, bez możliwości dowiedzenia się, co dzieje się wokół. Być może wróg jest już blisko – a ty nawet o tym nie wiesz. Jedynie zimno w nocach zimowych przerywa tę sensoryczną izolację od świata, ponieważ pompa, która tłoczy gorącą wodę do kaloryferów, nie może działać bez elektryczności. Jeśli temperatura spadnie poniżej zera, rury pękną (na szczęście jeszcze do tego nie doszło). W takie chwile naprawdę dociera do ciebie groza niepewności jutra – tej, od której ratowała praca przy komputerze, dopóki było prąd.

Prognozy analityków rzadko się sprawdzają, ponieważ niemożliwe jest obliczenie wszystkich czynników wojny. Możemy jedynie odnotowywać tendencje – a te są teraz bardzo złe. Ale jeśli przyszłość nie jest przesądzona, może zmienić się wbrew najczarniejszym oczekiwaniom. Miejsce na nadzieję pozostaje zawsze.

Bezczynność. Choć praca męczy, bezczynność jest o wiele straszniejsza. Latem 2022 roku Słowiańsk opustoszał, a wielu spośród tych, którzy zostali, straciło swoje codzienne zajęcia. Siedzisz całymi dniami w domu bez światła, bez możliwości odwrócenia uwagi, tylko obserwujesz, jak twoje miasto jest ostrzeliwane. W protestanckim kościele „Dobra Nowina” znajoma powiedziała: „Staraj się być tu jak najczęściej, bo po prostu siedzieć w domu jest nie do wytrzymania”. Na szczęście mnie ten problem nie dotyczył, bo stale pracowałem nad tekstami, wiedziałem, że wykonuję ważną pracę i czułem się w aktywnej życiowej postawie. Dlatego spokojnie odnosiłem się do ostrzałów i innych trudności, które stają się nie do zniesienia, jeśli tkwi się w biernym obserwowaniu. Najcenniejsze w czasie wojny jest ważna sprawa, która nie pozwala pogrążyć się w bezczynności.

Postrzeganie przyszłości w egzystencjalnym doświadczeniu wojny

Iluzoryczne oczekiwania. Gdy front jest blisko, żyje się z dnia na dzień, nie licząc na przyszłość, i wtedy przestaje się rozumieć ludzi żyjących na zapleczu, którzy funkcjonują w iluzorycznych oczekiwaniach. Najpierw w Ukrainie wszyscy liczyli na nową broń, która miała przełamać sytuację na froncie. Później spodziewano się, że Rosji skończą się żołnierze. Półtora roku temu, gdy Rosjanie zaczęli posuwać się w stronę Pokrowska, w Ukrainie woleli tego nie dostrzegać – wszyscy mówili o lokalnych sukcesach pod Charkowem i zapewniali, że przeciwnikowi wkrótce zabraknie sił do ofensywy.

Na moje słowa, że nie ma żadnych oznak wyczerpania, przeciwnie – potencjał militarny Rosji rośnie, rozmówcy reagowali skrajną irytacją, a czasem agresją. Podważałem bowiem iluzje, które moralnie podtrzymywały ludzi. Zburzenie fałszywych nadziei prowadziło jednak do bolesnego rozczarowania. W tym sensie bliżej frontu jest mi łatwiej: nie ma iluzji – nie ma też rozczarowań.

Dziś, gdy armia rosyjska naciera, przyszłość wydaje się mroczna, a śmierć bywa tak bliska, że przyszłości jakby w ogóle nie było. Paradoksalnie, aby ją odzyskać, trzeba zrezygnować z oczekiwania.

Zniekształcenie percepcji i postawa pasywna. Obraz przyszłości zawsze rozmija się z rzeczywistością. Co więcej, samo oczekiwanie przyszłości zniekształca postrzeganie teraźniejszości. Przed wojną nikt nie wyobrażał sobie, że przyszłość może okazać się aż tak przerażająca, i dla chwilowych korzyści ekonomicznych Europejczycy – także Ukraińcy – pobłażali dyktatorowi zamiast przygotowywać się do wojny. Jednak nawet wojna nie doprowadziła do powszechnego otrzeźwienia, a jedynie zmieniła charakter iluzorycznych oczekiwań.

Oczekiwanie katastroficznej przyszłości tłumi wolę, a optymizm oparty na oczekiwaniu rozluźnia – jedno i drugie uniemożliwia gotowość na przyszłość. W 2022 roku czekaliśmy: oto nadchodzi nowa broń, która zmieni sytuację na polu walki, a gdy tylko wyjdziemy na granice z 1991 roku, zapanuje pokój. Iluzoryczne oczekiwania przeszkodziły dostrzec, że wojna nie zakończyłaby się niezależnie od wyniku kontrofensywy, i że przetrwanie wymaga przygotowania się do długotrwałej wojny na wyniszczenie.

Dla wielu stosunek do przyszłości przypomina prognozę pogody – przyjmuje się ją jako nieuchronną. A jeśli nie da się z tym pogodzić, szuka się innego, bardziej optymistycznego synoptyka… albo analityka wojskowego. To kształtuje postawę pasywną. Jej cena w czasie wojny jest zbyt wysoka, a przyszłość zawsze okazuje się inna, niż się spodziewaliśmy. Postawa aktywna oznacza, że przyszłości się nie oczekuje, lecz projektuje na podstawie własnych decyzji.

Wizja przyszłości. Oczekiwanie zawsze zniekształca postrzeganie teraźniejszości. Wizja przyszłości, która nie opiera się na oczekiwaniu, lecz na świadomości własnych możliwości i własnej intencji, przeciwnie, pozwala adekwatnie postrzegać teraźniejszość. Przyszłość nie jest faktem danym jak prognoza pogody, lecz możliwością, która nieustannie kształtuje się poprzez nasze decyzje; istnieje ona w naszym wewnętrznym zamiarze jako wektor naszych dążeń. Pozwala to przyjmować rzeczywistość taką, jaka jest, bez dopasowywania jej do iluzorycznych oczekiwań. Zamiast tego zmieniamy własne wewnętrzne priorytety. Rzeczywistość jest przerażająca: zbyt wiele zrobiono źle, zbyt wiele było kradzieży i zdrad, by biernie oczekiwać zwycięstwa nad Rosją. I właśnie dlatego nie trzeba niczego pasywnie oczekiwać, skoro w tej strasznej rzeczywistości można budować alternatywny projekt przyszłości – projekt zwycięstwa nad Rosją. Wizja przyszłości nie jest oczekiwaniem, lecz systemem priorytetów i ogólnym wektorem dążeń opartym na rozumieniu rzeczywistości bez iluzji.





Nikołaj Karpicki. Front w Ukrainie mierzy się z chłodem. Jak wygląda zima w Słowiańsku? Cel jest jasny – przetrwać

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 11.02.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/front/zima-w-slowiansku/


Słowiańsk na Donbasie po raz kolejny staje przed zagrożeniem zbliżenia się do niego rosyjskiej armii. Po blisko trzech latach walk, wojska Putina zdołały zdobyć Siewiersk, pokonać rzekę Siewierski Doniec, a także ruszyły się wzdłuż głównej trasy wiodącej z Bachmutu właśnie w kierunku Słowiańska. Do walk dochodzi już w pobliżu wsi Raj-Aleksandrówka. Intensywnie w ostatnich tygodniach była też niszczona okoliczna infrastruktura energetyczna i cały region pozbawiony był prądu. Do tego Kreml skrupulatnie stara się odciąć ukraińską logistykę. „To najcięższa zima w Słowiańsku we wszystkich latach wojny” – pisze Nikołaj Karpicki. Ostatnie cztery lata spędził w tym przyfrontowym mieście. Jego zdaniem Rosja wykorzystuje chłód jako broń, także przeciwko mieszkańcom miasta.

Zima w Słowiańsku: chłód jako broń

Rosja używa przeciwko cywilnym mieszkańcom Ukrainy nie tylko bomb i dronów, lecz także chłodu. Choć obiektywnie ostrzały są groźniejsze niż chłód, to psychologicznie chłód znosi się ciężej. Do zagrożenia śmiercią, możliwej w każdej chwili, z czasem się przyzwyczaja: na początku, gdy obok słychać wybuchy, robi się bardzo nieswojo, lecz potem przestaje się reagować. Do chłodu jednak przywyknąć się nie da.

Mieszkam niedaleko frontu i tutaj do chłodu dochodzi jeszcze jeden czynnik, który łamie ludzi — niepewność. Każdy znosi ją na swój sposób; mogę opowiedzieć o własnym doświadczeniu.

Styczeń okazał się mroźny. Wraz z nadejściem mrozów Rosja zaczęła celowo uderzać w ukraiński system energetyczny, próbując zamrozić kraj. Główne uderzenie spadło na Kijów. Ludzie w blokach bez prądu trafiają jakby w pułapkę: nie ma ani światła, ani wody, nie da się normalnie korzystać z toalety, dom stopniowo przemarzа. Tam, gdzie służby komunalne liczyły na szczęście i nie spuściły wody z kaloryferów, rury popękały.

Dopóki uwaga Moskwy była skupiona na stolicy, w Słowiańsku było nam łatwiej — przerwy w dostawach prądu zdarzały się rzadko i były krótkotrwałe. Gdyby prąd wyłączano tak jak w Kijowie, mój dom by tego nie wytrzymał.

Typowe domy jednorodzinne w Ukrainie nie są przystosowane do silnych mrozów, a kiedy je budowano, nikt nie myślał o możliwości wojny. W jednym z takich domów mieszkam i ja. Kuchnia znajduje się w dobudówce, oddzielnie od głównego domu; tam też stoi kocioł gazowy, który doprowadza ciepło do domu rurą łączącą oba budynki. Jeśli silnik elektryczny się zatrzyma, woda przestanie krążyć i dom szybko zamarznie.

Pod koniec stycznia zaczęła się odwilż, lecz na targu ludzie z niepokojem dyskutowali o anormalnych lutowych mrozach, których spodziewano się w następnym tygodniu. I wtedy Trump oświadczył, że poprosił Putina o wstrzymanie uderzeń w energetykę na tydzień, ponieważ jest bardzo zimno. Brzmiało to jak fantastyka, ale bardzo chciało się wierzyć. Planu „B” na wypadek długotrwałego braku prądu nie miałem.

Putin nie tyle wstrzymał ogień ze względu na ludzkie cierpienie, ale po prostu poczekał na szczyt mrozów i 3 lutego rosyjska armia uderzyła wszystkim, co zdążyła zgromadzić w dniach tego „rozejmu”: według informacji Zełenskiego — 32 rakietami balistycznymi, 11 innymi rakietami, 28 rakietami manewrującymi oraz 450 dronami uderzeniowymi. Jakby nie zauważając, co się stało Donald Trump potwierdził, że Putin dotrzymał obietnicy.

Bez ogrzewania przy minus piętnastu

Doba z 3 na 4 lutego była dla mnie najcięższa przez cały czas wojny. W te kilka godzin skupiło się całe moje postrzeganie wojny przez ostatnie cztery lata. Prąd wyłączono w ciągu dnia — tak samo nagle, jak rozpoczęła się inwazja 24 lutego 2022 roku. Z jednej strony rozumiesz, że to może się zdarzyć, z drugiej — psychologicznie nie sposób tego sobie wyobrazić i się przygotować. Bo gdy jednak do tego dochodzi, trafiasz do zupełnie innej rzeczywistości. I tu jest dokładnie tak samo w przypadku wybuchu wojny, jak i braku prądu przy piętnastostopniowym mrozie.

Pierwszą reakcją jest nadzieja, że to potrwa krótko. Dom wciąż trzyma ciepło, zupa jest ugotowana. Taka sama nadzieja była i w pierwszych dniach inwazji: trzeba wytrzymać trzy dni, …dziesięć dni, a potem wydarzy się cud — pomoc Zachodu, kontrofensywa, Rosja się wycofa. Jak jednak widzimy wojna nadal trwa, a nadzieja maleje. Prąd też nie wraca, tak jak pokój.

Zapada noc, światła nie ma i staje się jasne, że wydarzyło się coś poważnego. Najbardziej męcząca jest niepewność. Mieszkam na obrzeżach miasta i znajduję się w całkowitej izolacji informacyjnej. Nie wiem, czy to awaria lokalna, czy globalna. Być może prąd pojawi się w następnej sekundzie, a być może — nigdy. To samo odczucie towarzyszyło nam podczas kontrofensywy jesienią 2022 roku: liczysz na to, że wojna zakończy się szybkim zwycięstwem, lecz równie prawdopodobne jest, że potrwa nieokreślenie długo.

Chce się zasnąć i obudzić wtedy, gdy prąd już będzie. Zasypiałem i budziłem się wiele razy i za każdym razem robiło się coraz zimniej. Musiałem wziąć jeszcze jeden koc i dwa pledy. Nad ranem naciągnąłem na siebie piąty sweter, kurtkę i zacząłem chodzić po domu, żeby się rozgrzać. Wiedziałem już, że mróz utrzyma się co najmniej jeszcze kilka dni, a bez prądu naprawdę nie da się dotrwać do ocieplenia. Tak właśnie wygląda wojna na wyczerpanie: kto pierwszy opadnie z sił. Moskwa to wie, że ma nieporównywalnie większe zasoby od Ukrainy i stały napływ ochotników gotowych za pieniądze nas zabijać. Kijów bez pomocy sojuszników być może nie dałby rady tak długo się bronić.

Myśląc o tym, otworzyłem lodówkę na oścież — niech chłód w domu przynajmniej na coś się przyda. Zupę podgrzałem na świeczce. Garnek oddaje ciepło pomieszczeniu niemal z taką samą prędkością, z jaką je otrzymuje, ale po dwóch godzinach zupa w końcu stała się ciepła. Dopóki chodzę po pokoju tam i z powrotem, chłód jest jeszcze znośny, lecz z każdą godziną robi się coraz gorzej. Jeśli temperatura w domu spadnie poniżej zera, pękną kaloryfery i wtedy nie będzie już różnicy, czy jesteś w domu, czy na zewnątrz.

Prądu nie ma już prawie dobę i niepewność coraz bardziej przygniata. Być może na zewnątrz rura już przemarzła… Świadomość rozdziera się między nadzieją, że za chwilę zapali się żarówka, a wyobraźnią, która rysuje apokaliptyczny obraz wojny, w której nie ma już nadziei na przetrwanie. Teraz główne zadanie polega nie tyle na doczekaniu się prądu, ile na zachowaniu wewnętrznego spokoju. Aby to osiągnąć, odrywam się od oczekiwania „następnej chwili” i skupiam się na tym, co jest „tu i teraz”.

Poszukuje różnych myśli, byle by tylko oderwać głowę od poczucia zimna. Pojawia się nienawiść do wszystkich, którzy wspierali lub wspierają nadal Putina, zwłaszcza do moich znajomych Rosjan. Ale jeśli teraz dopuszczę do siebie nienawiść, to czuję, że po prostu się w niej rozpuszczę. Niezależnie od tego, jak straszne jest życie, każda konkretna chwila życia ma wartość samą w sobie i staram się przeżyć ją w pełni. Nawet jeśli w następnej chwili zginę we własnym domu od drona lub bomby. Wraz z nienawiścią odrzucam także oczekiwania i obraz rzeczywistości, który podsuwa wyobraźnia.

Dlaczego do chłodu nie da się przyzwyczaić? Mogę siłą inercji zajmować się swoimi sprawami, gdy spadają bomby, ale żeby się ogrzać, trzeba wkładać dodatkowy wysiłek. Chodzę po pokoju, by się rozgrzać, lecz jak długo tak wytrzymam — dzień, dwa? Chłodu nie da się „przeczekać” siłą inercji.

Siłą inercji można wykonywać codzienne czynności nawet w chwilach zagrożenia, o ile nie wymagają one walki o przetrwanie. W ten sposób rodzi się przyzwyczajenie do wojny. Sprzyjają mu analitycy i publicyści, kreślący optymistyczny obraz przyszłych rosyjskich porażek i ukraińskich sukcesów. W pierwszym roku wojny to nas podtrzymywało, pomagało mobilizować siły psychiczne. Wojna ma jednak także drugą stronę: prędzej czy później dosięga każdego, zmuszając do walki o własne życie. Do tego, podobnie jak do chłodu, nie sposób się przyzwyczaić, ponieważ wymaga to ciągłego wysiłku, a ludzkie siły psychiczne są ograniczone.

Celowe nastawienie — przetrwać razem z Ukrainą

Co to znaczy żyć „tu i teraz”? Jeśli postrzegać to wyłącznie w strumieniu przeżyć psychicznych, nie starczy sił, by wytrzymać to, co wojna przynosi w każdej chwili. W pełni można to przeżyć jedynie, opierając się na celowym nastawieniu, które nie zależy ani od stanów psychicznych, ani od okoliczności zewnętrznych. Tylko ono odsłania świadomość własnego istnienia w chwili „tu i teraz”, a samo to istnienie ma wartość autoteliczną. Stąd rodzi się zamiar — przeżywać tę chwilę w pełni, wbrew chłodowi, wojnie i niebezpieczeństwu śmierci w następnej minucie. Zamiar ten urzeczywistnia się w celowym nastawieniu do przetrwania mimo wszystko. Ale nie kosztem innych, lecz razem z innymi. W warunkach wojny oznacza to — przetrwać razem z Ukrainą, niezależnie od tego, jak silny jest wróg.

To celowe nastawienie dodaje sił i nadaje życiu sens. Nawet gdy nie ma prądu ani internetu, nie da się włączyć laptopa, a ja muszę chodzić po pokoju, by się ogrzać, wciąż mogę coś robić dla Ukrainy — na przykład układać w myślach teksty przyszłych publikacji.

Prąd wreszcie włączono po dobie. Rury przemarzły, lecz nie do końca — woda ledwie przez nie płynie, dlatego dom się nie nagrzewa. Mnie jest jeszcze stosunkowo znośnie. Ludziom starszym i dzieciom uwięzionym w blokach jest o wiele trudniej. Przed nami kolejne mrozy i następne wyłączenia prądu. Walka trwa.


Odpowiedzialność // Słownik wojny



Czym jest odpowiedzialność i jak jej poczucie wiąże się z uznaniem człowieka za wolnego obywatela, a nie chłopa pańszczyźnianego czy niewolnika? Dlaczego jedni Rosjanie uznają zbiorową odpowiedzialność za wojnę, a inni oburzają się, że przypisuje im się odpowiedzialność za zbrodnie reżimu, w które nie byli zamieszani? Aby odpowiedzieć na te pytania, Nikołaj Karpicki w artykule z cyklu „Słownik wojny” na portalu PostPravda.Info wyjaśnia, w jaki sposób przejawia się odpowiedzialność indywidualna i zbiorowa.

Odpowiedzialność

Odpowiedzialność przejawia się w gotowości ponoszenia odpowiedzi za własną bezczynność, własne czyny i ich konsekwencje, nawet jeśli konsekwencje te są uwarunkowane okolicznościami niezależnymi od człowieka. Wina jest moralną lub prawną oceną czynów człowieka, zakładającą moralne potępienie lub sankcję prawną. Odpowiedzialność natomiast polega na obowiązku określenia swojego stosunku do własnych działań z przeszłości albo do okoliczności, które wymagają określonych działań w przyszłości. W ten sposób wina może dotyczyć wyłącznie czynów już dokonanych, podczas gdy odpowiedzialność może odnosić się nie tylko do przeszłości, lecz także do przyszłości. Na przykład, gdy dorosły spotyka zagubione dziecko, staje się odpowiedzialny za najbliższą przyszłość tego dziecka.

Ponieważ ludzie mają skłonność do uchylania się od odpowiedzialności za swoją winę, społeczeństwo wypracowało prawne mechanizmy przymusowego pociągania do odpowiedzialności.

Odpowiedzialność za faktyczną winę z przeszłości realizuje się w gotowości poniesienia konsekwencji; odpowiedzialność za przyszłość – w działaniu; odpowiedzialność za cudze zbrodnie, z którymi człowiek mimowolnie został powiązany ze względu na miejsce zamieszkania lub obywatelstwo – w wyrażeniu swojego stosunku do tych zbrodni i ich skutków. Dlatego ignorowanie wojny zaborczej rozpętanej przez własne państwo jest przejawem nieodpowiedzialności, za którą człowiek ponosi indywidualną winę.

Odpowiedzialność mogą sobie uświadamiać jedynie ludzie wolni i zdolni do działania, dlatego stawianie człowiekowi wymogu bycia odpowiedzialnym oznacza uznanie go za wolnego i zdolnego do działania. Świadomość odpowiedzialności za zbrodnie państwa mogą mieć wyłącznie konkretne osoby, które je reprezentują; jeśli zaś odmawiają one przyjęcia tej odpowiedzialności, tracą prawo do wypowiadania się w imieniu państwa. Żądanie wobec Rosjan, by wzięli odpowiedzialność za wojnę zaborczą i zbrodnie wojenne Rosji, oznacza traktowanie ich nie jak niewolników czy chłopów pańszczyźnianych, lecz jak obywateli posiadających podmiotowość i wolną wolę. Odmowa wzięcia odpowiedzialności za zbrodnie własnego państwa oznacza utratę podmiotowości. Ponieważ wymóg ten dotyczy wszystkich zdolnych do działania obywateli Rosji, zakłada on zbiorową odpowiedzialność Rosjan za wojnę.

Odpowiedzialność zbiorowa

Odpowiedzialność zbiorowa za wojnę zaborczą oznacza obowiązek urzeczywistnienia w czynach swojego stosunku do wojny agresywnej i jej konsekwencji. O ile odpowiedzialność indywidualna wynika z własnych działań człowieka lub z jego współuczestnictwa w działaniach innych, o tyle odpowiedzialność zbiorowa jest określana przez sytuację i okoliczności – w szczególności przez to, czy dana osoba jest obywatelem państwa-agresora, czy mieszka na jego terytorium itp.

Współuczestnictwo w cudzych działaniach może mieć charakter bezpośredni – gdy są to świadome działania ukierunkowane na wspieranie wojny – oraz pośredni, gdy człowiek zajmuje się swoim życiem, płaci podatki i, być może, zgodnie ze swoimi przekonaniami nie popiera wojny. Jednak swoją codzienną działalnością mimowolnie wspiera państwo, które prowadzi wojnę. W obu przypadkach odpowiedzialność ma charakter indywidualny, ponieważ zależy od stopnia zaangażowania konkretnej osoby we wspieranie wojny. Na przykład stopień zaangażowania pracowników zakładów zbrojeniowych różni się od stopnia zaangażowania emerytów itd.

Odpowiedzialność zbiorowa wynika z okoliczności – w tym przypadku z faktu, że Rosja prowadzi wojnę w imieniu wszystkich Rosjan. Dlatego wszyscy Rosjanie, w tym także ci, którzy wyjechali z Rosji i nie są współuczestnikami działań rosyjskich władz, mimo to ponoszą zbiorową odpowiedzialność za działania państwa. Odpowiedzialność ta może mieć charakter moralny, prawny, polityczny oraz egzystencjalny.

Zbiorowa odpowiedzialność moralna zobowiązuje każdego obywatela do określenia swojego moralnego stosunku do własnych działań lub zaniechań. Jeśli natomiast ktoś nadal żyje tak, jakby wojna w ogóle go nie dotyczyła, w jego codzienności dewaluuje się doświadczenie życia ludzi, którzy przeżyli wojnę, co niszczy samą możliwość komunikacji z nimi. Z tego powodu wielu Ukraińców nie chce utrzymywać kontaktów z Rosjanami.

Zbiorowa odpowiedzialność polityczna za wojnę obejmuje wszystkich obywateli państwa-agresora, ponieważ nie zdołali oni powstrzymać swojego rządu, który rozpętał agresywną wojnę. Odpowiedzialność ta przejawia się w akceptacji politycznego ukarania za wojnę: reparacji, ograniczenia prawa do samodzielnego decydowania o losie własnego kraju, częściowej lub całkowitej utraty suwerenności państwowej, aż do demontażu państwa.

Zbiorowa odpowiedzialność prawna za wojnę nie oznacza uznania zbiorowej winy i przejawia się w obowiązku każdego obywatela państwa-agresora do zdania sprawy ze swoich działań lub zaniechań w okresie wojny w celu ich oceny prawnej. Tylko w przypadku stwierdzenia współudziału w zbrodniach wojennych – na przykład gdy dana osoba programowała starty rakiet lub prowadziła działania propagandowe wśród uczniów – sąd ma obowiązek ustalić stopień jej indywidualnej winy i wymierzyć karę.

Zbiorowa odpowiedzialność egzystencjalna za wojnę powstaje na gruncie tożsamości i przejawia się w formie wstydu za własny kraj i wspólnotę.

Subiektywne przeżywanie zbiorowej odpowiedzialności

U jednych zbiorowa odpowiedzialność wywołuje poczucie wstydu, u innych – poczucie niesprawiedliwości wynikające z tego, że obejmuje ona również ich samych. Wielu ludzi w Rosji, w tym także wśród tych, którzy wspierają Ukrainę, zadaje sobie pytanie: „Dlaczego mam ponosić odpowiedzialność za działania Putina, którego nienawidzę i który zniszczył mi życie?”. Niektórzy postrzegają zbiorową odpowiedzialność jako zrównanie ofiar i katów i pytają: „Czy ofiary stalinowskiego Gułagu ponoszą taką samą zbiorową odpowiedzialność za zbrodnie ZSRR jak kaci z NKWD?” Jednak wojnę Rosji przeciwko Ukrainie prowadzą nie pojedynczy przestępcy, lecz cały system państwowy, w który włączeni są wszyscy obywatele – także ci, którzy sprzeciwiają się wojnie. Wywołuje to u osób niepopierających wojny poczucie wstydu za swój kraj oraz za zbrodnie popełniane w ich imieniu. To właśnie to poczucie wstydu prowadzi do uświadomienia sobie zbiorowej odpowiedzialności.

Nikołaj Karpicki
Słownik wojny

Nikołaj Karpicki. Trójstronne negocjacje pokojowe w sprawie Ukrainy. Uczestnicy jakby z równoległych światów

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 27.01.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/wolnosc/trojstronne-negocjacje-pokojowe/



Trójstronne negocjacje między Ukrainą, Rosją i USA w sprawie uregulowania wojny zakończyły się 24 stycznia 2026 roku w Abu Zabi. Strony uzgodniły kontynuację rozmów 1 lutego. Ale czy pokój jest możliwy, jeśli strony zasadniczo się nie rozumieją, ponieważ myślą w różny sposób i żyją w odmiennych obrazach świata?

Uczestnicy negocjacji różnie postrzegają rzeczywistość

Przed wojną Europa uważała, że żyje z Rosją w jednym świecie, w którym wojny zaborcze są niemożliwe. Wychodząc z tego założenia, nie przygotowywała się do wojny, a nawet pomagała Rosji się umacniać. Europejczycy zakładali, że wojny są bezsensowne, ponieważ prawo własności i granice nie są określane siłą, lecz uznaniem prawnym.

Dla współczesnego, cywilizowanego człowieka nie ma znaczenia, czyi żołnierze znajdują się na danym terytorium – status prawny się od tego nie zmienia. Jeśli ktoś siłą przejął cudzą własność, i tak nie staje się jej właścicielem. W Rosji natomiast dominuje inne wyobrażenie: kto ma siłę, do tego należy terytorium i wszystko, co się na nim znajduje. Stąd na przykład przekonanie, że USA prowadziły wojnę w Iraku dla ropy naftowej. Kiedy pytałem, jak można to sobie wyobrazić – przecież sami amerykańscy żołnierze nie mogą wydobywać ropy, najpierw trzeba ją kupić – ludzie po prostu nie rozumieli pytania. Sama myśl, że własność nie zależy od obecności wojskowej, była dla nich niezrozumiała.

Ta różnica w postrzeganiu wyraźnie ujawniła się w 2014 roku. Większość Rosjan uważała, że Krym stał się rosyjski, ponieważ znajdują się tam rosyjskie wojska. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego tak nie jest: prawnie Krym pozostaje częścią Ukrainy i tylko ona ma prawo podejmować wobec niego legalne decyzje. Znamienny przykład stanowi rosyjski archeolog z Ermitażu, Aleksandr Butiagin – prowadził wykopaliska na Krymie bez zgody Ukrainy, a następnie pojechał do Polski, gdzie 10–11 grudnia 2025 roku został aresztowany. Nawet nie przyszło mu do głowy, że według europejskiego prawa jest przestępcą.

Nawet po okupacji Krymu i części wschodniej Ukrainy Europa przez długi czas uważała to, co się dzieje, za anomalię i nadal wierzyła, że z Rosją można się porozumieć. W końcu nawet ZSRR w 1975 roku uznał zasadę nienaruszalności granic, a ostatnia próba aneksji innego państwa – zajęcie Kuwejtu przez Irak w 1990 roku – zakończyła się surową karą.

Jednak rosyjska świadomość społeczna jest w dużej mierze archaiczna. Siła jest w niej ważniejsza niż prawo, dlatego agresywne ambicje rosyjskiej władzy są zrozumiałe, a wiara Europejczyków w prymat prawa – nie. W tym obrazie świata Rosja ma prawo do wszelkich terytoriów, które kiedykolwiek do niej należały, a jeśli może wprowadzić tam wojska, terytorium to uważa się za jej własne, niezależnie od prawa międzynarodowego.

Negocjacje – poszukiwanie rozwiązań w ramach prawa, platforma do zawarcia układu czy legitymizacja sukcesów agresora?

Głębokie niezrozumienie stanowiska Rosji przez Europę doprowadziło do do dyplomatycznego zwycięstwa Rosji w lutym 2015 roku – podpisania „drugich porozumień mińskich” z udziałem Francji i Niemiec. Zgodnie z tymi ustaleniami Ukraina miała przeprowadzić wybory na okupowanych terytoriach przed odzyskaniem kontroli nad granicą, a następnie zalegalizować prorosyjskie formacje zbrojne, które wcześniej powstrzymała siłą. Francja i Niemcy nalegały, że nie ma alternatywy dla „formatu mińskiego”, nie rozumiejąc, że nie chodzi o spór polityczny w ramach prawa, lecz o zajęcie kraju w barbarzyńskim, średniowiecznym sensie tego słowa.

Dziś pojawia się pytanie: o czym w ogóle Ukraina może negocjować z Rosją, która nie uznaje ani ukraińskiej tożsamości, ani prawa Ukrainy do istnienia? Realnie – jedynie o rozejmie, ponieważ wizje pokoju obu stron są tak odmienne, że uzgodnienie pełnoprawnego traktatu pokojowego jest niemożliwe. Jednak właśnie o rozejmie nie ma mowy: Rosja kontynuuje ofensywę, a Stany Zjednoczone nie zrobiły nic, by doprowadzić wojnę do pozycyjnego impasu, bez którego negocjacje o rozejmie są niemożliwe. Co gorsza, obecna administracja amerykańska ma własną wizję porządku światowego – inną niż rosyjska i europejska – co ostatecznie zamieniło perspektywy porozumień w miraż.

Rosyjskie wyobrażenie porządku światowego cofnęło się do średniowiecza: światem rządzą przemoc i okrucieństwo. Podejście europejskie jest przeciwne – opiera się na prawie i wartościach, które są ważniejsze niż korzyści. Wizja Donalda Trumpa również jest archaiczna, ale nie aż tak bardzo: raczej odpowiada logice XIX wieku. Trump nie uznaje wartości i uważa, że porządek światowy opiera się na umowach opartych na korzyściach, a stabilność zapewnia dominacja najsilniejszego państwa. Nie chce wojen i próbuje siłą zmuszać strony do porozumień, uznając to za podstawę do Pokojowej Nagrody Nobla.

Europejczycy nie rozumieją Trumpa, a on nie rozumie Putina: czy negocjacje mogą być skuteczne?

Dyskusje o warunkach pokoju toczą się między stronami, które różnie postrzegają rzeczywistość. Europejscy przywódcy nie rozumieją Trumpa i uważają, że niszczy on porządek światowy. Trump natomiast jest przekonany, że wychodzi z oczywistych dla wszystkich założeń i sądzi, że rzekomo rozumie Putina. To jednak błąd: rzeczywistość Putina jest jeszcze bardziej archaiczna niż rzeczywistość Trumpa.

To niezrozumienie dobrze widać na przykładach. Dla Europejczyków niezrozumiały jest sens „Rady Pokoju” pod kierownictwem Trumpa z wpisowym w wysokości miliarda dolarów, skoro te same zadania realizuje już ONZ. Wygląda to dla nich jak zastępowanie instytucji międzynarodowych osobistą dominacją. Dla Trumpa natomiast struktury międzynarodowe nie mogą stać ponad narodowymi, a „Rada Pokoju” to klub do zawierania transakcji, w którym gospodarz ustala zasady i pobiera opłatę za wstęp.

Europejczykom niezrozumiałe są również roszczenia Trumpa wobec Grenlandii, których sam fakt już podważa NATO. Trump jest przekonany, że świat opiera się na prawie silniejszego, a jego prawo do Grenlandii jako przywódcy najpotężniejszego państwa powinno być oczywiste. Uważa za niesprawiedliwe, że uznaje to jedynie Putin, a nie europejscy przywódcy. W tej logice zrozumiała staje się jego demonstracyjna życzliwość wobec Putina: jeśli Europa jest konkurentem w Arktyce, to Rosja stanowi wojskową przeciwwagę dla Europy, użyteczną do wywierania presji i zawierania transakcji.

Najdziwniej wyglądał epizod, gdy Trump odebrał Medal Nobla Marii Corinie Machado. Wywołało to drwiny, lecz Trump jest szczerze przekonany, że medal należy do niego i że jest to oczywiste dla wszystkich, ponieważ to właśnie jego silne przywództwo powstrzymuje wojny. Dlatego uważa, że musi odebrać medal, aby nikt nie miał co do tego wątpliwości. Ukraina opiera się na europejskich wartościach i prawnym porządku międzynarodowym. Trump ma archaiczną wizję XIX wieku, a Putin – średniowieczną, z czasów Carstwa Moskiewskiego. Jakie są szanse powodzenia negocjacji w takich warunkach? Dopuszczam, że jakieś mogą istnieć, jednak głównym priorytetem pozostaje wzmocnienie zdolności obronnych Ukrainy.

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Nikołaj Karpicki. Chersoń i rosyjska okupacja: straszniejsza może być tylko śmierć

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 12.01.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/front/zycie-w-okupowanym-chersoniu/


– Kiedy rozpoczęła się pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę, najbardziej bałem się nie ostrzałów, lecz samej okupacji. Czasami na długo znikał prąd, a wraz z nim łączność ze światem zewnętrznym – nie wiesz, co dzieje się w danej chwili na froncie w twojej okolicy. Po wyzwoleniu Iziumu i Chersonia zrozumiałem, że rzeczywistość okazała się znacznie straszniejsza niż moje najczarniejsze wyobrażenia. W rozmowie jedna z mieszkanek Chersonia powiedziała mi, że rosyjska okupacja to stan absolutnego bezprawia – straszniejsza może być tylko śmierć – opowiada Witalij, który wojnę zastał w Chersoniu na osiedlu Korabel, na Wyspie Kwarantynowe, w rozmowie z Nikolajem Karpickim.

– Rosyjska okupacja to nie jest po prostu zmiana władzy. To zamiana człowieka w rzecz, z którą można zrobić wszystko. Przed okupacją nie da się ukryć ani po prostu „przeczekać” jej w domu. Okupanci przyjdą do twojego domu i będą decydować, czy masz żyć, czy nie – a ta decyzja może zależeć od nastroju pijanych żołnierzy. Poza tym okupanci celowo polują na tych, którzy w wolnej Ukrainie otwarcie wyrażali swoje poglądy lub demonstrowali ukraińską tożsamość – mówi rozmówca PostPravda.Info.
 
Bezprawie

Witalij z Chersonia (Vital Ustas) opowiada o codziennym życiu w okupowanym mieście.

– W pierwszych dniach okupacji byliśmy w szoku. Dwa–trzy dni – i oni już są: flagi, sprzęt wojskowy jeździ po mieście. Myśleliśmy, że będzie jakaś obrona… Jak to możliwe, że pierwszego dnia znaleźli się w Kachowce?!

– To było jeszcze na samym początku. Do matki z synem, którzy po prostu szli ulicą, podjeżdża transporter opancerzony, żołnierz celuje w nich z karabinu maszynowego i milczy. Ona sama mi potem to opowiedziała. Ulica pusta. Matka stoi i nie wie, co robić: iść czy nie iść. Stoją, drżą. W końcu syn mówi: „No chodźmy, mamo”. „Chodźmy”.


Prawo do życia jest jak powietrze: dopóki je masz, nie zauważasz go.

– Bez dokumentów jesteś kawałkiem mięsa – mówi Witalij. – Gangsterskie lata dziewięćdziesiąte w porównaniu z tym, to bajki dla dzieci.

Podobnie jak Witalij, ja także pamiętam bezprawie i przestępczość początku lat 90., ale nawet wtedy wiedziałem, że jestem traktowany jak człowiek niezależnie od tego, czy miałem przy sobie paszport, czy zostawiłem go w domu. Pod okupacją jednak nawet posiadanie dokumentów niczego nie gwarantuje – nawet jeśli wszystko jest z nimi w porządku.

– Wychodzisz z domu i nie wiesz, czy wrócisz – opowiada Witalij. – Nie wiesz, gdzie znajdziesz się wieczorem: w piwnicy torturowany, a może zostaniesz rozstrzelany na posterunku kontrolnym.

Jako przykład Witalij przywołuje historię mieszkańców wsi, którzy regularnie przywozili do miasta mleko i dlatego byli już dobrze znani na posterunku kontrolnym.

– Dlaczego za każdym razem nas przeszukujecie? Kogo szukacie? – pytają rosyjskich żołnierzy.

– Szukamy nazistów.

– I ilu już tutaj złapaliście?

– My z nimi nie rozmawiamy. Jeśli coś zauważymy – strzelamy na miejscu. Dowódca batalionu powiedział: „Zobaczycie coś podejrzanego – żeby nie było żadnego oporu, możecie walić od razu”.


O tym, by kogoś rozstrzelano bezpośrednio na posterunku kontrolnym w samym mieście Witalij nie słyszał, natomiast na przedmieściach się zdarzało. W mieście na punktach kontrolnych częściej stała Rosgwardia – tam jeszcze mogli „zastanowić się”, zanim strzelili, za to przy najmniejszym podejrzeniu zatrzymywali ludzi i wysyłali ich „do piwnicy”.

Na posterunku kontrolnym

– Mieszkałem na osiedlu Korabel – kontynuuje Witalij. – To wyspiarska część Chersonia. Jest tam stocznia, skąd ostrzeliwano Mikołajów. Naszą dzielnicę oddzielono od reszty Chersonia posterunkiem kontrolnym. Z wyspy do miasta i z powrotem trzeba było jeździć tylko przez niego. Korki były straszne.

– Gdy przekraczasz posterunek, wszyscy są napięci jak struny. Przejechaliśmy – westchnienie ulgi. W mieście posterunki stały głównie na wyjazdach: drogi były całkowicie zablokowane. Ale wewnątrz miasta od czasu do czasu pojawiały się mobilne posterunki. Nagle zamykali ulicę na dwie–trzy godziny, wystawiali karabin maszynowy i zaczynali sprawdzać wszystkie samochody: dokumenty, bagaż.

– Telefony trzeba było „czyścić”: sprawdzali je na posterunkach. Przeglądali wszystko po kolei, trwało to długo – marszrutki stały i czekały. Czasem pojawiali się funkcjonariusze FSB: za pomocą specjalnej aparatury sprawdzali aktywność telefonu z ostatniego półrocza. Jeśli znaleźli coś podejrzanego – zabierali człowieka. Niektórzy potem znikali bez śladu. Na przykład w Biełozierskiem zabrali w ten sposób mężczyznę, a później wyrzucili go martwego, ze śladami tortur, pod jego domem.

– Przekraczamy posterunek między naszą dzielnicą a resztą Chersonia – i od razu: „Wszyscy mężczyźni wysiadać! Dokumenty! Rozebrać się do pasa!”. Sprawdzali tatuaże. Tatuaże więzienne znali, a jeśli znajdowali ukraińską symbolikę albo coś podobnego do run – zabierali od razu. A dalej – tortury. Dlatego ci, którzy mieli tatuaże, starali się w ogóle nie wychodzić z domu.


Jeszcze jeden przypadek Witalij przytacza z relacji matki dwóch synów. Starszy miał 22 lata, młodszy, z zespołem Downa – 18. Starszy wiózł młodszego do szpitala. Na posterunku wojskowi sprawdzili telefon i zobaczyli korespondencję w języku ukraińskim: znajomi z Kijowa pisali do niego na Telegramie.

 „Język ukraiński?! Ty sukinsynu!” – krzyczą i wyciągają go z marszrutki. Marszrutka stoi, pasażerowie patrzą, jak biją młodego chłopaka. W końcu wojskowi postanowili go zabrać, ale pasażerowie zaczęli ich błagać – prosili, by pozwolili starszemu bratu odprowadzić młodszego do szpitala. Tylko dlatego chłopaka puścili, ale spisali jego dane i ostrzegli: jeśli jeszcze raz zobaczą korespondencję po ukraińsku – to będzie koniec.

Pobić mogli po prostu za to, że ktoś powiedział nie to słowo albo nie tak spojrzał. Witalij opisuje przykład 65-letniego mężczyzny w marszrutce, który jedynie odburknął, gdy zaczepiali go wojskowi. Wyciągnęli go na zewnątrz, bili nogami i kolbami na oczach wszystkich pasażerów, a potem porzucili na poboczu. Zdarzało się, że w ten sam sposób wyciągali również kobiety.

Terror

Witalij opowiada, że okupacja to nieustanne oczekiwanie czegoś strasznego.

– Budzisz się rano i od razu sprawdzasz wiadomości. To ogłaszają jakąś „mobilizację”: wszyscy mężczyźni – do ewidencji wojskowej. To paszportyzację. To likwidują hrywnę. To kogoś szukają. To robią obchody mieszkań. To zabierają terminale ze sklepów. Płaciliśmy kartami bankowymi – to strasznie irytowało raszystów. Do sierpnia terminale zabrano z części sklepów, choć nie wszędzie. Najstraszniejsze jest to, że jesteś całkowicie pozbawiony praw. Nie ma żadnej ochrony, żadnej gwarancji, że nie zabiorą cię tylko dlatego, że im się nie spodobałeś.

– Czasem, żeby zastraszyć ludzi, okupanci sami publikowali nagrania z tortur. Na samym początku ktoś ukradł im samochód. Znaleźli tego człowieka i wrzucili wideo, jak rażą go prądem – podłączając przewody do uszu. Ból jest potworny: jakby mózg się gotował.


„Obchód mieszkań” – tak nazywano planowe przeszukania mieszkań cywilów, o których opowiada Witalij:

– Pukanie do drzwi. Pierwsze pytanie: „Kto jest w mieszkaniu?”. Sprawdzali tożsamość, przeszukiwali wszystko, nie pomijając żadnego drobiazgu. Całego Chersonia nie zdążyli przeszukać, ale na wsiach znam domy, które przeszukiwano po kilka razy.

– Cały czas słyszeliśmy, że ludzie znikają – mówi Witalij. – Pewnego razu młodzi ludzie wyszli na spacer po rozpoczęciu godziny policyjnej. Do domu już nie wrócili. Matka rano stoi pod komisariatem: „Gdzie jest mój syn?”. – „Nie wiemy”. Mogli go wysłać kopać okopy albo zrobić coś jeszcze gorszego. Bywało, że ludzie nie wracali wcale. Do dziś nie wiadomo, ile osób zaginęło. Nie da się tego dokładnie policzyć. Ludzie po prostu znikali.

– Trwało polowanie na uczestników ATO (operacji antyterrorystycznej na wschodzie Ukrainy) i członków obrony terytorialnej. Raszyści mieli listy – być może przekazane przez zdrajców. W ten sposób porwano zastępcę dowódcy batalionu obrony terytorialnej. Dwa dni później jego ciało ze śladami tortur znaleziono w Dnieprze.


Protesty

Groźba okupacji jest straszniejsza niż ostrzały – dokładnie tak to odczuwałem podczas bombardowań w przyfrontowym Słowiańsku. Dlatego ogromne wrażenie zrobiło na mnie to, jak mieszkańcy Chersonia, którym okupanci próbowali odebrać nawet prawo do życia, wychodzili protestować pod lufami karabinów maszynowych.

5 marca na Placu Wolności odbył się pierwszy masowy wiec mieszkańców Chersonia z ukraińskimi flagami i hasłami „Chersoń to Ukraina” oraz „Rosjanie, wracajcie do domu”. Wojskowi otworzyli ogień ostrzegawczy, jednak protest nie został przerwany. Od tego momentu protesty w Chersoniu stały się codziennością.

W kolejnych dwóch dniach ludzie wychodzili na akcje protestacyjne także w innych miastach obwodu chersońskiego – Nowej Kachowce, Hołej Przystani i Ołeszkach. 6 marca w Nowej Kachowce wojskowi użyli broni przeciwko protestującym, raniąc pięć osób. 13 marca w Chersoniu odbyła się największa demonstracja – wzięło w niej udział około 10 tysięcy mieszkańców miasta.

Od 19 marca w Chersoniu rozpoczęła się eskalacja przemocy wobec protestujących. Okupanci przeszli od taktyki zastraszania do bezpośredniej przemocy: brutalnych zatrzymań i pobić, użycia granatów hukowo-błyskowych oraz gazu łzawiącego. W kwietniu protesty przybrały charakter fragmentaryczny i zdecentralizowany, przenosząc się w stronę krótkotrwałych zgromadzeń i akcji symbolicznych.

Ostatnia masowa akcja protestu przeciwko rosyjskiej okupacji w Chersoniu odbyła się 27 kwietnia 2022 roku. Ruch „Żółta Wstążka” zorganizował pokojowy marsz pod hasłem „Chersoń to Ukraina”, w którym wzięło udział około 500 osób. Podczas brutalnego rozpędzania demonstracji część uczestników została ranna.

Wszystko to wiedziałem z mediów społecznościowych – z dystansu, dlatego poprosiłem Witalija, aby opowiedział, co czuł jako bezpośredni świadek.

– Raszyści od początku liczyli na to, że wszyscy tutaj masowo będą za Rosją. A tymczasem ludzie byli wrogo nastawieni, napięci. Do marszrutki wchodzi funkcjonariusz Rosgwardii i pyta: „Czemu wy wszyscy tacy naburmuszeni?”. A wszyscy milczą – wiedzą, że i tak nie wolno nic powiedzieć. Powiesz jedno słowo – mogą wyciągnąć cię z autobusu, a kierowcy powiedzieć: „Jedź, jego zostawiamy”. Kiedy zobaczyli protesty, zrozumieli, że to dla nich wrogie środowisko.

– Mityngi zaczęły się 5 marca. Na początku okupanci tylko obserwowali. Potem zaczęli podchodzić bliżej – w pełnym uzbrojeniu, z automatami, w maskach, na pojazdach. Ludzie stoją, krzyczą. Najpierw zbierały się tysiące, potem coraz mniej. Byłem na demonstracjach w drugim tygodniu – było potwornie strasznie. Prowadzono nagrania wideo, latał dron. Bałem się, że trafię do jakiejś bazy danych, a potem za udział w proteście mnie zabiorą. Przez około trzy tygodnie mityngi trwały intensywnie, a potem przeniosły się z Placu Wolności do skweru Szewczenki. Tam zbierało się już osiem–dziewięć osób przy pomniku.

– Polowanie trwało na wszystkich, którzy „zabłysnęli” w mediach społecznościowych i uczestniczyli w protestach – wyjaśnia Witalij, odpowiadając na pytanie o ryzyko udziału w demonstracjach. – W pierwszej kolejności na tych, którzy byli najbardziej aktywni w pierwszym miesiącu okupacji. Jedną moją znajomą zauważono na mityngu, a może namierzono też przez media społecznościowe. Później została zatrzymana i zabrana do piwnicy. Tam położyli przed nią na stole rozebranego chłopaka i trzech żołnierzy go zgwałciło. Potem powiedzieli jej: „Jeszcze raz zobaczymy cię na mityngach albo przy blokpostach – spotka cię to samo”. Od tamtej pory siedziała cicho jak mysz do końca okupacji: nigdzie nie wychodziła, wszystkiego się bała.


Kolaboranci

Okupanci chcieli zarządzać funkcjonującym miastem, a do tego potrzebowali specjalistów z najróżniejszych dziedzin. Witalij opowiada:

– Kiedy zrozumieli, że miasto jest całkowicie pod ich kontrolą, zaczęły się działania filtracyjne. Najpierw liczyli na to, że ludzie sami pójdą dla nich pracować i będą donosić na wszystkich, którzy są za Ukrainą. Tacy się znaleźli, ale było ich zbyt mało, by szybko stworzyć własny system zarządzania. Wtedy zaczęli celowo poszukiwać urzędników państwowych i pracowników służb komunalnych – na każdym szczeblu.

– Postanowili odtworzyć orkiestrę przy teatrze dramatycznym. Było to mniej więcej dwa miesiące przed wyzwoleniem. Znaleźli dyrygenta – Jurija Kerpatenkę – i mówią mu: „No dalej, teatr musi działać. Będziesz pracował dla nas”. On odmówił. Wywiązała się rozmowa – słowo za słowo – i zastrzelili go prosto w jego własnym domu.

– W lipcu raszyści zaczęli pracować z dziećmi – w formacie zmilitaryzowanym. W Chersoniu zorganizowali pierwsze kółko „Junarmii”, znaleźli jakichś pedagogów. Bałem się, że dotrą także do mnie, ponieważ wcześniej działałem w ruchu skautowym w Narodowej Organizacji Skautowej Ukrainy. Do tego wcześniej pracowałem w policji.

– Jeśli na ulicy widziałem byłego kolegę, starałem się przejść na drugą stronę, byle się nie spotkać. Nie wiedziałem, czy jest „za nami”, czy „za nimi”. A co, jeśli powie wprost na ulicy: „Chodź do nas, u nas normalna pensja”, a ty odpowiesz: „Nie, nie chcę”. I zaraz padnie pytanie: „A dlaczego nie chcesz?”. W ten sposób naciskali na byłych urzędników państwowych i pracowników komunalnych: „Chodź do nas pracować!… Dlaczego nie chcesz?… Z zasady?… Aha, czyli jesteś za Ukrainą!”. A potem mogło wydarzyć się wszystko: szantaż, piwnica, tortury.

– W Chersoniu był przypadek dobrze znany w naszym policyjnym środowisku. Emerytowany już oficer policji w stopniu majora poszedł pracować dla raszystów i obiecał im przyprowadzić także swojego kuma – Ołeha Chudiakowa: „Jesteśmy kumami, przyjaciółmi, tyle lat razem pracowaliśmy. On jest kompetentny, na pewno będzie dla was pracował”. Tamten jednak kategorycznie odmówił. Przez trzy dni trzymali go w piwnicy – co mu tam robili, nie wiadomo. W końcu zgodził się na współpracę i został wypuszczony. Wrócił do domu i powiesił się.

– Baliśmy się nawet znajomych – byli tacy, z którymi przyjaźniliśmy się przez wiele lat, a potem nagle okazywało się, że są raszystami do szpiku kości: „Hurra! Hurra! Jesteśmy z Rosją!”. I czego się po nich spodziewać dalej – nie wiadomo.

– Znam na przykład nauczyciela śpiewu w szkole kultury. Nigdy otwarcie nie deklarował swojej postawy politycznej, ale pewnego dnia przyszli do niego znajomi i oświadczyli: „Doniesiemy na ciebie”. – „Za co?” – „Przecież przez tyle lat prowadziłeś zajęcia po ukraińsku!”. To wystarczyło, by ogłosić człowieka „nazistą”.
 
Łączność ze światem

– W kwietniu zerwał się ukraiński internet i łączność komórkowa – mówi Witalij. – Okupanci poprowadzili internet z Krymu – z ograniczeniami, jak w Rosji. Łączność mobilną przenieśli na jakieś specjalne karty SIM, na których ukraińskie numery były zablokowane, więc nie dało się już zadzwonić do krewnych na terytorium kontrolowanym przez Ukrainę.

– W marcu–kwietniu ludzie masowo wyjeżdżali przez Mikołajów. Mój kum jechał do Aleksandriwki – to obwód chersoński – i musiał przejechać przez około dwadzieścia blokpostów. Na jednych byli trzeźwi, na innych pijani, ale rewizje były wszędzie. Wtedy na blokpostach nie było jeszcze rejestrów uczestników ATO i wielu osobom udawało się przejechać – nawet w maju jeszcze wyjeżdżano.

– W czerwcu wyjazd stał się już skrajnie trudny: ogromne korki przed blokpostami, samochody przeszukiwano nawet przez godzinę. Jednej znajomej udało się wyjechać dopiero dwudziestego siódmego dnia. Ludzie stali w kolejkach przez cały miesiąc, wynajmowali noclegi, żeby przespać noc. Czasem raszyści zaczynali strzelać – chcieli przestraszyć ludzi, żeby się rozbiegli, ale nikt nie ustępował.
 
Szkoły

– Podczas okupacji, od marca do połowy maja, szkoły nie funkcjonowały – kontynuuje swoją opowieść Witalij. – Pod koniec maja i na początku czerwca w Chersoniu otwarto około czterech szkół – po jednej w każdej dzielnicy. Tam dyrektorzy poszli na układ z okupantami. Dzieci było niewiele, klasy niepełne.

– Zajęcia trwały krótko i zostały przerwane, gdy Siły Zbrojne Ukrainy zaczęły uderzać systemami HIMARS w bazy wojskowe. Władze okupacyjne zaczęły twierdzić, że w mieście jest „niebezpiecznie”, choć dla szkół nie było żadnego zagrożenia: uderzenia były bardzo precyzyjne i wymierzone w obiekty wojskowe, zniszczono m.in. miejsca stacjonowania Rosgwardii. Klaskaliśmy, gdy SZU zadawały ciosy.

– Po tym szkoły zamknięto, a dzieci zaczęto wysyłać do „obozów” – do Kraju Krasnodarskiego, na Krym, na Białoruś. Wywożono całe klasy, a potem ich już nie zwracano. W ten sposób dzieci albo pozostały na okupowanych terytoriach, albo znalazły się w Rosji.


Chersoń. Nota historyczna

2 marca rosyjskie wojska zajęły Chersoń. We wrześniu Rosja ogłosiła przeprowadzenie „referendum” i 30 września podpisała „umowę o włączeniu” obwodu chersońskiego do Federacji Rosyjskiej. 11 listopada 2022 roku miasto Chersoń zostało wyzwolone spod rosyjskiej okupacji po 256 dniach wrogiej obecności. Przed zajęciem miasta liczba mieszkańców Chersonia wynosiła około 279 tysięcy osób, obecnie – około 60 tysięcy.

Na początku okupacji represje miały charakter chaotyczny i ich ofiarami padali przypadkowi ludzie. W miarę porządkowania aparatu represji rozpoczęto systematyczne poszukiwanie osób uznanych za „nielojalne”. W czasie okupacji Chersonia machina represji nie zdążyła zakończyć przejścia od masowych, chaotycznych represji do punktowych, systematycznych prześladowań, podobnych do tych, jakie obecnie mają miejsce w Rosji.


Nikołaj Karpicki. Czy Iran pójdzie śladami Rosji? Liczba ofiar jest ogromna

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 21.01.2026.
URL: https://postpravda.info/pravda/wolnosc/czy-iran-pojdzie-sladami-rosji/


Styczniowe protesty w Iranie zostały stłumione z nieludzkim okrucieństwem w imieniu reżimu, który ogłasza prymat moralności religijnej. Jednak taka brutalność stoi w sprzeczności z jakąkolwiek moralnością i jakąkolwiek religią. Czy nieuchronne jest przeobrażenie ideologicznego totalitaryzmu w Iranie w nekroimperializm – na wzór tego, co wydarzyło się w Rosji?

Skala przemocy w Iranie jest nieznana: to, co wiemy, to wierzchołek góry lodowej

Władze Iranu wprowadziły blokadę informacyjną i wyłączyły internet, dlatego nie dysponujemy pełnym obrazem wydarzeń – skali represji i liczby ofiar. Niemniej nawet na podstawie fragmentarycznych danych można stwierdzić, że poziom przemocy i okrucieństwa jest bezprecedensowy, nawet jak na irańskie realia. Liczba zabitych liczona jest w tysiącach, rannych – w dziesiątkach tysięcy.

Według danych sieci obrońców praw człowieka HRANA (Human Rights Activist News Agency), na dzień 18–19 stycznia 2026 roku potwierdzono 3 766 zgonów w wyniku tłumienia protestów, ponad 2 tysiące ciężko rannych oraz około 24 tysiące zatrzymanych. A to jedynie wierzchołek góry lodowej: rzeczywista liczba ofiar może być wielokrotnie wyższa. Po stłumieniu protestów liczba zmarłych prawdopodobnie będzie nadal rosła z powodu osób torturowanych w więzieniach oraz skazanych na karę śmierci.

Istnieją liczne świadectwa strzelania z broni palnej, tak by zabić – w głowę i tułów – a także przypadki strzelania do rannych. Odnotowano również wtargnięcie sił bezpieczeństwa do szpitala w mieście Ilam, gdzie bito pacjentów i lekarzy. Te epizody, będące jedynie fragmentami znacznie większej tragedii, pokazują, że władza traktuje własny kraj jak terytorium okupowane.

Dlaczego władza irańska postrzega własny kraj jako wrogi?

Podobnie jak w systemie sowieckim, w Iranie państwo podporządkowane jest nadrzędnej, ponadpaństwowej pionowej strukturze ideologicznej. Realną władzę sprawuje nie prezydent wybierany w wyborach powszechnych, lecz rahbar – najwyższy przywódca religijny. Obecnie funkcję tę pełni ajatollah Ali Chamenei. Bezpośrednio kontroluje on Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (KSRI), organizację „Basidż” – młodzieżową formację paramilitarną podporządkowaną KSRI – a także kluczowe instytucje sądowe i religijne.

KSRI jest de facto „państwem w państwie”, niepodlegającym ani prezydentowi, ani parlamentowi. Stanowi równoległy system władzy, dysponujący własnymi siłami lądowymi, wywiadem oraz strukturami śledczo-sądowymi.

To właśnie Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (KSRI) oraz „Basidż” rozprawiały się z mieszkańcami Iranu jak z „obcymi”, z którymi nie łączy ich ani wspólnota narodowa, ani religijna. Dyktatura, która deklaruje ochronę religii i moralności jako swój priorytet, postrzega ludność własnego kraju jako wrogów, wobec których normy moralne nie mają zastosowania. Oznacza to, że między władzą Iranu a irańskim społeczeństwem nie istnieje już żadna wspólna tożsamość – ani narodowa, ani religijna. Te dwa Irany – Iran władzy i Iran obywateli – nie są już zdolne do pokojowego współistnienia.

W historii istniał już precedens takiego rozłamu państwa – czerwony terror rozpętany przez bolszewików po przejęciu władzy w Rosji. Do ludności własnego kraju odnosili się oni jak do mieszkańców terytorium okupowanego, fizycznie likwidując duchownych, przedsiębiorców i „wrogie elementy” wyłącznie z powodu ich przynależności do określonej grupy społecznej. Od irańskiego reżimu teokratycznego różnił ich jedynie ateistyczny charakter ideologii; sama struktura władzy ideologicznej była w istocie taka sama.

Bolszewikom udało się zniszczyć starą Rosję i zbudować na jej miejscu totalitarny Związek Sowiecki, oparty na nowej tożsamości ideologicznej. Jednak logika historyczna doprowadziła później do jego transformacji – w formę, której ucieleśnieniem stała się współczesna Rosja.

Historyczna logika ewolucji reżimu totalitarnego wygląda następująco:

  •     powstaje ideologiczna nadbudowa ponad państwem (partia, rahbar), która uzasadnia totalną kontrolę nad instytucjami państwowymi i codziennym życiem ludzi za pomocą jakiejś „wyższej” idei (komunizm, szyicka teokracja);
  •     w celu praktycznej realizacji tej kontroli tworzony jest aparat represji oraz służby specjalne (Czeka, NKWD, KGB, KSRI);
  •     z czasem ideologia traci zdolność mobilizowania i podporządkowywania społeczeństwa, a służby specjalne uwalniają się spod kontroli ideologicznej i zaczynają kierować się instynktem samozachowawczym oraz dążeniem do utrzymania władzy;
  •     przedstawiciele aparatu bezpieczeństwa przejmują władzę, lecz okazują się niezdolni do rozwiązywania złożonych problemów społecznych i gospodarczych, dlatego instynktownie dążą do upraszczania systemu społecznego poprzez przemoc i eliminację nielojalnych;
  •     kształtuje się społeczna nekrofilia – światopogląd, w którym śmierć staje się uniwersalnym sposobem rozwiązywania problemów. W rezultacie ideologiczny totalitaryzm przekształca się w pozbawiony wyraźnej orientacji ideowej, z natury cyniczny nekroimperializm.

Iran: zagrożenia i nadzieja

Logika historyczna to bezwładność biegu wydarzeń; nie przesądza ona o tym, jakie konkretnie decyzje będą podejmować ludzie. Można ją porównać do nurtu rzeki, który trzeba brać pod uwagę, aby płynąć, jednak na podstawie samego nurtu nie da się przewidzieć, dokąd i kiedy dopłyną statki. Właśnie dlatego należy ostrzegać przed dowolnymi uogólnieniami: w każdym procesie historycznym współistnieją różne, czasem przeciwstawne tendencje, i tylko od decyzji samych ludzi zależy, która z nich przeważy.

W przeciwieństwie do późnego Związku Sowieckiego, społeczeństwo Iranu pozostaje młode. Świadczy o tym wzrost liczby ludności z 37–38 milionów w momencie rewolucji islamskiej do 88,5 miliona obecnie. Można zniszczyć politycznych przeciwników i aktywistów, ale nie da się zniszczyć całej młodzieży – aktywnej, dynamicznej i niechcącej żyć w społeczeństwie totalitarnym. Czy to nowe pokolenie zdoła odnieść zwycięstwo – pozostaje pytaniem otwartym.

Ajatollah Ali Chamenei wygląda równie zniedołężniały jak państwowa ideologia Iranu, co pod wieloma względami przypomina późny Związek Sowiecki. Jednak Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej oraz inne instytucje represyjne są znacznie silniejsze i bardziej agresywne niż służby specjalne schyłkowego ZSRR i w walce o utrzymanie władzy nie cofną się przed niczym. Nie można wykluczyć, że władza będzie w stanie stłumić protesty i zakonserwować reżim na wzór północnokoreański. Możliwy jest także inny scenariusz – powtórzenie rosyjskiej drogi: po upadku dyktatury ajatollahów kraj na pewien czas przejdzie do demokratycznych form rządów, a następnie spadkobiercy KSRI przejmą władzę i ustanowią nową dyktaturę, podobnie jak stało się to w Rosji – opartą nie na ideologii, lecz na nekrofilicznym instynkcie.

Logika historyczna takiego rozwoju wydarzeń nie jest z góry przesądzoną przyszłością, lecz zagrożeniem, z którym mierzymy się już dziś. Również logika historyczna, w ramach której nowe pokolenie odrzuca teokratyczny totalitaryzm współczesnego Iranu, nie gwarantuje lepszego rezultatu, a jedynie daje na niego nadzieję.