niedziela, 4 grudnia 2022

Nikołaj Karpicki o aresztowaniach w Tomsku. 4.12.2022

Z wpisu Nikołaja Karpickiego, tomskiego wykładowcy, który uciekł do Ukrainy przed rosyjskimi służbami specjalnymi i zamieszkał w Słowiańsku.

Skończyłem egzaminy. Wszyscy borykamy się z przerwami w dostawach prądu, dlatego rozmawiam ze studentami, kiedy tylko są się w stanie połączyć: i w dzień i w nocy. We wtorek udało mi się zobaczyć online z cała grupą. Przez okno usłyszałem kilka wybuchów. Zajęć jednak nie przerwałem. Potem w wiadomościach podano, że rakiety spadły na sąsiednie osiedle. Sensu w tych ostrzałach nie ma żadnego. Wygląda to jakby ktoś chciał się wykazać, że w związku z masowym ostrzałem infrastruktury i on nie próżnuje. Podobno poleciały na nas S-300. Wróg ma ich tysiące, mogą więc strzelać ot tak, bez planu.

Tymczasem w moim Tomsku trwają represje. Rozpoczął się proces Wiktora Ławrentjewa za jego wpisy na FB o działaniach rosyjskich wojsk w Ukrainie. W tym samym czasie aresztowano skrzypaczkę Annę Czaginę, sprawa karna, również za wpisy w sieciach społecznościowych. W Rosji przyzwoitym ludziom jest teraz znacznie trudniej niż mi. Bardzo im współczuję. Za to dla donosicieli nastały złote czasy.

Za udostępnianie moich wpisów można teraz w Rosji siedzieć. Bądźcie ostrożniejsi. Poniżej wywiad z Anną Czaginą, która jest oskarżona o dyskredytację rosyjskiej armii. Czagina mówi: «Na razie zdążyłam tylko przeczytać protokoły, nie znam jeszcze materiałów ze sprawy karnej. Jeśli dobrze zrozumiałam, chodzi o skopiowanie z FB i zamieszczenie w sieci VKontakte tekstów chrześcijańskiego myśliciela Pawła Lewuszkana oraz filozofa Nikołaja Karpickiego ze wskazaniem ich autorstwa. Karpicki stał na czele Tomskiego Komitetu Antyfaszystowskiego, teraz mieszka w Ukrainie. Pisze o nekrofilskim imperializmie, o tym, dlaczego Rosjanie tak postępują na wojnie i w codziennym życiu. Ponadto oskarżają mnie w związku z komentarzem «Nie dla wojny», jaki napisałam pod czyimś wpisem».

czwartek, 13 października 2022

Rosja oczami Jędrzeja Morawieckiego

Jędrzej Morawiecki [fot. archiwum WBP w Opolu]
Jędrzej Morawiecki [fot. archiwum WBP w Opolu]
Na Rosję spojrzymy oczami dziennikarza, publicysty i reportażysty, który odwiedzał ten kraj wielokrotnie - Jędrzeja Morawieckiego. Nasz gość opowiedział o książce "Szuga. Krajobraz po imperium". Odpowiedział także na inne pytania: jaki dostęp do informacji ze świata mają mieszkańcy miast, miasteczek i wsi? Jak różne od moskiewskich były syberyjskie doświadczenia naszego rozmówcy? Czy jest szansa na szybkie obalenie władzy Putina?


czwartek, 22 września 2022

Piotr Kaszuwara. Rosyjski filozof o Putinie: To nekroimperialista. Jego celem jest zabijać


– Jeżeli na Zachodzie zauważyliby, jakich zbrodni dopuścił się tam Putin, to wiedzieliby, że to barbarzyństwo się nie skończy. Imperializmu nie da się zatrzymać rozmową, ale wyłącznie siłą. Czeczenia była pierwsza. Później Gruzja, Syria. Po nich musiał przyjść czas na innego sąsiada – mówi w rozmowie z Onetem Nikołaj Karpicki*, rosyjski filozof mieszkający w Ukrainie.


Piotr Kaszuwara: Czy możemy ujawnić, gdzie dokładnie pan mieszka?

Nikołaj Karpicki, rosyjski filozof i opozycjonista: Tak. Tutaj zaczęła się wojna Ukrainy z Rosją w 2014 r. Mieszkam w Słowiańsku od trzech lat. W Ukrainie od roku 2015. Na początku osiedliłem się w Charkowie, bo tam przeniesiono Narodowy Uniwersytet Rolniczy z Ługańska. Wszyscy wykładowcy byli tam uchodźcami. Ja też byłem jednym z nich, tylko że ja wyjechałem z Rosji, z Tomska na Syberii, gdzie się urodziłem, żyłem, pisałem i uczyłem. Później naszą uczelnię przeniesiono do Słowiańska i mnie także przygarnięto. Kupiłem dom, z pięknym widokiem na wzgórza i jeziora. Teraz widzę stąd też strzelające HIMARS-y.

Piotr Kaszuwara: Nasza rozmowa nie jest dla pana niebezpieczna? Rosjanie są zaledwie 10 km od miasta. Będą wreszcie wiedzieli, że pan tutaj jest.

Nikołaj Karpicki: Jeśli wróciłbym do kraju, to byłoby to dla mnie niebezpieczne. Trzeba mieć na uwadze, że represje w Rosji idą bardzo skrupulatnym, biurokratycznym szlakiem. Żeby kogoś represjonować, najpierw Federalna Służba Bezpieczeństwa musi zebrać dużo materiałów na człowieka. Tak zresztą było z wieloma moimi znajomymi, wobec których toczyły się śledztwa. W końcu wylądowali w więzieniach. Do momentu, kiedy mieszkam w innym kraju, to oni będą zajmowali się innymi ludźmi, a nie mną.

Władza w Rosji represjonuje nie za idee, ale za udokumentowane "przestępstwa". FSB funkcjonuje tak, że na przykład mają w planie wykryć i zatrzymać dziesięciu szpiegów. Śledzą więc i obserwują dziesięć różnych osób. Zbierają na nich dowody i aresztują. Jeśli okaże się, że jedenasta osoba jest szpiegiem, to nic z nią nie zrobią, bo to jest już ponad plan do wykonania. Najważniejszy jest raport i zdobyte gwiazdki oraz awans.

Piotr Kaszuwara: Kogoś z pana przyjaciół aresztowano?

Nikołaj Karpicki: Rok temu. Igor Kuzniecow, który był znany z regularnego udziału w antywojennych manifestacjach. Wspierał Ukrainę i w końcu został aresztowany właśnie w Tomsku i zabrany do Moskwy. Jego los jest teraz nieznany.

Piotr Kaszuwara: Nie myślał pan, żeby jednak wyjechać ze Słowiańska, z pobliża linii frontu, gdzie codziennie spadają rakiety i giną ludzie?

Nikołaj Karpicki: Wierzę w ZSU (Ukraińskie Siły Zbrojne – red.) i skrupulatnie obserwuję sytuację. Gdyby było takie zagrożenie, że Rosjanie zajmą Słowiańsk, to pewnie wyjechałbym do Kramatorska, czyli kilkanaście kilometrów dalej. Dopóki ZSU chroni mnie na tyle, że mogę tu zostać, to zostanę.

Piotr Kaszuwara: Jak wytłumaczyć Rosję ludziom z zachodniej Europy? Niemcy, Francja i wiele innych krajów było bardzo zaskoczonych, że wybuchła wojna, że rosyjska armia dopuszcza się zbrodni wojennych na cywilach, że żołnierze palą, kradną, mordują i gwałcą. Zachód jeszcze niedawno uważał Władimira Putina za partnera do rozmów.

Nikołaj Karpicki: Nie widzieli, co wydarzyło się w Czeczenii? Jeśli zauważyliby, jakich zbrodni dopuścił się tam Putin, to wiedzieliby, że to barbarzyństwo się nie skończy. Imperializmu nie da się zatrzymać rozmową, ale wyłącznie siłą. Czeczenia była pierwsza. Później Gruzja, Syria. Po nich musiał przyjść czas na innego sąsiada.

Celem służb specjalnych, które doszły do władzy w Rosji, jest przywrócenie potęgi Związku Radzieckiego, ale nie w nazwie, tylko w nowej formie i z większymi niż wtedy wpływami. Oznacza to, że kraj można uznać za niepodległy jak np. Białoruś, ale musi być on w pełni kontrolowany przez Rosję. Jakie mają metody, pokazał Aleksander Litwinienko, zamordowany w Londynie w 2006 r.

W swojej książce "Wysadzić Rosję" pisał, że zamachy na budynki mieszkalne w Rosji w 1999 r., które były pretekstem dla Putina do wkroczenia do Czeczenii, były tak naprawdę zamachami przeprowadzonymi przez FSB. Zginęło wtedy 300 osób, ale udało się służbom zdobyć władzę. Moim zdaniem to było zaplanowane od samego początku, kiedy KGB pozwoliło na upadek partii komunistycznej pod koniec lat 80.

Piotr Kaszuwara: Jaka to droga do imperium?

Nikołaj Karpicki: Chodzi o metamorfozę tego pojęcia. Imperium kojarzy się z tworami średniowiecznymi, takimi jak imperium chińskie czy osmańskie albo idea Rosji jako trzeciego Rzymu. Współcześnie takie imperia nie mogłyby istnieć, więc imperium musiało się przeistoczyć. Na przykładzie nazistowskich Niemiec widzimy, że często kończy się to totalitaryzmem.

Dawne imperia opierały się na tradycji, na religii. Hitlerowskie Niemcy czy Związek Sowiecki nie miały takich tradycji, które mogłyby w jakiś sposób połączyć ludzi żyjących na ich terenie. Dlatego musieli stworzyć nową ideę, opierającą się na absolutyzacji zła. Naziści uznali za najistotniejsze cechy biologiczne ludzi, a Sowieci postawili na piedestale społeczną naturę człowieka. System Putina z kolei opiera się na służbach specjalnych. Takich jak dawne KGB, NKWD, Czeka czy teraz FSB. Krótko mówiąc, na policji politycznej.

Piotr Kaszuwara: To coś nowego? Znamy choćby z historii Iranu okrutny SAWAK, niemalże policję myśli.

Nikołaj Karpicki: Już w starożytności powstał tzw. manicheizm. To założenie, że świat materialny jest zły i trzeba z nim walczyć. Jest dobro i zło, które nieustannie się ze sobą ścierają. Tak funkcjonują umysły współczesnych czekistów. Wiele osób w Ukrainie sądzi, że chodzi o wprowadzenie w ich kraju rosyjskiego świata, tzw. ruskiego miru.

W Rosji tak naprawdę nikt się tym szczególnie nie przejmuje. Rosyjski świat, komunizm, carat – to nikogo nie obchodzi. Liczy się tylko walka ze złem, które spersonifikowano między innymi w pułku Azow. Najbardziej niebezpieczna dla tego typu obrazu świata jest jego złożoność, a najważniejsze jest poszukiwanie wroga.

Piotr Kaszuwara: Wróg się nieustannie zmienia, jak w książce Georga Orwella "Rok 1984"? Aby można było taką wizję wprowadzić w życie, trzeba zadbać o to, by społeczeństwo było np. odcięte od zewnętrznych informacji, od zagranicznych szkół, czy w ogóle od wykształcenia?

Nikołaj Karpicki: To kolejny element tego systemu, czyli tzw. lumpen, motłoch. W Rosji "lumpen" to nie tylko proletariat, ale także intelektualiści, ludzie kościoła. Każdy, kto kieruje się niskimi i egoistycznymi pobudkami. To jedna z oznak degradacji społeczeństwa, bo aby móc tak żyć, trzeba pozbyć się złożoności świata. Ten lęk prowadzi do imperialnej nekrofilii. Znika ten, kto utrudnia. Jednostka umiera, a cały system żyje spokojnie. Świat, w którym jest wielu żyjących ludzi, jest zbyt przerażający, a świat, w którym wszyscy umierają, jest światem spokojnym.

Piotr Kaszuwara: To jest ten "rosyjski mir"?

Nikołaj Karpicki: To idea archaiczna. Użyteczna, ale nieistotna. Wiele jest takich pojęć: carat, komunizm, euroazjatyzm, trzeci Rzym. Ja nazywam to społeczną nekrofilią, bo o ile np. bolszewikom chodziło o podbicie świata, o władzę totalitarną i o takie zwycięstwo nad złem, to Putinowi chodzi po prostu o zniszczenie świata, który w swojej złożoności jest dla niego czymś strasznym.

Piotr Kaszuwara: To zupełnie coś innego niż zachodnia myśl budowania i właśnie pokazywania tej złożoności.

Nikołaj Karpicki: Dlatego ludzie na Zachodzie nie rozumieją toku myślenia Putina i tego, co robi w Ukrainie. Dlatego nie spodziewali się, że będzie zachowywał się tak destrukcyjnie. Raczej myśleli, że ma swoje cele polityczne, takie jak np. kapitulacja Ukrainy. Niszczenie miast powoduje jednak coś kompletnie przeciwnego, bo potraktowani w ten sposób Ukraińcy, nigdy nie zgodzą się na kapitulację.

Ja myślałem, że Putin chce przede wszystkim blokować miasta, okrążyć armię. Nie sądziłem, że posunie się do zabijania cywilów.

Piotr Kaszuwara: Politycznie więc Putin tę wojnę przegrał?

Nikołaj Karpicki: Tak. I zgodnie z logiką powinien się wycofać i zawrzeć traktat pokojowy. Tak zadziałałaby logika imperialisty. Zgodnie natomiast z logiką nekroimperialisty wojnę trzeba kontynuować. Imperialista walczyłby o wpływy w inny sposób. Nekroimperialista walczy bez celu.

Piotr Kaszuwara: Naprawdę myśli pan, że Putin nie ma celu?

Nikołaj Karpicki: Czy chce, aby Ukraina znalazła się w strefie wpływów Rosji? To już niemożliwe. Zantagonizował ludność, która była prorosyjska. Niszczy miasta, których nie będzie się dało odbudować. To nie ma sensu.

Piotr Kaszuwara: Trudno to zrozumieć. Może chodzić przecież o wpływy w basenie Morza Czarnego, o ukraińską ziemię, o bogactwa naturalne, o historię?

Nikołaj Karpicki: Pan myśli, jak człowiek sprzed 200 lat, a Putin jest nekroimperialistą XXI w. W ten sam sposób myślało wielu innych polityków całego świata. "Możesz negocjować z Putinem, jeśli rozumiesz jego interesy". Dla nekrofila zniszczenie jest cenne samo w sobie.

Dla Putina celem jest nie tylko rozszerzenie wpływów Rosji, ale także uczynienie świata łatwiejszym i bardziej zrozumiałym. Im więcej ludzi umiera, tym prostszy jest świat. To jest idea, której normalny człowiek nie zrozumie. Ja ją rozumiem, bo spędziłem w Rosji całe życie. Przegrani politycznie nekroimperialiści wierzą, że siła, która zmusiła ich do odwrotu, musi zostać zniszczona.

Piotr Kaszuwara: Ale w tej wojnie giną też Rosjanie.

Nikołaj Karpicki: Dla Putina to podwójna korzyść, bo pozbywa się wielu przestępców, ludzi niepotrzebnych społeczeństwu. Wysyła ich na wojnę, tam umierają i nie ma problemu, bo jeśli umrze, to reszta społeczeństwa nie będzie musiała na niego pracować. Wielu żołnierzy pochodzi z miast dotkniętych biedą i bezrobociem. Jest tu zasadnicza różnica. Dla Ukrainy ważne jest życie. Ukraińcy walczą w taki sposób, aby jak najwięcej swoich żołnierzy uratować. I na tym opiera się powolna taktyka ukraińskiej armii. Ponieważ cena życia żołnierza jest ogromna. W Rosji nie tylko uważa się życie żołnierza za bezwartościowe, ale także, że jego śmierć przynosi państwu korzyści.

Piotr Kaszuwara: W ukraińskiej armii walczy wielu ludzi z wyższym wykształceniem, z ogromnym doświadczeniem zawodowym w różnych branżach.

Nikołaj Karpicki: W Rosji tacy ludzie nie idą do wojska. Znajdą sposób, żeby go uniknąć. Na wojnę wysyła się bezrobotnych, pijaków czy przestępców. Bo żona ma już dość, że jej mąż pije, bije ją, znęca się nad dziećmi. Wolałaby, żeby gdzieś zniknął. Z pomocą przychodzi władza i wojna. Na froncie są po prostu wysyłani do ataku. Ukraińskie wojsko strzela do nich, dzięki czemu rosyjskie dowództwo rozpoznaje, skąd strzelają i tam uderza. Taka żywa przynęta. Nikt się nie martwi o zabieranie zwłok. Tak właśnie myślą nekrofile. Widziałem całe serie pocisków latających nad Słowiańskiem. Bezsensownie niszczących cele cywilne.

Piotr Kaszuwara: Można wygrać z takim potworem?

Nikołaj Karpicki: Jest takie ryzyko, że jeśli Ukraina wygra, to Putin wciągnie ukraińską armię na swoje terytorium, aby kontynuować walkę. Wywoła w ten sposób falę nienawiści, mobilizując ludzi do kontynuowania wojny. Nigdy się nie zatrzyma. Nigdy nie będzie momentu, w którym powie: "To wszystko, wygrałem, przegrałem, poddaję się!".

Piotr Kaszuwara: To znaczy, że po Ukrainie mógłby przyjść czas na Polskę, Litwę, Łotwę, Estonię, czy inne kraje zachodnie? Śmierć Putina rozwiązałaby sprawę?

Nikołaj Karpicki: To kwestia nekroimperializmu w ogóle. Wyznaje ją nie tylko Putin, ale cały jego najbliższy krąg, w tym Nikołaj Patruszew, szef FSB. Dlatego musimy znaleźć sposób, żeby zmienić całą Rosję.

Piotr Kaszuwara: Domyślam się, że ma pan taki pomysł i dlatego musiał pan uciec z własnego kraju? Jaka może to być forma protestu?

Nikołaj Karpicki: Manifestacje, protesty są bezużyteczne. Z Rosją nie da się wygrać militarnie, bo jest za duża. Dobrą formą walki jest nacisk ekonomiczny, jaki wybrał Zachód. Trzeba jeszcze jednak do tego dodać zrozumienie, co zwykli Rosjanie mogą zrobić przeciwko reżimowi Putina. Z bronią w ręku nie będą walczyć, ale mogą np. nie płacić podatków. Postawić pewne ultimatum. Albo federalizacja Rosji, albo nie będziemy płacić, bo nie chcemy, żeby w całości szły one do Moskwy.

Ten pomysł musiałaby wesprzeć społeczność międzynarodowa. Rosyjska gospodarka musi się całkowicie załamać, aby nie było za co utrzymywać gigantycznej machiny wojskowej i represyjnej. Kiedy gospodarka zacznie się chwiać, wtedy nadejdzie moment na zaprzestanie płacenia podatków. Szansa byłaby tylko wtedy, gdyby dany gubernator widział dla siebie szansę, że pieniądze zostaną w regionie, a nie powędrują do centrali. Jeśli zrozumie, że sankcje nie zostaną zniesione, dopóki nie przestanie płacić Moskwie. To jest szansa na dekonstrukcję Rosji.

Piotr Kaszuwara: Tylko najpierw musiałby się znaleźć odpowiednio dużo ludzi w Rosji, którzy chcą zmiany. Dziś ze statystyk i z wypowiedzi cytowanych przez różne media wynika, że wielu Rosjan popiera prezydenta i wojnę w Ukrainie.

Nikołaj Karpicki: Ludzie, którzy chcą zmiany, są faktycznie teraz w mniejszości i stanowią około 20 proc. społeczeństwa. Imperialistów jest między 10 a 15 proc. Reszta populacji po prostu patrzy, kto jest przy władzy i dostosowuje się do trendów. Chcą mieć spokojne i stabilne życie. Reszta ich nie obchodzi.

Piotr Kaszuwara: Dlaczego nie wierzą w barbarzyństwo, jakie dokonuje się obecnie w Ukrainie? Wielu Rosjan podważa zdjęcia, filmy, które przesyłają im przyjaciele czy rodzina z Ukrainy.

Nikołaj Karpicki: Niektórzy ludzie wybierają pozycję, która pozwala im przetrwać w obecnych warunkach. Rząd mówi: "Jeśli w to uwierzysz, będziesz żył w spokoju". Dwie trzecie godzi się na taki wariant. Zawsze tak było. Tak było w Związku Radzieckim, ale tak też jest niemal w każdym społeczeństwie na świecie. Dlatego nawet po zwycięstwie Ukrainy, które pewnie nastąpi w przyszłym roku, razem z Zachodem trzeba będzie kontynuować wojnę gospodarczą z Rosją i zaproponować konkretny plan deimperializacji. Konieczne jest, aby zarówno Zachód, jak i Ukraina miały konsensus, czego chcą w wyniku zwycięstwa nad Rosją. Jeśli tak się nie stanie, to wojna nigdy się nie skończy.

Piotr Kaszuwara: Pan dziś rozumie Ukraińców? Wielu z nich uważa, że Rosja okupuje i niszczy ich kraj oraz kulturę przez ostatnie 200 lat. Jako Rosjanin może pan się z tym zgodzić?

Nikołaj Karpicki: Jestem Syberyjczykiem. Na Syberii są Polacy, Ukraińcy, Rosjanie, ludy syberyjskie. Mamy wielokulturowe środowisko. Moja prababcia używała słów rosyjskich, ukraińskich i białoruskich. Dlatego nie możemy być uważani za czystych Rosjan. Czujemy duże pokrewieństwo z Ukrainą. Rozumiem, że Ukraina chce wyzwolić swoje terytorium i pójść ramię w ramię z Polską, Wielką Brytanią i ze Stanami Zjednoczonymi. Ale cały czas podkreślam, że bez deimperializacji Rosji na świecie nigdy nie będzie pokoju.

Piotr Kaszuwara: Czyli idea, że rosyjskie konie będą piły wodę z Atlantyku nie umarła?

Nikołaj Karpicki: Były na to szanse w latach 20. XX w., ale Polska uratowała Europę Cudem nad Wisłą. Gdyby nie to zwycięstwo, to myślę, że Armia Czerwona wkroczyłaby do Berlina. Kto ma Berlin, ten jest właścicielem Europy. Druga taka szansa była, gdyby Związek Radziecki w czasie II wojny światowej pierwszy zaatakował Niemcy, a nie odwrotnie.

Piotr Kaszuwara: A teraz?

Nikołaj Karpicki: To ciekawe, ale być może Putin agresją na Ukrainę zaprzepaścił trzecią szansę. Gdyby dalej korumpował europejskich polityków i poszerzał swoje wpływy, to Zachód nadal by się rozbrajał. Być może i NATO by w końcu upadło. Można było nadal przekupywać polityków, a w konsekwencji nastawić wszystkich przeciwko sobie. Ta strategia miała szansę powodzenia i zagrożenie było realne. Każdy, kto wejdzie w kontakt z tym nekroimperialistycznym systemem, również gnije od środka.

Piotr Kaszuwara: Kiedy jako Rosjanin słyszy pan określenie "raszysta", to co pan czuje?

Nikołaj Karpicki: Kojarzy mi się to oczywiście z nazistami. I w zasadzie są tu podobieństwa i ten termin ma prawo istnieć, ale uważam, że nie jest dokładny. Ponieważ "raszysta" zgodnie z założeniem powinien kierować się ideą "rosyjskiego świata", "ruskiego miru". W rzeczywistości ich to nie obchodzi. Na przykład wszyscy myśleli, że Putin będzie walczył przede wszystkim z ukraińskojęzycznymi mieszkańcami kraju, a on niszczy też rosyjskojęzycznych. Nie ma dla niego znaczenia, jakiej narodowości ludzi zabija. Myślę więc, że nekroimperializm lepiej opisuje rzeczywistość niż "raszyzm".

Piotr Kaszuwara: Wróci pan kiedyś na Syberię?

Nikołaj Karpicki: Po wygranej walce z Putinem tak. Teraz nie ma sensu. Gdybym tam wrócił, nie mógłbym pisać i tworzyć. Zostałbym aresztowany jak inni moi przyjaciele. Ukraina dała mi możliwość realizacji mojej filozoficznej pasji i potrzeby wyrażania myśli. Mogę to robić bez żadnych ograniczeń, a w Rosji byłoby to w zasadzie całkowicie niemożliwe.

Piotr Kaszuwara: Wierzy pan, że jest jakaś nadzieja dla Rosji?

Nikołaj Karpicki: Czy uda się przekształcić nekroimperium w federację? Sądzę, że jest to szansa jeden na dziesięć. Niemniej musimy o tę szansę walczyć. Nie chodzi o moją nadzieję, ale o udział w tej zmianie. Jeśli nic nie robisz, to czujesz się bezsilny i tracisz wiarę we wszystko.

Piotr Kaszuwara: Nie boi się pan? Nie żyje już wielu, którzy sprzeciwili się władzy w Rosji.

Nikołaj Karpicki: Kiedy pan pracuje jako dziennikarz na froncie, też nie myśli pan o tym, że wokoło latają pociski. Tego typu strach tylko by mnie paraliżował. Kiedy robi się coś ważnego, nie ma czasu myśleć o niebezpieczeństwie. Gorzej bym się czuł, gdybym nic nie robił.

Piotr Kaszuwara: Co będzie jutro?

Nikołaj Karpicki: Jutro będę pisał i przybliżał zwycięstwo nad nekroimperializmem.


*Nikołaj Karpicki to rosyjski filozof, antropolog i artysta poszukiwany przez FSB. Ukrywa się w niewielkim domku w okolicach Słowiańska w Ukrainie, bo od 2015 r. protestował otwarcie przeciwko wojnie w Ukrainie. Wcześniej publicznie krytykował także wojnę m.in. w Czeczenii czy w Syrii. Przez swoje poglądy stał się jednym z wrogów Władimira Putina. Musiał zostawić ukochaną Syberię i osiedlił się w Donbasie. Nie opuścił nowego domu, gdy 24 lutego jego kraj napadł na Ukrainę. Mieszka i tworzy pod nosem okupantów, codziennie obserwując zniszczenie, jakie za sobą zostawiają.

Piotr Kaszuwara. Przerażające odkrycia w wyzwolonej Bałakliji. Dotarliśmy do rosyjskich katowni


Bałaklija w obwodzie charkowskim to pierwsze miasto wyzwolone przez armię ukraińską na początku września. Powoli wychodzą na jaw zbrodnie, jakich dopuścili się tam Rosjanie w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. W Bałakliji odkryto dotychczas trzy katownie, gdzie przetrzymywano, torturowano i zabijano ludzi. Żołnierzy i cywili. Dotarliśmy na miejsce jako jedni z pierwszych.


— Wielu mieszkańców Bałakliji dobrze wiedziało, co dzieje się w piwnicach okupowanego przez Rosjan posterunku policji w samym centrum miasta. Budynek znajduje się naprzeciwko rady miejskiej, z której na początku wojny do Rosji uciekł mer miasta, oskarżony o kolaborację — mówi nam pracujący na tym terenie ochroniarz.


— Bardzo dużo ludzi przeszło przez te pomieszczenia. Niektórzy nie przeżyli tortur. Przepadli nie wiadomo gdzie. Zatrzymywali ludzi za różne przewinienia. Ktoś walczył w ukraińskiej armii, ktoś brał udział w operacji antyterrorystycznej, jeszcze kogoś innego jakiś rodzic był w armii. I tak brali różnych ludzi, ale nie wiem dokładnie, kim byli i za co tu siedzieli. Byłem tylko ochroniarzem. Pilnowałem terenu w nocy — wyjaśnia.

W Bałakliji przed wojną mieszkało około 27 tys. osób. Zdecydowana większość wyjechała z miasta, jak mówili mi żołnierze, którzy wyzwalali miasto kilkanaście dni temu. — Trudno było tu żyć, bo zamknięte były niemal wszystkie sklepy, nie było wody, prądu czy gazu. Pod rosyjską okupacją nie można było swobodnie się przemieszczać, bo w okolicy Rosjanie rozkładali pola minowe — opowiada pan Anatolij.

— Rosjanie przyjeżdżali, wyjeżdżali, głównie siedzieli w lesie. Mieli punkty kontrolne, ale w te okolice nas nie wpuszczali. Tu była ich baza, tu trzymali czołgi, technikę wojskową. Jak przyszli nasi, to w większości pouciekali. U nas w wiosce nie było ich za dużo i mnie się akurat nie czepiali, ale wiem, że czasem aresztowali ludzi. Za co? Może za to, że stawiali się im, że byli przeciwko okupacji? Nie wiem — dodaje.


Ulice Bałakliji są wciąż jeszcze pełne zniszczonych, ciężkich pojazdów wojennych. W wielu miejscach od eksplozji zerwany jest asfalt, mosty. Trudno przejechać samochodem, bo można wpaść w kilkumetrowy lej po bombie. W pobliskiej wiosce zbombardowana została szkoła i kilka okolicznych domów, mówi nam Jurij, który niedługo, 21 września ma urodziny. W prezencie dostaje od nas sporo jedzenia, śpiwór na zimę i latarkę czołówkę.

— Przez okno, w nocy wpadł mi taki odłamek do domu i rozwalił szybę, miskę i kawałek ściany. To była bomba kasetowa, bo znalazłem dużo takich szpilek, kuleczek. Ścięło mi jabłonkę. Jak tylko usłyszałem wybuch, to wybiegłem z domu i schowałem się w takiej jamie, którą sobie wcześniej sam wykopałem, na wszelki wypadek, bo jak się leży nisko, to odłamki nie trafią w człowieka. Tak się nauczyłem — opowiada.


Nie znamy nadal dokładnej liczby ofiar wojny w Bałakliji. Wielu mieszkańców przyznaje, że bardzo dużo ludzi było w mieście i zaginęli. Nie wiadomo, co się z nimi stało, bo nie ma informacji, aby wyjechali.

— Obok stoi samochód, w którym zginęła cała rodzina. Rosjanie ich rozstrzelali. Niedaleko autobus, który miał ewakuować ludzi, także zbombardowany. Z moich bliskich nikt nie zginął, ale wiem, że wiele osób aresztowano i brano do piwnic. Tam ich bili, katowali, część wypuszczali, a część nigdy nie wróciła. Nie wiadomo do dziś, co się z nimi stało.


Na razie do Bałakliji nie są wpuszczani żadni postronni ludzie. Miasto jest rozminowywane przez saperów, a na miejscu działają prokuratorzy, którzy dokładnie zabezpieczają miejsca kaźni. Dotychczas znaleziono w nich kilka ukraińskich mundurów, niewielkie agregaty, które mogły służyć do rażenia prądem zatrzymanych, zakrwawiony sekator, wiele kabli, a także pozostawione w pośpiechu części rosyjskiego umundurowania.

Duży cmentarz, a także masowe groby znaleziono dotychczas w pobliskim Iziumie. W Kupiańsku wciąż trwają walki, a w położonym na północy Wowczańsku odkryto pozostałości obozu koncentracyjnego, w którym mieli przebywać m.in. obcokrajowcy.




wtorek, 13 września 2022

Piotr Kaszuwara (po polsku) i Bradley Woody (po angielsku) rozmawiają z Mikołajem Karpickim: Razem jesteśmy silni. Słowiańsk, 10 września 2022 r.


Wrazenia z Ukrainy polskiego i angielskiego dziennikarzy. Damy radę, jeśtesmy razem!

W tym filmie dziennikarze z Polski i Wielkiej Brytanii dzielą się wrażeniami z tego, co zobaczyli w Donbasie podczas wojny ukraińsko-rosyjskiej. Czy to, co zobaczyli w Słowiańsku, zbiega się z obeazami wojny, które mieli?

piątek, 3 czerwca 2022

Nikołaj Karpicki. 3 czerwca 2022. Ukraina. Setny dzień wojny

Fragmenty nowego wpisu Nikołaja Karpickiego, głównego bohatera "Szugi". Prof. Karpicki, rosjanin represjonowany przez FSB w zemście za skuteczną obronę mniejszości, został zwolniony z uczelni i wyjechał do Ukrainy, na Donbas. Pisze teraz ze Słowiańska.
Jędrzej Morawiecki

Setny dzień. Lato przywitałem w Słowiańsku bez światła i Internetu. 1 czerwca o 5 rano obudził mnie silny wybuch – coś przeleciało całkiem blisko, potem zaczęła się kanonada. Przespałem jeszcze kilka godzin. Wstaję: jest prąd! Zalałem owsiankę wrzątkiem, a za chwilę odcięli znowu elektryczność. Nie zdążyłem sprawdzić w sieci, czy ktoś ucierpiał odstrzału. To jest w tym właśnie najgorsze - niewiedza i nieokreśloność. Nie ma Internetu, a więc nie jesteś w stanie ocenić, w jakim stopniu miasto jest zagrożone.

Poprzedniego ranka, kiedy rakieta uderzyła w mieszkalne osiedle Słowiańska, zginęło troje, sześcioro zostało rannych. Chwilę wcześniej mówili w programie informacyjnym, że rosyjskie wojska walczą już w Siewierodoniecku i że nacierają na nas od strony Limanu. Mają jeszcze na swojej drodze Siewierskij Doniec, ale wystarczy im dotrzeć do brzegu, (…) żeby zacząć niszczyć Słowiansk metodycznym ostrzałem artyleryjskim. Na razie wojska ukraińskie utrzymują jeszcze pasiołek Staryj Karawan, nie pozwalają orkom przebić się do rzeki. Ale jak długo nasi wytrzymają? Nie wiadomo. O losie Słowiańska decydują już nie kilometry a setki metrów. 
Wody nie ma od dawna. Mówią, że to kwestia awarii w pasiołku Majaki. Czyli właśnie tam… Czyli w kierunku Limanu na brzegu Siewierskiego Donca, tyle że z naszej strony. Jeśli tak, to nawet jeśli przywrócą dostawy wody, zrobią to tylko na chwilę. A i na to nie ma raczej nadziei. 

Skoro brak prądu to i baterie trzeba oszczędzać. Czym się więc zająć? Jedyne co mi zostało to opalać się i jeździć po mieście na rowerze. Tyle że to jednak trochę niezręczne: opalasz się, a nad tobą, całkiem nisko, leci wojskowa awiacja. 

Ludzi z każdym dniem jest w mieście coraz mniej, w sklepach coraz większe pustki. Za to na centralnym bazarze można kupić wszystko, tyle że ceny zawyżone. 
Mój dom jest położony na wzgórzu. Rozpościera się z niego niebywały widok, piękno na wiele kilometrów w każdą stronę. Kiedy nastaje zmierzch, na horyzoncie majaczą białe fontanny światła – gdzieś daleko, bardzo daleko, toczą się walki. Dźwięk nie dociera. Widzimy jednak jak na dłoni, że kiedy u nas zapada cisza, tam trwa nadal  zaciekły bój. Tam giną ciągle ludzie.

Wczoraj dali nam elektryczność. Pierwsze co zrobiłem, to sprawdziłem newsy. Przez dwie doby okupanci nie zdołali się nigdzie przebić. To cieszy. Natarcie traci impet, a to znaczy że Słowiańsk ma ciągle szansę przetrwać. Chociaż… Nie należy sobie robić zbyt dużej nadziei.

sobota, 28 maja 2022

Nikołaj Karpicki. 28 maja 2022. Ukraina. dziewięćdziesiąty czwarty dzień wojny

Fragmenty nowego wpisu Nikołaja Karpickiego, głównego bohatera "Szugi". Prof. Karpicki, Rosjanin represjonowany przez FSB w zemście za skuteczną obronę mniejszości, został zwolniony z uczelni i wyjechał do Ukrainy, na Donbas. Pisze teraz ze Słowiańska.
Jędrzej Morawiecki

W tym tygodniu odłączyli cały Obwód Doniecki od gazu. Rano dali za to wodę, szło nawet wziąć prysznic. Co prawda z początku stać pod prysznicem w czasie ostrzałów i wycia syren jest jakoś dziwnie, ale z czasem obojętniejesz. Elektryczności nie ma za to do tej pory. Zaraz padnie bateria w laptopie, będę pisać jak długo się da. Przyjechałem się dziś po okolicy. Ludzi w mieście jest mało, sklepy przestały działać. Tak lubiłem wyjeżdżać za miasto na rowerze. Okolica jest piękna, nie wolno jej oddać orkom. Wyruszyłbym na przejażdżkę i dziś, ale nie wolno. Trwają walki. Grzmi bez ustanku. Ugotowałem na ognisku ziemniaki. Robiłem to pierwszy raz w życiu, brakuje mi doświadczenia. W końcu się nauczę. Na pewno.

Nie ma prądu, nie działa więc również internet. Nie wiem jak sytuacja na froncie. Oby nie gorzej… Wczoraj wieści były niepokojące. Okupanci weszli do Limanu, z którego mogą nas bez większego wysiłku ostrzeliwać. Wróg zajął Mironowskij i idzie na różne strony od Popasnej. Istnieje realne niebezpieczeństwo wzięcia w oblężenie Bachmutu - miasta kluczowego dla obrony Donbasu. A także okrążenia Siewierodoniecka i Lisiczańska.
(…) 
Jeszcze niedawno rosyjskie wojska uciekały spod Kijowa, a my mieliśmy nadzieję, że zaraz dostaniemy nową broń od sojuszników. Że zaraz wygonimy okupanta. (…) Broń z Europy dociera jednak bardzo powoli i jest jej bardzo mało. 
(…)
Najgorzej czekać na niewiadomą. Bez gazu, światła, wody. (…) Do bombardowań idzie przywyknąć. Inna rzecz, że to przyzwyczajenie jest bardzo groźne. Linia frontu ciagle się przesuwa, wróg znajduje się już 10 kilometrów od miasta. (…) W warunkach ciągłego zagrożenia i odcięcia od informacji zaczynasz mieć wrażenie, że nic od ciebie nie zależy. Że pozostało tylko trwać, na nic już nie czekać. Aby ten marazm przezwyciężyć, ludzie imają się najdrobniejszych zajęć, z pozoru bezużytecznych. Na przykład pielęgnują w czasie ostrzałów kwiaty w gazonach. Ważne, by czuć, że sam decydujesz, co robisz. (…) Ważne by stawiać krok za krokiem. Nie zatrzymywać się…

niedziela, 10 kwietnia 2022

Nikołaj Karpicki. 8 kwietnia 2022. Ukraina. Czterdziesty dziewiąty dzień wojny

Tłumaczę z poślizgiem wyciąg z piątkowego wpisu Nikołaja Karpickiego, bohatera "Szugi", naukowca i obrońcy praw człowieka, który zbiegł z Rosji do Ukrainy i żyje na Donbasie.
Jędrzej Morawiecki

Rano wyło lotnictwo, potem dotarła do nas informacja o bombardowaniu szlaku kolejowego w rejonie Barwienkowa. Zablokowano trzy pociągi, wyjeżdżające ze Słowiańska. Jeśli okupanci przedrą się do samego Barwienkowa, mogą walić z artylerii prosto w mój dom. (…) W czasie, gdy pisałem tych kilka wersów, podjechał Aleksandr Palczenko z żoną. Dowiedzieli się właśnie przez telefon, że dwie rakiety trafiły w dworzec w Kramatorsku w ludzi czekających na pociąg ewakuacyjny. Ponad trzydzieści osób zginęło, ponad trzysta jest rannych. Putinowi potrzebny jest teren bez ludzi, dlatego dokonuje ludobójstwa na okupowanych terytoriach. (…) Te ostrzały to tylko początek. Putin postara się naszykować na 9 maja prezent dla swojego elektoratu – zniszczyć wszystkie miasta Donbasu, których nie uda mu się zająć. 
(…)
Ale ja nie o tym. Rosyjscy deputowani zagłosowali za niezależnością DNR i LNR. Tym samym odmówili mieszkańcom Doniecka i Ługańska prawa do powrotu do własnego domu. Zagłosowali również za odebraniem mi mojego domu, za jego zbombardowaniem, za moim wygnaniem, może śmiercią. Nie wszyscy Rosjanie poparli tę decyzję. Ale wielu. Głównie lumpy, które teraz pytają mnie cynicznie: «A coście zrobili przez te osiem lat, kiedy bombardowali Donieck?». Odpowiadam im: «Jeździłem na linię frontu, opowiadałem o tych, którym Rosja zrabowała normalne życie». A następnie sam zadaję im pytanie: «A co wyście zrobili przez te osiem lat, żeby Rosja wycofała wojska z Doniecka i wróciła ludziom zwykłe życie?». Ale im los mieszkańców Doniecka jest obojętny, dla nich ważne jest tylko to, że Rosja przyłącza ziemie,  niechby nawet ceną była eksterminacja mieszkańców. 
Uczyli nas tego w szkole na lekcjach historii: przyłączanie terytoriów miało być unikalną misją Rosji. A my milczeliśmy i tym samym akceptowaliśmy tę misję. No i teraz sam doświadczam tego, co czuli ludzie, którym odbierano domy i ziemię, odmawiano prawa do samodzielnej egzystencji.

Jednakże idea przyłączania terytoriów zmutowała i spotworniała jeszcze bardziej. Otóż w szkole uczono nas, że przyłączanie ziem to taka przysługa dla ludności, to dobro dla zamieszkujących je narodów, które co prawda nie przedstawiają samymi sobą żadnej wartości, ale nie są wrogami. Teraz zaś uczy się, że cały świat poza strefą wpływów Rosji ogarnęło metafizyczne zło, które należy zniszczyć. No i niszczą. Wojska rosyjskie z zapałem rozstrzeliwują ludzi, próbujących się ewakuować. W końcu to wrogowie, wróg nie ma prawa do ewakuacji.
Ideologia przyłączania ziem w putinowskiej wersji stała się ideologią nekrofilsko-satanistyczną, należy ją traktować tak samo jak ideologię III Rzeszy. Nie wolno anulować sankcji przeciw Rosji, dopóki nie zostaną spełnione trzy warunki:

- rezygnacja z ideologii przyłączania ziem, a co za tym idzie: napisanie podręczników historii od nowa
- przeniesienie kontroli nad instytucjami siłowymi na poziom federalny, powierzenie jej organowi, tworzonemu przez władzę regionalną
- ukaranie wszystkich uczestników i propagatorów wojny przeciw Ukrainie.
Aby tak się stało, nosiciele ideologii przyłączania ziem muszą być rozgromieni w bitwie za Donbas.

środa, 6 kwietnia 2022

Jędrzej Morawiecki: Wojny nie niszczą tylko jednej strony. Kaleczą, jak leci [Wywiad]


Jedno z tych pytań, które nauczyłem się zadawać, to: jak to jest, kiedy jesteś pod ostrzałem moździerzowym albo koło ciebie wybucha mina? (...) Moja bohaterka mi odpowiedziała: zamieniasz się w worek mięsa i kości, w kłębek nerwów i instynktów. Jeżeli wyobrażasz sobie, że możesz wtedy zrobić jakiś rachunek, że możesz spotkać się z Bogiem, że możesz za coś przeprosić, że możesz pomyśleć o bliskich, to nic takiego się nie dzieje. Jesteś tylko zwierzęciem. Niczym więcej. To doświadczenie, które zmienia wszystko – mówi w rozmowie z Onetem Jędrzej Morawiecki.

Słowo szuga znaczy śryż, breja, lód zmieszany z wodą i pośniegowym błotem. Pojawienie się jej na drogach i rzekach zapowiada odwilż, wiosnę, nadejście nowego. Jakiej odnowy doświadczyła Rosja po rozpadzie Związku Radzieckiego?

W "Szudze" Jędrzej Morawiecki przekonuje, że początkowe wolnościowe przemiany, zarówno polityczne, jak i społeczne, ostatecznie nie przyniosły ani państwu, ani jego obywatelom pozytywnych trwałych zmian. Rosja ostatniej dekady to rozkwit nacjonalizmów, radykalizacja postaw, represje wobec niepokornych. Bohaterowie książki szukają kryjówek albo uciekają, trafiając do klinik psychiatrycznych, obozów dla uchodźców, wreszcie do strefy działań wojennych.

Alan Rynkiewicz

Alan Rynkiewicz: "Szuga" zaczyna się od twojego pobytu w Tomsku. Kawał drogi od Moskwy. Czy i tam polityka Putina cieszy się popularnością? Czy tworzenie i propagowanie nakreślonej na Kremlu mitologii odbywa się równomiernie w każdym zakątku Rosji?

Jędrzej Morawiecki: To wcale nie jest takie proste pytanie. Mogę mówić tylko o tym, co wiem z czasu, jak opisywałem "Szugę", czyli przed spadnięciem żelaznej kurtyny. Doszło do tego nie w tej chwili, nie 24 lutego, tylko na początku pandemii. Właściwie nie da się wjechać do Rosji. Z mojej perspektywy ta propaganda jest równomierna. Brak w niej wyobrażenia Rosji różnorodnej, polifonicznej, tej lepszej, która mnie fascynowała, do której jeździłem.

Przed chwilą zajrzałem do swojego dawnego tekstu z książki "Łuskanie światła" (Sic!, 2010). Jest w niej reportaż "Elfy" z przykremlowskiego "I Kongresu Globalistyki w Moskwie" w 2009 r. Co wtedy tam się pojawiało? Że świat zachodni się kończy. Dziś tą wizją karmi się już wszystkich. Wtedy to były narracje, które funkcjonowały wśród prorządowych intelektualistów, naukowców, paranaukowców, polityków, a teraz te same frazy cytuję na bieżąco w prasówkach, które codziennie wrzucam na Facebook. To prawda, w telewizji takie opinie były częste już wcześniej, ale wtedy nie wszyscy byli w tym kompletnie zanurzeni, nie stracili jeszcze innych punktów odniesienia.

Alan Rynkiewicz: To znaczy?

Jędrzej Morawiecki: Nie każdy oglądał tę samą telewizję. Mieli dostęp do zachodnich mediów, ale – podobnie jak w Polsce – nie jest tak, że wszyscy śledzili BBC albo czytali anglojęzyczną prasę. Mimo to można było się zajmować czymś innym, można było wstąpić do jakiegoś ruchu religijnego, zostać freakiem duchowym i mieć wrażenie, że ta polityka jest gdzieś daleko.

Alan Rynkiewicz: Wspomniałeś "Elfy" z książki sprzed ponad dekady. To musi być zaskakujące obserwować, jak zmieniała się własna narracja na temat Rosji.

Jędrzej Morawiecki: Pisałem zdania, których teraz bym nie napisał. Próbowałem znaleźć alternatywę dla naszego europocentryzmu. Po 24 lutego to może brzmieć podejrzanie, jakbym mówił frazami putinowskimi, ale europocentryzm jest realnym problemem. To jest klatka, z której trzeba próbować wychodzić. Całe szczęście my żyjemy jeszcze w takim świecie, że możemy to robić. Możemy spekulować, podróżować, odkrywać siebie, podawać w wątpliwość świat. W Rosji to się skończyło. Wszyscy są bombardowani propagandą. Nazywa się to "gwałtem emocjonalnym" albo "nalotami dywanowymi". Mówili już o tym niezależni dziennikarze po 2014 r.

Alan Rynkiewicz: Narracja podczas pisania "Szugi" też się zmieniała? W końcu w pierwszej części piszesz o Tomsku i Rosji, druga zaś to relacja z Donbasu.

Jędrzej Morawiecki: "Szuga" też jest właśnie na ten temat. To opowieść o tym, co we mnie się rozpada. Po raz pierwszy chyba tak się wystawiłem w książce na wierzch. W pewnym stopniu robiłem to w "Łuskaniu...", a potem coraz bardziej się chowałem. Tym razem to miała być książka rozrachunkowa, dokonałem dekonstrukcji tej wielokulturowej i wieloetnicznej Rosji, która mogła być propozycją dla nas, by się w niej przejrzeć. Dzisiaj widzimy wstawanie z kolan, nacjonalizmy, bicie w ksenofobiczne bębny. Tylko mroczne rzeczy.

I "Szuga" to jest opowieść o tym mroku. Długo próbowałem omijać demony, które znałem. Ba, wszyscy je znaliśmy. Pojechałem do Rosji, żeby znaleźć Rosję inną. Zafascynowała mnie ta kultura. Ale ze wszystkimi "ale" – czyli z historiami o łamaniu ludzi też. Zafascynował mnie Andrzej Drawicz i jego "Pocałunek na mrozie", czyli wyłuskiwanie czy odnajdywanie ludzi gdzieś pod spodem, przebijanie się przez skorupę. Jak przyjechałem, to tej skorupy już właściwie nie było. Pękła. Przeżyłem czas odwilży, no ale po niej wiosna wcale nie musi przyjść. A jeżeli już, to niepokojąca, taka, która nie niesie nadziei. Jak się robi cieplej, to zaczyna płonąć Donbas.

Alan Rynkiewicz: Ale zaglądasz jeszcze czasem na rosyjskie media.

Jędrzej Morawiecki: Tak, tyle że ich nie da się dziś traktować poważnie. Dawno temu polecałem studentom, żeby wśród wielu mediów śledzili też te rosyjskie, dlatego że prezentowały inne spojrzenie i były naprawdę ciekawe warsztatowo. Dało się oddzielić fakty od interpretacji, rozpoznać fejki. Kiedy walec po mediach przyjechał zupełnie, przestały być tego przykładem. Robią więcej złego niż dobrego, samo zło właściwie. Można je traktować tylko jako przekaz propagandowy. Tak jak się robiło w Związku Radzieckim, czytało się "Prawdę" po to, żeby zobaczyć, z której strony wieje wiatr.

Alan Rynkiewicz: Po 24 lutego jest pewne, że Polki i Polacy zdali egzamin z człowieczeństwa. A czy zdajemy go my, dziennikarze, ludzie pióra?

Jędrzej Morawiecki: Mam mieszane uczucia. Zwieranie szeregów w sensie dziennikarskim nie jest dobre. No ale może nasz dyskurs musi być taki? Może inaczej się nie da, trzeba wychowywać? Ja nie lubię dydaktyzmu. Nie lubię go w dziennikarstwie, on zabija też literaturę. Nie sprawdza się. Literatura powinna zadawać pytania. A kiedy zaczynamy mówić propagandą, to nie ma już pytań, są tylko odpowiedzi. Otrzymujemy informację, jak mamy kontrolować czyjąś informację. Jeżeli ktoś mówi, że coś jest fejkiem, to mam mu powiedzieć, że nieprawda. Albo że sam fejkuje. Trochę jak w "Sensie życia według Monty Pythona" – serwowanie zamiast potraw zestawów tematycznych. Dostajemy karty i mamy wyrobić sobie zdanie. W rzeczywistości nie da się do takich zestawów sprowadzić.

Oczywiście to nie tak, że całkowicie pochłonęła nas propaganda, ale wszystko teraz dzieje się w okolicznościach frontowych, w warunkach wojny informacyjnej. Przy czym ja nie lubię tego określenia, uważałem, że ono jest trochę mylące. Jeżeli ktoś mówił, że wojny teraz wyglądają inaczej, że są informacyjne, technologiczne, to po powrocie z Donbasu szlag mnie trafiał. O czym my w ogóle rozmawiamy. To jest wojna jak z przeszłości. Front wygląda koszmarnie. Ludzie nie wiedzą, z której strony się do nich strzela. Ofiary są po wszystkich stronach i mówienie o tym, że wojny się zmieniły, że są albo chirurgiczne, albo informacyjne, to nieprawda.

Alan Rynkiewicz: Ale jest także wojna na gruncie informacji. Trzeba wiedzieć, co jest prawdą, a co nie…

Jędrzej Morawiecki: Aspekt informacyjny, o którym mówisz, bezpośrednio nas teraz dotyczy. Każdy musi sam sobie odpowiedzieć na to, co ma w tych warunkach robić i jak się w tym odnaleźć. Ja na przykład nie oglądam telewizji. Widziałem na Donbasie to, co widziałem, opisałem to w "Szudze". Wiem, że telewizja działa emocjonalnie. Są to obrazki, które łatwo zmanipulować, najbardziej nas też są w stanie poruszyć i zrobić nam krzywdę. Za to dużo czytam.

Jestem w kontakcie z bohaterami "Szugi". To jest dla mnie niezwykłe. Pierwszy raz stało się tak, że moja książka dalej żyje. Kontaktuję się z nimi. Włącznie z Karpickim, który jest na Donbasie pod ostrzałami, wykłada on-line. Studenci w trakcie zajęć znikają i albo przepraszają, że jest słaby zasięg w piwnicy albo że był ostrzał. Rozmawiam też z tymi, którzy zostali w Rosji, mówią, żeby ich oznaczać na Facebooku, podawać ich nazwiska. To jest rzecz, o której też kiedyś bym nie pomyślał, że będę musiał się nad tym zastanawiać…

Jeżeli chodzi o książkę, następuje w niej taki zwrot – okazuje się, że to, co miało być rzeczywistością, jest fikcją. Żołnierze, których opisuję, okazują się nie być prawdziwi, ale nagle pojawiają się inni żołnierze, którzy z kolei wypierają się służby, mówią, że tylko kupili takie mundury w sklepie, chociaż ci z kolei naprawdę są żołnierzami. Wszystko się odwraca. No więc co to jest non-fiction? Co jest reportażem?

Alan Rynkiewicz: Konkretne informacje w mediach to jedno, ty w "Szudze" opisujesz prawdziwe historie…

Jędrzej Morawiecki: Tak. I z tych rozmów widzę, że moja Rosja się skończyła. Religia pokazuje pazury i swoje najciemniejsze strony.

Za Karpickim trafiłem na Donbas. Uciekł przed służbami specjalnymi. Bronił mniejszości, FSB się na nim za to mści. Jadąc tam, wyobrażałem sobie, że zbiorę materiał na jakieś 5-10 stron, które będą zamykać książkę. Karpicki zabrał mnie do Charkowa, Kramatorska i Słowiańska, później do strefy przyfrontowej. Nie zdawałem sobie sprawy, że patrzę na miejsca, których już więcej nie zobaczę, że one znikną po prostu. Nie bardzo miałem ochotę tam jechać. Ja zwykle pracuję, rozmawiając z ludźmi i opisując przeszłość. Mnie interesują nie migawki telewizyjne, nie to, co się dzieje teraz, tylko to co się w ludziach już odłożyło, patrzę na konsekwencje wojny po latach. Najpierw więc słuchałem o tym, co się na Donbasie wydarzyło, co przestawiło ludziom wiarę. Zobaczyłem, jak im to rozwaliło świat, jak muszą go sobie poskładać na nowo i odnaleźć w nim sens.

Alan Rynkiewicz: Jest nam łatwo oceniać, ulegać własnym przekonaniom…

Jędrzej Morawiecki: Mieliśmy mieć nadzieję. Ja sam w pewnym momencie ją zyskałem. Chociaż ten świat jest okrutny, to wiemy, kto jest dobry, kto jest zły. To by bardzo pasowało do tej barykady, którą teraz znamy z naszej wojny informacyjnej. Kto jest dobry? Ludzie, którzy się bronią na Donbasie, którzy przeżyli piekło, którzy byli wrzucani do piwnic. Ale także którzy cierpieli, np. protestanci, dlatego że byli uważani za agentów CIA, i w wyniku tortur, terroru część z nich wiarę utraciła. Zapłacili najwyższą cenę.

Wspomniany Karpicki jest przykładem tzw. dobrych Rosjan, czyli tych, którzy dają świadectwo tego, że da się zostać przyzwoitym. Połowę swojego życia płacił za to i płonął wściekłością do Putina, ale także do Rosjan, którzy na Putina głosowali. To się zaczęło od wojen czeczeńskich, podkładania – prawdopodobnie przez specsłużby – ładunków wybuchowych pod bloki. Karpicki płonął nienawiścią do reżimu i walczył. Musiał sobie wypracować strategię tej walki, a potem strategię ucieczki. Trafił do Ukraińców, na Donbas. Właściwie moglibyśmy tutaj postawić kropkę. Weszlibyśmy na tę samą barykadę, na której znajdują się media.

Tyle że jak zaczniesz rozmawiać z ludźmi, to zdasz sobie sprawę, że wojny są brudne, niszczą każdego – nie niszczą tylko jednej strony. To nie jest Tolkien, że jedni są orkami albo zmieniają się w orków i potem już nie masz wyrzutów sumienia, bo możesz ścinać łby. Wojny kaleczą, jak leci. Kiedy pojedziesz do strefy przyfrontowej, to jak stwierdzić, kto jest po której stronie? Jedni ci odstrzelili sąsiada, bo naprawiał antenę; drudzy mieli rozwalić separatystów, ale trafili w blok po swojej stronie i zginęli ludzie. Jeszcze inni się nudzili i strzelali, zginęło jakieś dziecko, jeszcze inni ci spalili dom i powiedzieli: wybacz, tak po prostu się stało.

Jak ocenić, kto jest po której stronie? Z daleka to jest proste. Ale mam pojechać do mojej bohaterki i powiedzieć: "Spalili pani dom, ale pani się myli, oni akurat są dobrzy!"? Mam świadomość, że to jest dłuższa rozmowa, która ma kontekst. Ale jeżeli miałbym występować w krótkim materiale, to zacząłbym budować bezpieczniki. Już na samym początku zacząłbym tłumaczyć, że nie jestem zwolennikiem Putina, nie relatywizuję, wiem, że winę ponoszą ideologia, nacjonalizm, ksenofobia, imperializm i Putin, który tę wojnę rozpoczął, wreszcie ludzie, którzy się jej nie sprzeciwili i Putina wyhodowali, co nie zmienia faktu, że w momencie, kiedy się w środku wojny znajdujesz, ona jest czystym złem. Nie da się jej w żaden sposób romantyzować. Jest jedną z najstraszniejszych rzeczy, jakie można sobie wyobrazić. I właściwie pozostają nam tylko banały…

Alan Rynkiewicz: Większość z nas nie doświadczyła wojny. Zna ją z opowieści babci, dziadka…

Jędrzej Morawiecki: Wojna rozwala nam całą rzeczywistość, świat, który znaliśmy. Ktoś wchodzi z butami do mieszkania. Tak jak opowiada mi jedna z bohaterek, Rosjanka: "Doskonale rozumiem, czemu nas nienawidzą, bo kiedyś włamali się do mojego domu i wiem, co oni przeżywają teraz".

Alan Rynkiewicz: Mówisz o Galinie. To ona mówi: "My jesteśmy jak złodziej włażący w biały dzień do domu".

Jędrzej Morawiecki: Tak, Galina Tarnopolskaja. I to ona powiedziała mi też, żeby ją oznaczać i przedstawiać z nazwiska w mediach społecznościowych. Została w Tomsku i o tych rzeczach mówi. "Ryzykujemy każdego dnia. Ale to już nie ma znaczenia".

Ale idźmy dalej – wojna to przecież jest też brak dostępu do służby zdrowia. To jest to, że chciałaś być dziennikarką, a nie będziesz. Że trafiasz na prowincję, do miejsca, w którym nie chciało się zupełnie mieszkać… Wszystkie plany się walą. Nas to nie dotknęło – myśmy się tylko przestraszyli, dlatego chcemy słuchać i rozmawiać.

Musiałem się nauczyć zupełnie nowego sposobu prowadzenia wywiadów na Donbasie. To są ludzie, którym cały świat się rozsypał. Też ten świat religijny. Protestanci, z którymi rozmawiałem, byli pacyfistami – część z nich szła w Związku Radzieckim do więzienia, odmawiali służby w wojsku. Wierzyli, że Bóg nagrodzi ich za to, co robią tutaj na Ziemi. I jak to się ma do tego, kiedy zaczynają się dziać takie rzeczy: wrzucają do piwnicy, torturują, biją, tracisz dom, świat staje się niesprawiedliwy i chaotyczny? Nie jesteś w stanie tego w żaden sposób wytłumaczyć.

Alan Rynkiewicz: W swojej książce mówisz o wierze i religii w kontekście opresji i wojny. Jeden z twoich rozmówców mówi wprost: "to jest wojna religijna".

Jędrzej Morawiecki: Te aspekty pojawiają się co rusz w ich opowieściach. Protestanci mówią, że na Donbasie trwa wojna religijna. Ludzie trafiają do piwnic, są w niewoli, trzymani z zasłoniętą głową, bici, a potem jadą i przesłuchuje ich ksiądz prawosławny, który ma zadecydować o tym, czy ich wypuścić, czy zabić. Te opowieści są mroczne, a jednocześnie to nie są narracje konfesyjne. W ogóle nie używają języka religijnego. Jeżeli opowiedzą ci o tym, że zobaczyli Chrystusa we śnie, to dlatego, że to był jakiś moment, kiedy byli zupełnie zniszczeni, nie byli w stanie się podnieść, a potem wydarza się coś, co wydaje im się cudem. Mówią, że zdarzył się cud, bo ktoś zaczął czuć g***wno, a wcześniej miał strzaskane podniebienie i modlił się, żeby mu zostało chociaż trochę nosa. Kiedy leżał w szpitalu raniony odłamkiem, zaczął czuć kał, doświadczał tego jako cudu. To są tego typu opowieści. Nie bardzo się nam kojarzą z tym, co się u nas nazywa dawaniem świadectwa.

W 1998 r. po raz pierwszy pojechałem na Syberię. Usłyszałem o wissarionowcach i człowieku, który się ogłosił Chrystusem. Jeździłem do nich przez pięć lat. Rozmawiałem z nimi, ale nie chciałem, żeby byli dla mnie ekspertami, żeby to były jakieś dysputy religijne. Od samego Wissariona bardziej interesowali mnie wissarionowcy, chociaż się z nim spotkałem i zobaczyłem pewną machinę PR-ową. Ciężko odnaleźć w nim człowieka. A teraz trudno go w ogóle odnaleźć, bo został zatrzymany przez FSB półtora roku temu. Kilka dni temu postawiono mu zarzuty. No ale ja i tak nie jego opisywałem, a ludzi i gadałem z nimi o sprawach najprostszych, we wszystkich moich książkach. Podobnie chciałem postępować na Donbasie. Wiedziałem, że nie szukam analiz politycznych ani teologicznych. Okazało się jednak, że standardowe pytania otwierające rozmowę, nie miały sensu w warunkach wojennych. Ludzie zaczynali od razu opowiadać o tym, co przeżyli. Mówili: myślałem, że to jest film, znałam wojnę z filmów hollywoodzkich i radzieckich. Zapytałem, kiedy zrozumieli, że to nie był film. Wtedy dopiero się zaczynała właściwa rozmowa.

Alan Rynkiewicz: Nie chcę wchodzić w rozważania teologiczne, chcę zwrócić uwagę, że w kontekście wojny czasem zapomina się o wierze, duchowości…

Jędrzej Morawiecki: Wcześniej szybko dało się rozpoznać, czy ktoś jest prawosławny, protestantem, buddystą. Teraz niekoniecznie. Mówią, z czym się zderzyli, jak sobie wcześniej wyobrażali wiarę. Tak jak moja bohaterka, która straciła męża, pastora, bardzo długo go poszukiwała, był gdzieś więziony, nie wiedziała gdzie, odsyłali ją z jednego urzędu do drugiego, od żołnierza do żołnierza, od piwnicy do piwnicy. A wkoło trwała wojna. I jedno z tych pytań, które nauczyłem się zadawać, to: jak to jest, kiedy jesteś pod ostrzałem moździerzowym albo koło ciebie wybucha mina? Bo ja nie wiem. Kojarzę z filmów, że słychać dźwięk jakby pęknięta błona bębenkowa, jakiś gwizd… Tyle sobie mogę wyobrazić. A ona mi odpowiedziała: zamieniasz się w worek mięsa i kości, w kłębek nerwów i instynktów. Jeżeli wyobrażasz sobie, że możesz wtedy zrobić jakiś rachunek, że możesz spotkać się z Bogiem, że możesz za coś przeprosić, że możesz pomyśleć o bliskich, to nic takiego się nie dzieje. Jesteś tylko zwierzęciem. Niczym więcej. To doświadczenie, które zmienia wszystko.

Alan Rynkiewicz: Galina, o której już mówiliśmy, stawia w książce śmiałą tezę o Rosjanach: "Nie jesteśmy prawdziwą wspólnotą. My nie mamy już swojego narodu. Teraz tu jest tylko ludność". Wcześniej mówi o "kryminalnym pachanacie". Mocne słowa. Nie boi się mieszkać pod butem Putina i dawać tak śmiałe tezy?

Jędrzej Morawiecki: Skoro powiedziała, że "i tak jesteśmy zagrożeni każdego dnia", to pewnie jakoś się boi. Albo jest świadoma tego zagrożenia. Z kolei jej mąż, który jest w Ukrainie, mówi, że emocje w pewnym momencie musisz przekuć w zimną kalkulację. Myślę, że część bohaterów rozumie, że już się inaczej nie da.

To jest trudne do wyobrażenia z naszej perspektywy. Pierwszy raz zdałem sobie sprawę, że Rosja jest zupełnie inna, ok. 2015-16 r. Po zajęciu Krymu. Znalazłem ponad 100 robaków w swoim komputerze – zostawiłem laptopa w mieszkaniu, które wynająłem. Chwilę wcześniej dowiedziałem się, że służby sprawdzają, jakie książki ludzie czytają w bibliotekach. Mają cień.

Alan Rynkiewicz: Zaczynasz myśleć, na co możesz sobie pozwolić, żeby nie zaszkodzić swoim bohaterom?

Jędrzej Morawiecki: Nie chodzi o to, że ktoś jest bohaterem politycznym. Moja książka w ogóle nie miała opowiadać o polityce. Moją strategią opisywania Rosji było to, żeby mijać Kreml i Moskwę. I o nich nie opowiadać. "Szuga" jest właśnie opowieścią o tym, że już się nie da. O tym, że cała ta moja strategia okazała się w pewnym momencie kompletnie nietrafiona, że tamtego świata, po którym ja się poruszałem, nie ma. Mówiono mi: "rozumie pan, że jest już w zupełnie innym kraju?". To oznacza, że musisz od nowa myśleć, jak w ogóle masz rozmawiać z ludźmi. Czy da się im nie zaszkodzić? Czy może jest tak, że oni są tego świadomi i podejmują to ryzyko?

Jeszcze bardziej świadomie zacząłem o tym myśleć w kontekście Białorusi. Pisałem rozdział do książki "Ojczyzna dobrej jakości" (Czarne, 2019). Słałem rozmowy do autoryzacji. Nikt się z niczego nie wycofał. A opowiadali rzeczy bardzo niewygodne. Wszyscy zostawili swoje nazwiska. Przecież mówimy o terrorze. Jakbym miał wytłumaczyć to, czy oni się nie boją albo czy mogliby postąpić inaczej, to pewnie odwołałbym się do Andrieja Kuziczkina. FSB zaczęło się na nim mścić, dlatego że bronił krisznowców zbyt skutecznie. FSB się potknęło i zaczęła się wendeta. Kiedy każą mu oddać paszport i mówią, że oni się "skuteczniej" nim zajmą, ucieka do Tallina. Nie znając tam nikogo, trafia do obozu dla uchodźców. Wcześniej był zwolennikiem Putina. "Zastanawiałem się chwilę, czy mógłbym postąpić inaczej?" – mówił. "Tylko w którym momencie?" – pytał sam siebie. Jeżeli ci ludzie starali się pozostać uczciwi i w opozycji do Putina, to w momencie, kiedy zaczęli tak żyć, nie mieli za bardzo wyjścia. To już się nie dzieje na miękko.

To, co dali mi bohaterowie tylko sprawiło, że z innej perspektywy też patrzę na tę inwazję. Wojna trwa tam od ośmiu lat…

Alan Rynkiewicz: A o tym zapomnieliśmy.

Jędrzej Morawiecki: Bo ludzie nie chcieli być informowani. To nie są opowieści na small talk. To są rzeczy nieprzyjemne. Była pandemia, nie chcieliśmy o tym myśleć. Taka jest prawda. Teraz staliśmy się, całe szczęście, bardziej empatyczni. Ale dopiero w momencie, kiedy się przestraszyliśmy. To nie jest jedyna wojna, nie jesteśmy w stanie się ze wszystkimi zmierzyć, nie bardzo chcieliśmy przyjąć do wiadomości, że to działo się wcześniej. Cały czas jest przecież Syria, o której nie mówimy. Może tylko na tyle nas stać? Może rzeczywiście nie udźwignęlibyśmy tych rzeczy naraz?

To, co można robić i to, co ja bym chciał zrobić poprzez "Szugę", to pokazać, że wojna jest zjawiskiem, które może kiedyś stanie się jednak anachroniczne, że jest jedną z najmroczniejszych części naszej natury. Jest czymś, z czym absolutnie nie radzą sobie systemy religijne, a często przykładają też do niej rękę. Wojna to nie są proste kategorie dobra i zła. Wiara w taki podział na froncie to bzdura.

Alan Rynkiewicz: Są tacy, którzy mówią, że wojna w Ukrainie ośmieszyła potęgę Rosji i samych Rosjan…

Jędrzej Morawiecki: Po części tak. Pytanie, kogo mamy na myśli, mówiąc Rosjanie? Czy o tych 70 proc., które popierają wojnę, którą nazywają specoperacją? Czy o 80 proc., które mówią, że mają zaufanie do Putina? A wśród nich ilu jest takich, którzy popierają, bo tak jest bezpieczniej? Czy mówimy o tych 15 proc., które mówią "nie", wiedząc, że to jest niebezpieczne? A że jest, wiem od wielu lat. Od samego początku mówiono mi: "nie mów, że robisz badania socjologiczne, socjolog kojarzy się po Związku Radzieckim jak najgorzej". No i dodawano: "nie mów, że jesteś z instytutu dziennikarstwa, bo to kojarzy się bardzo źle". I to w czasach, gdy Rosja była o wiele bardziej liberalną.

Więc kogo mamy na myśli, mówiąc o stosunku do Ukraińców i o tym, czy będą widzieć, że się ośmieszyli? Jeżeli mówimy o tych, którzy są karmieni propagandą, zobaczymy, co będzie dalej, co się będzie działo z wojną i na ile ta propaganda zacznie pękać. Ci ludzie nie budują sobie żadnych mechanizmów obronnych, które teraz musiałyby być bardzo radykalne – prowadzić do kompletnego odcięcia się albo stania się piątą kolumną, czyli nazwania siebie zdrajcą, wyparcia się identyfikacji rosyjskiej, do której należy większość. A przeciwna Putinowi i wojnie mniejszość jest zupełnie zatomizowana, upokorzona i zastraszona.

Próbując sobie ułożyć w głowie to, co przeżyłem, jeżdżąc na wojnę, zacząłem czytać nierosyjskie "Depesze" Michaela Herra, a potem "Zadupia" Antunesa Lobo. Fikcję, pokazującą – moim zdaniem – bardzo dobrze pokazuje gnicie wojny, która jest kompletnie bez sensu; Portugalię, która walczy z Angolą, ale już nikt w nią nie wierzy. Myśląc o Rosji i Donbasie, mam wrażenie, że to jest gnicie imperium. Jeśli to rzeczywiście pójdzie w tym kierunku, to skończy się na trudnym do wyobrażenia upokorzeniu. I chyba nie da się już po raz kolejny załatwić tego zamazywaniem historii. Tak było z wojnami czeczeńskim, zwanymi dzisiaj wydarzeniami kaukaskimi. Podobnie było z Krymem – najpierw ogromna euforia, a potem tylko "wydarzenia 2014 r.". Tym razem chyba już się tak nie da.

Alan Rynkiewicz: Jaki może być koszt takiego upokorzenia?

Jędrzej Morawiecki: Jedna rzecz to jest upokorzenie militarne, które musiałoby się wydarzyć, i ogromne ofiary, co próbuje się za wszelką cenę ukrywać. Nawet matki żołnierzy zostały nazwane "agentami obcymi", pomimo tego, że matka jest w kulturze rosyjskiej figurą, która jest niezwykle ważna.

To, z czym Rosja po prostu musi się zmierzyć, jeżeli miałaby budować cokolwiek dalej, to własny kolonializm. To jest coś, co było kompletnie wypierane. Reagowano na to alergicznie. Mówiło się: nie my, Stany Zjednoczone i Europa – tak, oni robili złe rzeczy, a my "pokojowo oswajaliśmy". To jest nie tylko kwestia mówienia o wydarzeniach historycznych, ale zmierzenie się z własną pogardą dla innych narodów. Z ogłoszeniami o mieszkaniach dla "prawdziwych rosyjskich rodzin", retoryką wokół Czukczów, czyli niezrozumieniem tego, że jeżeli kogoś skolonizowaliśmy i nie dawaliśmy dostępu do kultury, to ta ich własna jest uboższa. Jak miałaby nie być? Ukraińcy najpierw byli "chochołami", a potem już "ukrami". Czuć, że w żartach jest coraz więcej ksenofobii, uprzedzeń. Są dowcipy o Zaporożcach czy Ukraińcach, którzy w kabaretach występują jako osoby z upośledzeniem. I stąd pewnie wściekłość i nieprzyjęcie tego, że mogliby być samodzielnym narodem, no bo przecież byli tymi, z których śmiano się w kabaretach.

Kolejna rzecz, która się z tym wiąże, to bardzo silny związek pomiędzy Ukraińcami i Rosjanami. Są rodziny, które są porozbijane. Ktoś uciekł, ktoś został. Ktoś siedzi w Doniecku i mówi: "Słuchaj, ostrzeliwują nas z moździerzy". A siostra z Petersburga mówi: "Nie masz racji". A on: "Jak nie mam racji? Strzelają do nas!". "Jestem twoją starszą siostrą i ja ci mówię: wyzwalamy was od nazistów. Masz mnie słuchać". To ich ostatnia rozmowa. To są sytuacje, które – jak się posłucha uchodźców, którzy do nas dotarli – okazują się bardzo częste. Znajomi i rodziny z Rosji nie chcą w ogóle tego przyjąć do wiadomości. Ludzie piszą do Karpickiego: "Nikołaju Nikołajewiczu, jak to właściwie jest? My wiemy o tym, jak straszne rzeczy działy się ludności rosyjskojęzycznej, więc co się z wami właściwie teraz dzieje?". On odpowiada: "Nic się ze mną nie dzieje". Rosjanin z rosyjskim paszportem, który zarabia 10 razy mniej w porównaniu z tym, co zarabiał w ojczyźnie, cierpi biedę za najniższą stawkę, ale jest wolny. "Jestem tutaj wolny, mogę wierzyć w to, co chcę, mogę mówić to, co chcę". To pokazuje, jaka to jest rzeczywistość.

Alan Rynkiewicz: Jak byłeś na Donbasie w 2019 r., bałeś się, że coś się może wydarzyć?

Jędrzej Morawiecki: Po ludzku człowiek się boi… Pojechałem tam z Maćkiem Skawińskim, który jest fotografem i miał doświadczenie wojenne wcześniej. Wiedział, że na front jedzie się tylko, kiedy naprawdę trzeba. Bo tam wydaje ci się, że kontrolujesz rzeczywistość, a potem grunt osuwa ci się spod nóg. Wtedy nie ma odwrotu. Jak grunt się już osunie, stajesz się workiem. Nie masz na nic wpływu. Nie da się tego momentu przewidzieć. Nie rozpoznasz granicy, dopóki nie zmienisz się w wór.

Nie chcieliśmy więc do strefy czerwonej jechać. Ale Karpicki powiedział, że powinniśmy… Ja sobie wyobrażałem najgorsze obrazki, ale jednocześnie obrazki powierzchowne. To, co widzimy w telewizji. Myślałem, że ja tego nie potrzebuję – ani dla siebie, ani dla książki. Okazało się, że jest inaczej. To jest jądro ciemności. I tam właśnie się kończy "Szuga". W miejscu, gdzie tracimy nadzieję, azymuty.

Alan Rynkiewicz: Zastanawiam się, czy będąc dziennikarzem, czy reportażystą na froncie, ta rola nie tępi instynktów?

Jędrzej Morawiecki: Nie pojechaliśmy tam, żeby sprawdzić siebie. Niebezpieczeństwo nam towarzyszyło non stop. Ale takie niewidoczne. Nie możesz jeździć z zapiętymi pasami, bo jak się coś dzieje, masz natychmiast wyskoczyć. Co z pociskami z moździerza? Miną? Jeżeli leci przy samej ziemi, musiałbyś być w jamie, inaczej niewiele ci pomoże. Musisz próbować się schować jak najgłębiej albo za czymś. Pytałem, jak długo mam leżeć? Zawsze dłużej niż ci się wydaje…

Im dalej, tym smutniej i depresyjnej. Okna pozaklejane taśmami, żeby szyba się nie zbiła. Niektóre lokale są zabezpieczone płytami OSB. Nie ma bieżącej wody… Tam tej wody nie będzie, nie wiadomo ile czasu. Jak w "Atlantydzie" Walentina Wasianowicza, ukraińskim filmie, który pokazuje rzeczywistość po wojnie. Gdy wychodzisz na ulicę, masz świadomość, że ktoś z drugiej strony się cię obserwuje. Jak mu się nudzi, może cię odstrzelić.

Ja nie przeżyłem tego, co moi bohaterowie. Nie zamieniłem się w kłębek instynktów, dlatego że nie strzelano do mnie. Co nie znaczy, że nie mogło się wydarzyć. Cena, którą płacisz, polega na czymś innym: nie chodzi o strach, tylko rozczarowanie światem. Musisz odkryć dla siebie miejsce, gdzie możesz znaleźć nadzieję. Pozbywasz się części naiwności wyobrażenia o świecie, który miał być dobry, bezpieczny. Ludzie mieli być dobrzy... To jest coś, z czym jest się o wiele trudniej zmierzyć…

Alan Rynkiewicz: Putin chce wrócić do ZSRR czy imperium carskiego? Ma Krym, toczy wojnę o Donbas i Ługańsk, nie wiadomo, czy nie o całą Ukrainę…

Jędrzej Morawiecki: Myślisz, że on zna historię na tyle, żeby oddzielić te rzeczy? Nie jestem przekonany. Oczywiście spekulujemy. To bardzo znamienne, że siedzimy i zastanawiamy się, co się dzieje w głowie jednego faceta, który zmaga się z biologią i swoim wiekiem. I to dotyczy nie tylko Rosji. Ale pokazuje, jak straszny jest świat… Jak słyszę o tęsknocie za rządami silnej ręki, zastanawiam się, co trzeba mieć w głowie? Bo czym są, to właśnie widzimy.

Wydawało się, że Putin modernizuje kraj i wszyscy są zadowoleni. Potem coś mu w głowie przeskoczyło. Może się przestraszył? A może od początku taki był? Jeżeli to pierwsze, to wrócił do świata, który wydawał mu się bezpieczny. Przestraszył się Majdanu, a wcześniej Michaiła Chodorkowskiego. I że straci władzę. Wychowało go KGB i wrócił do KGB. Służby specjalne są paranoiczne. To jest gabinet luster. Gubisz się w tym, co samemu wyprodukowałeś dla dezinformacji, co wyprodukowałeś dla ludzi, żeby kształtować ich światopogląd, w co wierzysz, a w co tylko inni mieli wierzyć, nie wiesz już na ile to ty dezinformujesz, a na ile ciebie się dezinformuje. To jest świat służb.

Putin wszedł w ten gabinet luster. Pewnie z niego już nie ma wyjścia. Wiek też robi swoje. Nie wiemy, czy mamy do czynienia z chorobą, a może ze skutkami ubocznymi leków albo używek? Do tego jest izolowany od rzeczywistości. W momentach kryzysowych, kiedy próbujesz złapać grunt, wracasz do przeszłości. Trochę stajesz się dzieckiem. I tak sobie go też tak wyobrażam.

Alan Rynkiewicz: Na temat kondycji Putina powstało już wiele teorii. Ale powtórzę pytanie: za czym tęskni bardziej – caratem czy ZSRR?

Jędrzej Morawiecki: Powrót do Związku Radzieckiego absolutnie nie ma ideologicznie związku z marksizmem, jakąś myślą lewicową, osłonami socjalnymi. To, co zostało wzięte, no bo trzeba było sięgnąć do szafy po te narzędzia, które są skuteczne, to represje i propaganda, która kompletnie się nie klei. Jeżeli chodzi o Rosję carską… Wiemy, że to jest anachroniczne. Nawet gdyby Putin chciał ją odbudować, to nie da rady. Nikt go nie nazwie carem. Bardzo możliwe, że Ukraina skręciłaby w stronę Rosji, gdyby nie Krym. Może ludzie rozczarowaliby się, że są ciągle w przedsionku Europy…? To jest oczywiście spekulacja. Teraz absolutnie na to szansy nie ma.

Dzisiaj Putin zbliża się do Chin, które nie są nastawione partnersko. To jest tragedia dla Rosji. Nikt nie wierzył, że on to zrobi. Karpicki mówi: "Myślałem, że to się będzie rozgrywało tylko w ramach Donbasu". Zresztą w wojnę też nikt nie wierzył. Znajomi, którzy zajmują się Rosją czy Ukrainą, wieczorem 23 lutego, pisali, że nie wyobrażają sobie, żeby do tego doszło. Wydawało się, że koszty są tak wielkie, a szanse powodzenia tak małe, że to nie ma sensu. A jednak...

Alan Rynkiewicz: Jest też dyskusja o kulturze rosyjskiej. Wielu ją canceluje, inni bronią… Czy jest z tej sytuacji jakiejś wyjście?

Jędrzej Morawiecki: Rosyjska kultura wydawała nam się bardzo atrakcyjna. To była jedna z największych narracji… W tej chwili ją kasujemy. Ale sprawa jest skomplikowana. Jest dla mnie zrozumiałe, że na jakiś czas trzeba odpuścić. Nie można robić rzeczy, które by działy się na poziomie instytucjonalnym – np. umowy partnerskie pomiędzy uczelniami albo instytucjami kultury. Rosjanie muszą zrozumieć, że nie da się być poza polityką. Że jak wszedłeś komuś do domu z butami, to nie możesz powiedzieć "Sorry, ale to właściwie tylko moja rodzina weszła".

Mamy np. Czechowa i film "Drive My Car", który dostał Oscara, a tam przez cały czas jest cytowany "Wujaszek Wania". Czy to oznacza, że mamy go nie oglądać? Pojawia się problem. Co mamy zrobić z Andriejem Zwiagincewem, który zrobił "Lewiatana" i pokazuje, jaka jest Rosja? Albo z filmem "Świadkowie Putina", który zrobił Rosjanin, a pokazuje, jak Putin doszedł do władzy i ten film jest dla Putina bardzo niewygodny? Może zatem uzależnić bojkot od powiązań z państwowymi instytucjami? Albo robić test moralności? Kiepsko to brzmi, ale obawiam się, że to się musi dziać. Choć jest to dla ludzi kultury dramat. Także dla naukowców, którzy uciekli z Rosji. Co zrobić z ludźmi, którzy byli w opozycji? Krytykowali? Doświadczali represji? Wykasowanie zupełnie kultury nie ma sensu.

Alan Rynkiewicz: Dla niektórych fakt bojkotu Szostakowicza czy Prokofiewa to za dużo…

Jędrzej Morawiecki: I ja się z ich sprzeciwem zgadzam. Uważam, że nowe rzeczy powinny być niestety bojkotowane, żeby wyrazić sprzeciw. Ale mówię o tych, które są państwowe, na których Putin może zbijać pewien kapitał propagandowy.