wtorek, 13 sierpnia 2024

Sofiia Zakharchuk. Syrop i popiół

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 15.07.2024 URL: https://postpravda.info/pravda/raporty/mariupol-syrop-i-popiol/


Zaczyna się jak u wszystkich. Czyli od wybuchu. Kanały informacyjne krzyczą, że wojna, a ty mimo wszystko nadal wierzysz, że to nic takiego, że będzie jak w 2014 roku: dwa miesiące okupacji i tyle, zaraz wszystko się skończy, wystarczy odrobina cierpliwości. Nie wyjeżdżasz więc. Ale po kilku dniach zaczynasz się bać. Bo jesteś sama. No, chociaż nie do końca: jesteś z trójką dzieci. W tym jednym z niepełnosprawnością – ono nie rozumie absolutnie nic.

autorka tekstu: Sofiia Zakharchuk, dziennikarka PostPravda 

Ty też nie rozumiesz. Kacapy wkraczają do miasta, są też żołnierze ukraińscy, ciężko ich rozróżnić, toczą się jakieś walki uliczne, strzelanina ze wszystkich stron, czujesz strach przez chaosem, strach, że wpadniesz w krzyżowy ogień. No powiedz, jakie to ma znaczenie, od czyich kul zginiesz – własnych czy wroga? W końcu musisz wynurzyć się na zewnątrz, spróbować znaleźć jedzenie. Docierasz do sklepu, który jeszcze działa. Stoisz w kilometrowych kolejkach, a te kolejki pod nieustannym ostrzałem. A potem pustoszeją w mgnieniu oka a Rosjanie wjeżdżają do miasta na czołgach i strzelają do obiektów cywilnych, mają w dupie, gdzie trafią, pewnie myślą, że «Azow» ukrywa się wszędzie. 

Przestajesz jeść. Po prostu nie możesz, fizycznie. To przez ten lepki strach, przez ciągłe mdłości, przez dzikie zimno, dreszcze wzdłuż kręgosłupa. No więc dreszcze, zimno, zaczynasz rozpaczliwie szukać ciepła, ale ogrzać się nie ma gdzie. 


fot. Rada Miejska w Mariupolu

A potem wisisz na telefonie, bezustannie. Rozmawiasz z krewnymi, dopytujesz, czy wszyscy żyją, tak zaczyna się każdy twój poranek. A najgorszy moment dnia przychodzi, gdy słońce chowa się za horyzontem. Nie możesz włączyć lampy, jest przecież zaciemnienie, elektryczność odcięta, trzeba chodzić po domu po omacku. 

No a prawdziwe piekło przychodzi drugiego marca, kiedy rosyjscy żołnierze bombardują wszystkie podstacje elektryczne w Mariupolu. Miasto zostaje pozbawione prądu, nie ma wody i ogrzewania, nie ma niczego. W ciągu dwóch-trzech dni wszystkim rozładowują się telefony. Ostrzał trwa 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Brak gazu, nie da się więc już zagotować wody. Masz jednak szczęście, bo marzec okazuje się wyjątkowo zimny i wciąż leży śnieg. Topisz więc ten śnieg i pijesz. Tylko jedzenia nie ma. No nie, bez przesady. Zostało jeszcze trochę przetworów w słoikach: kompoty, ogórki, pomidory. Do tego jeden worek ziemniaków.


fot. Rada Miejska w Mariupolu 

Kanalizacja nie działa, ale jest przecież wiadro. Mieszkasz w domu jednorodzinnym, masz więc w szopie odrobinę drewna na ognisko. Co dwa dni rozpalasz więc ogień i pieczesz ziemniaki. Dzieci karmisz raz dziennie: jeden ziemniak na jedno dziecko. Dziś będzie jeszcze sałatka ze słoika. Podczas gdy w garnku gotuje się jedzenie, możesz roztopić przy ogniu kolejną porcję pitnego śniegu. 

A kiedy na dworze robi się cieplej i śnieg topnieje to robi się nieco smutniej: zeskrobujesz więc kropelki z kaloryferów, przecież musisz przetrwać. Potem otwierasz zawór do odpowietrzania i lejesz śmierdzący płyn (wodą go nazwać nie sposób). Do tego stawiasz wiadra pod rynny, pijesz to, co ścieka z dachów. Ale wody ciągle za mało. Przypominasz sobie, że dwie przecznice dalej znajduje się ręczna pompa, może dałoby się do niej zakraść? Trzeba tylko wykorzystać moment, kiedy bojownicy milkną na chwilę. I kiedy nie lecą bomby. 


fot. Rada Miejska w Mariupolu 

No więc ruszasz. Mijasz dziesiątki trupów. Zwłoki leżą na poboczach i na chodnikach. No a jak miałoby być inaczej? Wielu ludzi opuściło miasto. Nie ma komu posprzątać ciał. Próbujesz je choćby przykryć ubraniem, prześcieradłem, czymkolwiek. A kiedy zbliżasz się wreszcie do studni, to słyszysz nagle dudnienie. Padasz na ziemię i zakrywasz głowę rękami. A potem znowu. I jeszcze raz. Leżysz tak, bo co innego miałabyś zrobić? 

I chodzisz tak na te wycieczki do pompy, chodzisz i chodzisz, robi się już połowa marca, dalej spacerujesz i co rusz napotykasz bezpańskie psy, które noszą w pyskach ludzkie ręce i nogi, a na ulicach robi się coraz straszniejszy smród. 

A potem spotykasz też znajomą. Ona również robi sobie czasami wycieczki na zewnątrz. Jak to po co? Po wodę, rzecz jasna. Sąsiadka opowiada ci, jak chowają zwłoki w jej domu: po prostu kopią mogiły w ogródku i grzebią wszystkich z rzędu, jak w masowym grobie. Kopać trzeba szybko i sprawnie, pomiędzy bombardowaniami. 


fot. Rada Miejska w Mariupolu 

No i tak się to toczy. Kiedy jesteś w domu z dziećmi i słyszysz dźwięk zbliżającego się czołgu – biegniesz zawsze błyskawicznie do schronu. Wiadomo, jak to jest z rosyjskimi czołgami: jedzie taki sobie ulicą i strzela wkoło a budynki składają się jak domki z kart. Są więc czołgi, są też moździerze, jeden uderzył ostatnio ulicę obok, trafił w letnią kuchnię teściowej. Jest dobrze, przeżyła. Ale kiedy wyszła na zewnątrz, to zobaczyła swojego owczarka rozdartego na kawałki – głowa w jednej części podwórka, tułów w innej. 

Pewnego dnia twój najmłodszy syn znajduje książeczkę z przepisami, otwiera zdjęcie naleśników, zaczyna chodzić za tobą dookoła i powtarzać „Naleśniki są pyszne!”. A potem powtarza jeszcze co innego: że chce jeść. Mówi to w kółko i wskazuje palcem na naleśnikowe zdjęcie. Ale ty nie masz mu co dać. 

Zaczynasz chyba wariować. Nic dziwnego, jedzenie się kończy, woda się kończy, został tylko słodki sok winogronowy, który sprawia, że jesteście jeszcze bardziej spragnieni. Trzeba więc rozcieńczać ten syrop wodą z kałuży. Nie masz już nawet siły płakać. 


fot. Rada Miejska w Mariupolu 

W końcu nadchodzi dzień najgorszy… Ruszasz jak zwykle po wodę. Musisz się na chwilę zatrzymać (kolejny ostrzał). No, jednak nie na chwilę. Zawracasz. Kiedy wchodzisz do domu, widzisz, że twoje dzieci całe są pokryte popiołem. To z pieczonych ziemniaków. Wyjadły zapasy na dwa dni. Uświadamiasz sobie, że to było na ostatnie dwa dni. Że nie macie jedzenia na jutro. Kończy się też drewno. Co zostało? Jest trutka na szczury, możesz zjeść przecież trutkę, możesz wszystko zakończyć. Tylko co zrobią dzieci? A może zostawić jedno, zostawić najstarszą córkę? Tak, niech chociaż ona próbuje dotrzeć do dziadków, niech znajdzie jakichś krewnych, niech o wszystkim opowie. Tyle że córka dostrzega to, co kiełkuje w twojej głowie, widzi to, domyśla się w każdym razie i zaczyna cię pilnować. 

Tak oto przychodzi kwiecień, drugi miesiąc życia w piekle. No więc wiesz już w piekle? Tak, piekło sprawia, że przestajesz myśleć, przestajesz cokolwiek rozumieć, nie wiesz już nic, nie pojmujesz nawet, w jakim kraju jesteś, bo nie ma zasięgu, nie ma też prądu. Więc pewnie i Ukrainy już nie ma. Pewnie cały kraj wygląda jak twój Mariupol. Czyli nie wygląda. 


fot. Rada Miejska w Mariupolu

A w przeddzień Wielkanocy, w przerwie między bombardowaniami, wynosisz wiadro i toaletę na zewnątrz i w miejsce tej prowizorycznej toalety uderza pocisk. Cud, że was tam w momencie ostrzału nie było. Dzień później wychodzisz znów na dwór, trzeba przecież posprzątać po tym ostrzale. I wtedy słyszysz nagle głosy, nieznane, niepojęte, głosy kobiet, dwie kobiety stoją przy bramie, kobiety rozmawiają, kobiety trzymają telefon, skąd telefon, jaki telefon znowu? Jesteście z zewnątrz, spoza miasta, jest coś poza miastem w ogóle? Co robicie, filmik kręcicie, jak to, jaki filmik, mówicie, że szukacie krewnych? To jest jeszcze coś poza? Jest Ukraina? Nagrajcie i mnie, pokażcie, że żyję, wyślijcie filmik bratu, brat po nas przyjedzie, brat nas stąd wydostanie. 

Przyjechał. Bierzecie pierwszy od dwóch miesięcy prysznic. Po raz pierwszy od dwóch miesięcy udaje się wam najeść. Dzieci jedzą bez końca a na sklepy spożywcze patrzą z płonącymi oczami. Ale w tych oczach jest nadzieja. Tak, odzyskujecie nadzieję na życie. Na spokój ducha. Na podstawowe dobra, które wcześniej wszyscy brali za pewnik.

Karolina Baca-Pogorzelska. Pióra i baletki zamienili na karabiny i drony, czyli artyści na wojnie


Artyści też giną na wojnie. Ilu? Nie wie nikt. Bo nikt nie wie, jakie są prawdziwe straty obu stron. Nie będzie przesadą powiedzieć, że przynajmniej kilkunastu wybitnych ukraińskich artystów zginęło w ciągu dwóch lat i trzech miesięcy pełnoskalowej wojny. Gdy w styczniu na froncie poległ Maksym Krywcow, literacki świat w Polsce zamarł, bo przecież za chwilę miała się ukazać po polsku jego debiutancka książka. O śmierci poety poinformowała Aneta Kamińska, jego tłumaczka, polska poetka, autorka m.in. „Pokoju z widokiem na wojnę”. Wczoraj kolejna niepokojąca wiadomość dla świata literackiego i muzycznego. Do wojska, zgodnie zresztą ze swoimi wcześniejszymi zapowiedziami wstąpił poeta Serhij Żadan. Ale to nie o nim tym razem jest ten tekst.  

- Mychaiło swoje skrzypce zamienił na kontroler do sterowania dronem. Denys zamiast teatralnych rekwizytów ma w ręku karabin. Artem konsolę DJ-ską porzucił na rzecz narzędzi do naprawiania frontowych fur – mówi wolontariuszka Aldona Hartiwńska. 

- Pamiętam o Borysie. Taką sobie sadhanę zadałem, żeby o nim pamiętać. No więc pamiętam, że on nie chciał już mówić o wierszach, jak zaczęła się totalna wojna – opowiada polski poeta Radek Wiśniewski. – Twierdził, że to koniec Poezji.  

- Co do ilości poległych… Są takie dni, że nic innego nie widzisz oprócz nekrologów. Jeden nekrolog po drugim. Trudno je zliczyć. Bywa, że jest ich kilkadziesiąt dziennie, a to i tak przecież nie wszyscy. Nawet w najgorszych tygodniach obrony Bachmutu nie było tak wielu nekrologów, jak teraz – opisuje zbierane przez siebie dane Wiesław Habowski.


Na zdj. Maksym Krywcow. Fot. arch. pryw.

Poezja, opera, balet – umiera na wojnie

Aneta Kamińska 7 stycznia 2022 roku, w dzień śmierci Maksyma Krywcowa przetłumaczyła jego ostatni wiersz. Napisany dosłownie dwa dni przed śmiercią poety. Oto jego fragment:

„Moja głowa toczy się od zarośli do zarośli
jak przetoczypole
lub piłka
moje ręce oderwane
wyrosną fiołkami na wiosnę
moje nogi
rozwłóczą psy oraz koty
moja krew
pofarbuje świat na nowy czerwony
Pantone ludzka krew
moje kości
wciągnie ziemia
i utworzą szkielet
mój przestrzelony automat
zardzewieje
biedaczek
moje rzeczy na zmianę i sprzęt
przekażą nowym rekrutom
żeby już szybciej była wiosna
żeby wreszcie
zakwitnąć
fiołkami”

5.01.2024

Ten wiersz jest taki… zupełnie jakby Krywcow przewidział swoją śmierć. Może ta specyficzna wrażliwość tak właśnie kształtuje artystów, których wojna znalazła bardzo często w rozkwicie lub najlepszym momencie ich kariery? Krywcow stał się symbolem, choć nie był pierwszym „człowiekiem od kultury”, jaki zginął na froncie broniąc ojczyzny. We wrześniu 2022 r. w obwodzie donieckim w trakcie ostrzału moździerzowego zmarł na przykład artysta baletowy, związany z Operą Narodową w Kijowie, Ołeksandr Szapował. 

Ale ukraińscy artyści ginęli na wojnie nie tylko na froncie. I tak m.in. na samym początku pełnoskalowej agresji Rosji w Ukrainie podczas ostrzału stolicy zginął Artem Datsyszyn, solista baletu Narodowej Opery Ukrainy. W marcu, także podczas ataku na Kijów, jego los podzieliła aktorka teatralna i telewizyjna, Oksana Szweć.   

Mariupol, Zaporoże, Kijów

Zestawienie tych niepotrzebnych śmierci, już jakiś czas temu, przygotowało Centrum Pomocy dla Kultury na Ukrainie.  

Najbardziej przejmujący fragment dotyczy najmłodszych artystów: „Straszna wojna na Ukrainie nie dała szansy na życie już ponad 200 dzieciom. Wśród nich znalazły się najmłodsze talenty mariupolskiego Teatru Koncepcja – Jelizawieta Oczkur i Sonia Amelczikowa, odtwórczynie głównej roli Łucji w sztuce „Lew, czarownica i stara szafa” na podstawie „Opowieści z Narnii”. Pogodne, czarujące, niezwykle utalentowane. Reżyser teatru wspomina jedną z lekcji sztuki teatralnej, na której najbardziej ujęło go to, co powiedziały o starej jodle: „Cierpi na przenikliwe zimno, dostarcza nam drewno na opał, jest dumna i piękna, choć bardzo stara, zasługuje na szacunek. My też pewnego dnia zestarzejemy się z tobą…”.   

Aldona Hartwińka (https://zrzutka.pl/yfusjt), która wspiera artystów walczących na zaporoskim froncie mówi: Mychaiło swoje skrzypce zamienił na kontroler do sterowania dronem. Denys zamiast teatralnych rekwizytów ma w ręku karabin. Artem konsolę DJ-ską porzucił na rzecz narzędzi do naprawiania frontowych fur. I chyba właśnie ta rozbieżność światów, w jakich oni żyją powoduje, że można się zastanowić, co oni tam robią? Bo przecież ci, którzy są na froncie, w znakomitej większości są ochotnikami, tzw. dobrowolcami. Co ich tam zagnało? Co po wojnie zostanie z artystycznej duszy?  

Zapytaliśmy o to Radka Wiśniewskiego, poetę, literata i członka Rady Fundacji UA Future, który opisuje pełnoskalową wojnę w Ukrainie od początku konfliktu w 2014 roku i w tym czasie wiele uwagi poświęcił właśnie m.in. artystom na wojnie.

– Pamiętam o Borysie. Taką sobie sadhanę zadałem, żeby o nim pamiętać. No więc pamiętam, że on nie chciał już mówić o wierszach, jak zaczęła się totalna wojna – opowiada w rozmowie z PostPravda.Info Radek Wiśniewski. – Twierdził, że to koniec Poezji. Wiersze pisał jeszcze w latach 2014-2015 na Donbasie. A potem mówił, że teraz już idzie tylko zabijać – dodaje. 


Fot. archwium pryw. Serhija Żadana.

Ostatnie zdjęcia z mediów społecznościowych Borysa, o którym mówi Radek Wiśniewski, pochodzą z okresu Bożego Narodzenia 2022 roku, z okolic Bachmutu. Potem o Borysie słuch zaginął. Wiśniewski wspomina, że przez minione 10 lat Borys często znikał z radarów, jak to na wojnie, a potem np. jak w 2016 roku, nagle pojawiał się np. w Polsce, by czytać swoje „Wiersze z wojny”. Mowa o Borysie Humeniuku – poecie, malarzu i żołnierzu. By pamięć o nim nie zniknęła, Radek Wiśniewski pisze do niego listy. Taką formę przybrały posty poświęcone temu konkretnemu artyście. 

Sześć lat temu Borys przyjechał do Polski czytać swoje wiersze pisane w okopach Donbasu. Wyobrażaliśmy sobie Bóg wie co, może to, że wydane przez nas „Wiersze z wojny” dokonają jakiegoś wyłomu w świadomości. Nie tylko literackiego, ale szerzej patrząc – w myśleniu o Ukrainie, Ukraińcach. To, co wydaliśmy, to w zasadzie nie były wiersze, albo raczej były nimi z nazwy. Suche, wersyfikowane notatki pisane pod ostrzałem koło wsi Piaski opodal donieckiego lotniska cywilnego zrujnowanego przez dziesiątki godzin bombardowań i walk na bliski dystans z tak zwanymi separatystami, o których cały świat wiedział, że nie są żadnymi separatystami i że takich mundurów, broni, oporządzenia, łączności – nie można sobie kupić w każdym sklepie.  

Wojenne piosenki w Ukrainie

Obecność artystów na wojnie przybiera różne oblicza i w przyszłości będzie to niewątpliwie tematem wielu prac naukowych. Czy to z zakresu psychologii albo socjologii. Także piosenki, jakie pojawiły się przez dwa lata pełnoskalowej wojny na ukraińskim rynku, mogłyby wystarczyć na roczne playlisty w kilku stacjach radiowych. 

Zacznijmy od rockowego zespołu Kozak System, który już w 2014 roku wspierał armii ukraińską, będącą w tym czasie w niemal całkowitej rozsypce – zarówno finansowej, jak i mentalnej. Kozak System nagrał wtedy wraz z Enejem i Maleo Reggae Rockers piosenkę „Brat za brata”, w której śpiewali, że doczekamy się Ukrainy w Europie. Po tym, jak Rosja zaatakowała Ukrainę, muzycy niemal od razu zaczęli tournée po UE, grając koncerty charytatywne, z których dochód przeznaczony był na pomoc Siłom Zbrojnym Ukrainy. I tak na przykład według portalu report.if.ua – tylko podczas dwóch koncertów w Iwano-Frankiwsku w czerwcu 2022 roku – zespół zebrał 100 tys. hrywien (dziś to ok. 10 tys. złotych). 

Do obrony terytorialnej wstąpili niemal natychmiast członkowie zespołu Antytila, który po kilku miesiącach wrócił na scenę, by w ten sposób móc pomagać armii. Muzycy zasłynęli m.in. dzięki hitowi „Forteca Bachmut” z niesamowitym teledyskiem, nagranym w tym nieistniejącym już mieście. Zapowiedzieli też przyszły koncert, który – jak twierdzili – zagrają latem 2024 roku na ukraińskim Krymie.  

Jednakże pierwszym, który zaskoczył chyba najbardziej, był Andrij Chływniuk z zespołu Boombox, który poszedł do armii od razu na początku Wielkiej Wojny. To on w pierwszych dniach rosyjskiej inwazji na Ukrainę, na pustych ulicach Kijowa nagrywał słowa starej ukraińskiej pieśni pt. „Czerwona Kalina”. Ostatecznie, dzięki współpracy Andrija i zespołu The Kiffness, utwór zyskał ogromną popularność i dziś choćby jej pierwszą zwrotkę znają i śpiewają chyba wszyscy Ukraińcy w kraju lub za granicą. Od małego do najbardziej wiekowego.


Tuż po publikacji wideo, The Kiffness informował, że wspólne wykonanie Czerwonej Kaliny tylko w jeden dzień przyniosło aż 7000 dolarów zysków z wszelkich tantiem. Pieniądze artyści oczywiście przekazali na pomoc Ukrainie.  

Okean Elzy w służbie ukraińskiej armii

Swoją wojenną misję realizował również od początku pełnoskalowej wojny frontman zespołu Okean Elzy, Swiatosław Wakarczuk, który na początku maja 2024 roku wraz z zespołem zagrał w Warszawie. „Chcemy zainteresować Europę Ukrainą poprzez kulturę i muzykę. Wszyscy wiedzą, że sztuka to delikatna broń, ale bardzo skuteczna. Dlatego cieszymy się, że w partnerstwie z Warnerem możemy przygotowywać się do premiery. Nagraliśmy dziesięć piosenek, pierwszy singiel „Voices Are Rising” już się ukazał (…). Oczywiście, nagraliśmy piosenki z myślą o ukraińskich fanach, ale przede wszystkim z myślą o zagranicznych słuchaczach, którzy nigdy nie słyszeli żadnej ukraińskiej grupy. Nie znają naszej literatury, kinematografii, teatru, malarstwa. Naszego języka by nie zrozumieli, muzyka może się im spodobać, a nie zmieniła się chyba bardzo od poprzedniej płyty. Chcemy pozyskać nowych fanów, również w Polsce. Oczywiście muzyka pop jest nieprzewidywalna, ale może pomożemy w pobudzeniu zainteresowania Ukrainą i ukraińską kulturą” – mówił w rozmowie z Jackiem Cieślakiem dla „Rzeczpospolitej” Wakarczuk pytany o powód wydania anglojęzycznej płyty.  

Na początku pełnoskalowej agresji Wakarczuk, który ma na koncie również jedną kadencję na stanowisku deputowanego Rady Najwyższej Ukrainy, jeździł z gitarą po Ukrainie i grał koncerty czasem dla kilku, czasem dla kilkunastu osób, także blisko frontu. Z kolei cały Okean Elzy dał fenomenalny koncert w kijowkim metrze. W tym czasie też powstała jedna z najbardziej przejmujących piosenek wojennych „Miasto Marii” o Mariupolu.


Festiwale i koncerty na wojnie

Wojna artystów to także okołoartystyczne historie. Chciałabym przytoczyć dwie z nich. 

Pierwsza dotyczy festiwalu Faine Misto, największego muzycznego festiwalu Ukrainy wywodzącego się z Tarnopola. W 2022 roku odbył się on w Polsce, a w tym roku odbędzie się znów na terenie Ukrainy, tym razem we Lwowie. Festiwal wspiera działania jednostki Azow, a szefem ochrony festiwalu niemal od zawsze był Spider. Co ma piernik do wiatraka? Kapitan Andrij Spider Ignatiuk był jednym z obrońców Azowstalu. Trafił do rosyjskiej niewoli, z której wyszedł w ramach wymiany jeńców po kilkunastu miesiącach. W tym roku będzie jednym z gości panelu, otwierającego imprezę. Imprezę, która po raz kolejny ma na celu podtrzymanie i wsparcie Azowa, a Ukraińcom pokazanie, że ich kultura mimo wojny nie ginie i nie zginie. Fundacja UA Future zbiera obecnie pieniądze na auto dla Spidera, bo ten szykuje się do powrotu na front. Możecie dorzucić swoje parę złotych.


Fot. Piotr Kaszuwara, 2016 rok. Spider pierwszy od prawej. 

Druga historia, o której chciałabym Wam opowiedzieć to opowieść o niewidomej dziewczynce, grającej na bandurze. Koncertuje w swoim kraju, jednocześnie zbierając pieniądze na pomoc ukraińskiemu wojsku. Anna Maria Herman do marca 2024 r. zebrała w ten sposób 2,5 mln hrywien (to dziś ok. 250.000 zł), koncertując np. w cerkwiach.

O wielu losach artystów, walczących na wojnie, wiemy, o wielu nie dowiemy się nigdy. Mowa o przypadkach podobnych do historii Borysa. Czyli o tych, po których słuch zaginął. Dlaczego? Dlatego, że ani strona ukraińska, ani rosyjska nie podają prawdziwej liczby zabitych żołnierzy. 

Nikt ich nie widział, nikt o nich nie słyszał 

Dane, które publikuje codziennie Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy i z których wynika, że w ciągu doby mogło zginąć czy to 500 czy to 1200 rosyjskich żołnierzy, należy traktować z rezerwą. Dane o artystach pojawiają się sporadycznie i zwykle przypadkowo. Bo ktoś komuś powiedział, bo ktoś od kogoś usłyszał, a ktoś znowu gdzieś opublikował. Ale na koniec dnia, można się spodziewać, że być może będzie z nimi tak, jak stało się z ofiarami cywilnymi w Mariupolu czy Wołnowasze w obwodzie donieckim. Skala ofiar jest nie do oszacowania i nie do policzenia. 

Tych, o których wiadomo na pewno, że nie żyją i których da się w jakiś sposób upamiętnić, stara się opisywać Wiesław Habowski na swoim Facebooku. – Projekt powstał na początku wojny, chodzi o pożegnanie każdego żołnierza który zginie. Czy te dane są pełne? Ciężko powiedzieć bo pożegnania trafiają z najprzeróżniejszych źródeł, a to od wojskowych, a to od rodzin, szkół, znajomych, bliskich… Danych o artystach, o osobach, związanych ze sztuką, teatrem, czy telewizją, jest bardzo wiele. Trudno powiedzieć, jak dużo ich faktycznie umiera, tym bardziej, że informacje docierają w różnym czasie. Najczęściej po dwóch-trzech dniach, ale bywa, że nawet po miesiącu albo i później – szczególnie jeśli do identyfikacji ciała są potrzebne badania DNA – mówi Habowski dla PostPravda.Info

Nie ma przy tym wątpliwości, że dane podawane przez władze ukraińskie nie są prawdziwe. – Co do ilości poległych… Są takie dni, że nic innego nie widzisz oprócz nekrologów. Jeden nekrolog po drugim. Trudno je zliczyć. Bywa, że jest ich kilkadziesiąt dziennie, a to i tak przecież nie wszyscy. Nawet w najgorszych tygodniach obrony Bachmutu nie było tak wielu nekrologów, jak teraz. Od momentu, kiedy Rosjanie zaczęli ofensywę. 

Bez względu na to, ilu będzie badaczy, jak mrówczą pracę wykonają amatorzy, społecznicy i profesjonaliści, pewnie nigdy nie dowiemy się, ilu żołnierzy zginęło podczas pełnoskalowej agresji Rosji w Ukrainie. A tym samym: pewnie nigdy też nie policzymy poległych artystów.


Nikołaj Karpicki. Czy można wynegocjować pokój, jeśli przyczyna wojny jest irracjonalna?

Źródło: Wydawcą PostPravda.info. 23.07.2024.  URL: http://postpravda.info/?p=7626


Po upadku Związku Radzieckiego służby bezpieczeństwa zaczęły przygotowywać się do przejęcia władzy i odbudowy imperium. Pierwszy krok na tej drodze to wojna czeczeńska z lat 1994-1996, którą Rosja przegrała. Była to klasyczna wojna kolonialna, której towarzyszyły przerażające zbrodnie. Jednak jej cel stanowiło wzmocnienie Rosji, a zbrodnie wojenne były efektem ubocznym.

Kiedy Władimir Putin rozpoczął drugą wojnę czeczeńską w 1999 r., zbrodnie wojenne stały się celem samym w sobie. Jeśli całkowite zbombardowanie miast można jeszcze tłumaczyć jako efekt uboczny (armia rosyjska nie była w stanie walczyć inaczej), to zbombardowanie kolumny uchodźców, którym nie pozwolono opuścić strefy wojny na terytorium Rosji, nie jest już możliwe do wytłumaczenia. Ta zbrodnia ma już motywację irracjonalną, a raczej, jak wówczas podejrzewałem, nekrofilską. 

Wojny kolonialne współczesnej Rosji

Nastroje społeczeństwa rosyjskiego również zaczęły się w tym czasie zmieniać. Podczas gdy nie popierało ono pierwszej wojny czeczeńskiej, to po atakach terrorystycznych, w których wysadzono w powietrze cztery budynki mieszkalne w Rosji jesienią 1999 r., Rosjanie generalnie poparli drugą wojnę czeczeńską i jej głównego inicjatora, Władimira Putina. Poparcia tego nie mógł zachwiać fakt, że FSB została złapana na gorącym uczynku podczas próby wysadzenia piątego domu w Riazaniu, o czym otwarcie informowały nawet rosyjskie media. Putin i tak na fali “walki z terroryzmem” został prezydentem.

W konsekwencji tego w każdej kolejnej sytuacji kryzysowej, zawsze wybierał opcję, która prowadziła do maksymalnej liczby ofiar. Na przykład, kiedy terroryści zajęli teatr, zostali zagazowani razem z zakładnikami; kiedy dwa samoloty pasażerskie zostały porwane, zestrzelono je razem z pasażerami; kiedy dzieci zostały wzięte jako zakładnicy w Biesłanie, szkoła została ostrzelana razem z dziećmi przy użyciu artylerii. Oznacza to, że śmierć zaczęła być rozumiana jako uniwersalny sposób rozwiązywania wszystkich problemów, a to właśnie prowadzi do postawy nekrofilskiej, wyjaśniającej irracjonalną brutalność, z jaką Rosja prowadzi obecnie wojnę przeciwko Ukrainie.

W 2014 r. protesty w Kijowie doprowadziły do przedterminowych demokratycznych wyborów nowego ukraińskiego prezydenta. Rosyjski rząd uznał to za zamach stanu i wykorzystał jako pretekst do zajęcia Krymu i militarnej inwazji na wschodnią Ukrainę. W ten sposób w lutym 2014 roku rozpoczęła się pierwsza wojna rosyjsko-ukraińska, która trwała do 24 lutego 2022 roku.

Pomimo straszliwych zbrodni wojennych, czasami irracjonalnych, miała ona całkiem racjonalny imperialny cel – podporządkowanie Kijowa. Miała zatem klasyczny kolonialny charakter, a po drodze Putin osiągnął duży sukces – zmuszając stronę ukraińską do podpisania porozumień mińskich, które przewidywały przeprowadzenie wyborów pod rosyjską obecnością wojskową i legalizację terrorystycznych struktur marionetkowych reżimów w ramach prawnych Ukrainy.

Po wdrożeniu tego «planu pokojowego» kontrolowani przez Rosję bojownicy mieliby oficjalny status w Ukrainie i mogliby terroryzować ludność na całym jej terytorium, a za ich pośrednictwem Putin byłby w stanie kontrolować Ukrainę od wewnątrz. Na szczęście umowy te nie zostały ratyfikowane przez ukraiński parlament, ale na arenie międzynarodowej stały się uzasadnieniem dla odmowy pomocy wojskowej. Zachodni politycy nie rozumieli, dlaczego Ukraina powinna być zaopatrywana w broń, skoro podpisała już porozumienia pokojowe.

Gdyby Władimir Putin miał racjonalny imperialistyczny cel i był rzeczywiście zorientowany na sukces, to zwiększałby presję wojskową i polityczną, koncentrując się na drenowaniu Ukrainy. Dlatego przed pełnoskalową inwazją sądziłem, że Putin dokona zamiast niej kolejnej inwazji lokalnej na Donbasie i ogłosi Zachodowi, że chodzi jedynie o wewnętrzny konflikt Ukrainy z samozwańczymi republikami, który można zakończyć jedynie poprzez wdrożenie porozumień mińskich.

W takim przypadku kraje zachodnie powstrzymałyby się od dostarczania broni, zapasy Ukrainy szybko by się wyczerpały, a Ukraina pozostałaby nieuzbrojona. Jednak Putin, z jakiegoś irracjonalnego powodu, wybrał inną drogę.

Nekro-imperialistyczna wojna

24 lutego 2022 r. Putin przystąpił do pełnoskalowej inwazji, rozpoczynając drugą rosyjsko-ukraińską wojnę na wyniszczenie, która nie miała już racjonalnego celu. Pamiętam jej pierwszy dzień. Pamiętam ranek, słyszałem przez okno, jak dźwięki syren wypełniają całą przestrzeń Kijowa, ale i wciąż trzymałem się w upiorne desperacji myśli, że, że wróg zostanie skoncentruje się na bardziej racjonalnych celach, a nie na bezsensownym bombardowaniu ludności cywilnej. Podczas gdy mój umysł chwytał się iluzorycznej nadziei, moje zmysły mówiły mi, że nadeszła już mała apokalipsa, wielu moich bliskich i zwykłych znajomych zostało już skazanych na śmierć i zginie w nadchodzących miesiącach lub latach. Rzeczywistość okazała się straszniejsza niż jakiekolwiek fantazje. Najeźdźcy rozpętali potworny terror wobec ludności cywilnej.

Pierwsze dni inwazji to mgła wojny. Nadzieja, że straty zmuszą wroga do odwrotu, bo skoro działania militarne nie doprowadzą do podboju, to logika imperialisty nakazuje wycofanie się i zgromadzenie sił do nowego ataku lub sięgnięcia po metody polityczne.

Marzec 2022. Ofensywa wroga na Kijów została stłumiona: stało się jasne, że Ukraina się utrzyma. Rosjanie wycofują się z centralnej Ukrainy. No więc znowu nadzieja, że dostrzegą bezsens kontynuowania wojny.

Kwiecień – sierpień 2022. Nadzieja okazała się płonna. Wróg posuwa się naprzód na Donbasie, stosując taktykę ostrzału. Ukraina marnuje amunicję, a zachodnia pomoc wojskowa jest opóźniona. Ukraińska piechota jakimś cudem powstrzymuje natarcie wroga. W najbardziej krytycznym momencie przybywają himars i linia frontu się stabilizuje.

Wrzesień-listopad 2022. Putin ogłasza przyłączenie czterech ukraińskich obwodów do Rosji. Grozi użycia broni nuklearnej. Szantaż się nie udaje. Armia ukraińska wyzwala Kupiańsk, Izium, Liman, Chersoń. 

Grudzień 2022 – maj 2023. Nagle dostawy broni zostają wstrzymane, a wróg ponownie posuwa się naprzód, zdobywa Bachmut, uderza w infrastrukturę energetyczną. Po długiej przerwie zachodnie dostawy broni zostają wznowione, a wraz z nimi pojawia się nadzieja.

Czerwiec-wrzesień 2023. Ukraińska ofensywa powoli przeżuwa rosyjską obronę. To ostatnia szansa na uniknięcie niekończącej się wojny. Kraje zachodnie nie spełniły wszystkich obietnic dotyczących dostaw broni. Rosyjski reżim ucierpiał w wyniku rebelii. Rosyjska armia przeprowadza kontrataki i zatyka wyłomy w obronie.

A co dzieje się teraz? Rosja miała czas na przystosowanie się do niekończącej się wojny na wyniszczenie i nieustannie posuwa się naprzód, ignorując straty, które zatrzymałyby każdą inną armię. Zajmuje Awdijiwkę, zagraża miejscowości Czasiw Jar, rozpoczyna dywersyjną ofensywę w regionie Charkowa. Jednakże głównym kierunkiem uderzenia jest Pokrowsk. Latem, po dłuższej przerwie, wznowiono dostawy pomocy wojskowej, a sytuacja na froncie powoli zaczyna się wyrównywać. Przed nami mglista przyszłość. Sytuacja polityczna na świecie nie napawa optymizmem.

Gdy piszę te słowa, Kijowem wstrząsają eksplozje. Z okna widzę trzy słupy dymu, unoszące się nad dzielnicami mieszkalnymi. Napływają zdjęcia z ataku na dziecięcy szpital onkologiczny. Niestety, tak już teraz będzie. Nie widać końca.

Mutacja rosyjskiej świadomości imperialnej

Archaiczny rosyjski imperializm opierał się na idei gromadzenia ziem, zgodnie z którą życie narodów nabierało znaczenia i wartości tylko wtedy, gdy zostały one włączone do Rosji. Niezależne życie ludzi poza Rosją zostało zdewaluowane, ale nie było jeszcze postrzegane jako zło. Pierwsza mutacja imperialnej świadomości towarzyszyła ustanowieniu bolszewickiej dyktatury. Bolszewicy wierzyli, że zło jest nieodłącznym elementem społecznej natury człowieka, a zatem świat jest skazany na walkę klas. Aby oczyścić świat ze zła, konieczna była światowa rewolucja.

Celem archaicznego imperializmu jest dobrobyt imperium; celem totalitarnego imperializmu stała się sama władza, która na podstawie totalitarnej ideologii jest uzasadniana potrzebą oczyszczenia wrogiego świata ze zła. Dyktaturze Putina towarzyszyła druga mutacja imperialnej świadomości, związana ze strachem przed złożonością świata. Cywilizacja zachodnia przeraża swoim skomplikowaniem i różnorodnością, nowy typ imperialistów wierzy, że jest ona z natury zła, podczas gdy zacofane prymitywne dyktatury są postrzegane jako sojusznicy Rosji w konfrontacji ze złem świata właśnie. W związku z tym w społeczeństwie szerzy się wizja nekrofilska, w której zniszczenie i śmierć są jak najbardziej pożądane, pozwalają bowiem na powrót uprościć otaczający nas świat. Decyzja o kontynuowaniu wojny o zagładę, której nie da się wygrać, została podjęta pod wpływem takiego nekrofilskiego nastroju, który towarzyszył mutacji rosyjskiego totalitarnego imperializmu w nową formę – nekroimperializmu. 

Jeśli opinia publiczna i elity polityczne krajów demokratycznych wierzą, że Rosja wyznaczyła sobie jakikolwiek racjonalny cel w tej wojnie, to niebezpiecznie się mylą. Jeśli myślą, że Putin chce czegoś konkretnego, zasobów, pieniędzy, wpływów… Odczytanie racjonalnego celu umożliwiłoby negocjacje z Rosją i znalezienie kompromisu. Jeśli jednak wróg zabija bez żadnego racjonalnego celu, to nie można mu zaoferować niczego, co sprawiłoby, że zabijać przestanie.

Mając nadzieję na negocjacje z Putinem, zachodni przywódcy nie zdawali sobie sprawy, że to oni sami w jego obrazie świata stali się ucieleśnieniem zła, a negocjacje są jedynie sztuczką, która ma pozwolić nadal prowadzić wojnę. Dlatego wojna będzie trwać tak długo, jak długo obecny reżim utrzyma się w Rosji. Możliwe są rzeczywiście tymczasowe okresy rozejmu, ale ta wojna i tak bez wątpienia będzie się rozwijać i obejmować nowe kraje. Tylko Ukraina może powstrzymać atak agresora, chroniąc w ten sposób kraje europejskie.

Rosyjski nekroimperializm tworzy obraz świata, w którym przestają obowiązywać dotychczasowe granice moralne, a wobec wroga dopuszczalna staje się każda zbrodnia. Każdy dobry uczynek jest uważany za zły, jeśli jest popełniany przez wroga, zło jest rozumiane jako dobro, a dobro jako zło. W masowej świadomości nekroimperializm przejawia się poprzez tłumienie empatii, odmawianiu innym prawa do istnienia i traktowaniu śmierci jako sposobu na uczynienie świata prostszym i jaśniejszym.

Inna rzecz, że jeśli niemoralna osoba albo złoczyńca działa samolubnie, w imię zysku, to można z nim zawrzeć kompromis. Tak właśnie zachodni przywódcy myśleli o Putinie, kiedy kupowali od niego ropę i gaz oraz promowali jego wpływy polityczne. Błędnie sądzili, że jeśli bardziej opłaca mu się być cywilizowanym, będzie zachowywał się jak cywilizowany człowiek. Z tego powodu byli nieprzygotowani na wojnę, ponieważ myśleli, że nie jest ona korzystna dla Rosji. A skoro tak to nigdy nie nadejdzie. Jednak rząd rosyjski nie kieruje się własnymi egoistycznymi korzyściami, ale nekrofilskim obrazem świata. Dlatego właśnie Rosja zaatakowała Ukrainę. I zaatakuje kolejny kraj europejski, gdy tylko nadarzy się okazja, mimo że to również nie będzie to korzystne. Również wtedy osiągnięcie z nim porozumienia okaże się niemożliwe. Rosję można powstrzymać tylko siłą. Albo kraje demokratyczne w koalicji z Ukrainą pokonają Rosję i wymuszą dekonstrukcję imperium, albo wojna będzie trwać bez końca. 

By jednak imperium zdekonstruować, politycy i opinia publiczna nie tylko w Ukrainie, ale także w innych cywilizowanych krajach, musi zdadzą sobie sprawę i pogodzić się z irracjonalnością przesłanek wojny rosyjsko-ukraińskiej.

niedziela, 4 grudnia 2022

Nikołaj Karpicki o aresztowaniach w Tomsku. 4.12.2022

Z wpisu Nikołaja Karpickiego, tomskiego wykładowcy, który uciekł do Ukrainy przed rosyjskimi służbami specjalnymi i zamieszkał w Słowiańsku.

Skończyłem egzaminy. Wszyscy borykamy się z przerwami w dostawach prądu, dlatego rozmawiam ze studentami, kiedy tylko są się w stanie połączyć: i w dzień i w nocy. We wtorek udało mi się zobaczyć online z cała grupą. Przez okno usłyszałem kilka wybuchów. Zajęć jednak nie przerwałem. Potem w wiadomościach podano, że rakiety spadły na sąsiednie osiedle. Sensu w tych ostrzałach nie ma żadnego. Wygląda to jakby ktoś chciał się wykazać, że w związku z masowym ostrzałem infrastruktury i on nie próżnuje. Podobno poleciały na nas S-300. Wróg ma ich tysiące, mogą więc strzelać ot tak, bez planu.

Tymczasem w moim Tomsku trwają represje. Rozpoczął się proces Wiktora Ławrentjewa za jego wpisy na FB o działaniach rosyjskich wojsk w Ukrainie. W tym samym czasie aresztowano skrzypaczkę Annę Czaginę, sprawa karna, również za wpisy w sieciach społecznościowych. W Rosji przyzwoitym ludziom jest teraz znacznie trudniej niż mi. Bardzo im współczuję. Za to dla donosicieli nastały złote czasy.

Za udostępnianie moich wpisów można teraz w Rosji siedzieć. Bądźcie ostrożniejsi. Poniżej wywiad z Anną Czaginą, która jest oskarżona o dyskredytację rosyjskiej armii. Czagina mówi: «Na razie zdążyłam tylko przeczytać protokoły, nie znam jeszcze materiałów ze sprawy karnej. Jeśli dobrze zrozumiałam, chodzi o skopiowanie z FB i zamieszczenie w sieci VKontakte tekstów chrześcijańskiego myśliciela Pawła Lewuszkana oraz filozofa Nikołaja Karpickiego ze wskazaniem ich autorstwa. Karpicki stał na czele Tomskiego Komitetu Antyfaszystowskiego, teraz mieszka w Ukrainie. Pisze o nekrofilskim imperializmie, o tym, dlaczego Rosjanie tak postępują na wojnie i w codziennym życiu. Ponadto oskarżają mnie w związku z komentarzem «Nie dla wojny», jaki napisałam pod czyimś wpisem».

czwartek, 13 października 2022

Rosja oczami Jędrzeja Morawieckiego

Jędrzej Morawiecki [fot. archiwum WBP w Opolu]
Jędrzej Morawiecki [fot. archiwum WBP w Opolu]
Na Rosję spojrzymy oczami dziennikarza, publicysty i reportażysty, który odwiedzał ten kraj wielokrotnie - Jędrzeja Morawieckiego. Nasz gość opowiedział o książce "Szuga. Krajobraz po imperium". Odpowiedział także na inne pytania: jaki dostęp do informacji ze świata mają mieszkańcy miast, miasteczek i wsi? Jak różne od moskiewskich były syberyjskie doświadczenia naszego rozmówcy? Czy jest szansa na szybkie obalenie władzy Putina?


czwartek, 22 września 2022

Piotr Kaszuwara. Rosyjski filozof o Putinie: To nekroimperialista. Jego celem jest zabijać


– Jeżeli na Zachodzie zauważyliby, jakich zbrodni dopuścił się tam Putin, to wiedzieliby, że to barbarzyństwo się nie skończy. Imperializmu nie da się zatrzymać rozmową, ale wyłącznie siłą. Czeczenia była pierwsza. Później Gruzja, Syria. Po nich musiał przyjść czas na innego sąsiada – mówi w rozmowie z Onetem Nikołaj Karpicki*, rosyjski filozof mieszkający w Ukrainie.


Piotr Kaszuwara: Czy możemy ujawnić, gdzie dokładnie pan mieszka?

Nikołaj Karpicki, rosyjski filozof i opozycjonista: Tak. Tutaj zaczęła się wojna Ukrainy z Rosją w 2014 r. Mieszkam w Słowiańsku od trzech lat. W Ukrainie od roku 2015. Na początku osiedliłem się w Charkowie, bo tam przeniesiono Narodowy Uniwersytet Rolniczy z Ługańska. Wszyscy wykładowcy byli tam uchodźcami. Ja też byłem jednym z nich, tylko że ja wyjechałem z Rosji, z Tomska na Syberii, gdzie się urodziłem, żyłem, pisałem i uczyłem. Później naszą uczelnię przeniesiono do Słowiańska i mnie także przygarnięto. Kupiłem dom, z pięknym widokiem na wzgórza i jeziora. Teraz widzę stąd też strzelające HIMARS-y.

Piotr Kaszuwara: Nasza rozmowa nie jest dla pana niebezpieczna? Rosjanie są zaledwie 10 km od miasta. Będą wreszcie wiedzieli, że pan tutaj jest.

Nikołaj Karpicki: Jeśli wróciłbym do kraju, to byłoby to dla mnie niebezpieczne. Trzeba mieć na uwadze, że represje w Rosji idą bardzo skrupulatnym, biurokratycznym szlakiem. Żeby kogoś represjonować, najpierw Federalna Służba Bezpieczeństwa musi zebrać dużo materiałów na człowieka. Tak zresztą było z wieloma moimi znajomymi, wobec których toczyły się śledztwa. W końcu wylądowali w więzieniach. Do momentu, kiedy mieszkam w innym kraju, to oni będą zajmowali się innymi ludźmi, a nie mną.

Władza w Rosji represjonuje nie za idee, ale za udokumentowane "przestępstwa". FSB funkcjonuje tak, że na przykład mają w planie wykryć i zatrzymać dziesięciu szpiegów. Śledzą więc i obserwują dziesięć różnych osób. Zbierają na nich dowody i aresztują. Jeśli okaże się, że jedenasta osoba jest szpiegiem, to nic z nią nie zrobią, bo to jest już ponad plan do wykonania. Najważniejszy jest raport i zdobyte gwiazdki oraz awans.

Piotr Kaszuwara: Kogoś z pana przyjaciół aresztowano?

Nikołaj Karpicki: Rok temu. Igor Kuzniecow, który był znany z regularnego udziału w antywojennych manifestacjach. Wspierał Ukrainę i w końcu został aresztowany właśnie w Tomsku i zabrany do Moskwy. Jego los jest teraz nieznany.

Piotr Kaszuwara: Nie myślał pan, żeby jednak wyjechać ze Słowiańska, z pobliża linii frontu, gdzie codziennie spadają rakiety i giną ludzie?

Nikołaj Karpicki: Wierzę w ZSU (Ukraińskie Siły Zbrojne – red.) i skrupulatnie obserwuję sytuację. Gdyby było takie zagrożenie, że Rosjanie zajmą Słowiańsk, to pewnie wyjechałbym do Kramatorska, czyli kilkanaście kilometrów dalej. Dopóki ZSU chroni mnie na tyle, że mogę tu zostać, to zostanę.

Piotr Kaszuwara: Jak wytłumaczyć Rosję ludziom z zachodniej Europy? Niemcy, Francja i wiele innych krajów było bardzo zaskoczonych, że wybuchła wojna, że rosyjska armia dopuszcza się zbrodni wojennych na cywilach, że żołnierze palą, kradną, mordują i gwałcą. Zachód jeszcze niedawno uważał Władimira Putina za partnera do rozmów.

Nikołaj Karpicki: Nie widzieli, co wydarzyło się w Czeczenii? Jeśli zauważyliby, jakich zbrodni dopuścił się tam Putin, to wiedzieliby, że to barbarzyństwo się nie skończy. Imperializmu nie da się zatrzymać rozmową, ale wyłącznie siłą. Czeczenia była pierwsza. Później Gruzja, Syria. Po nich musiał przyjść czas na innego sąsiada.

Celem służb specjalnych, które doszły do władzy w Rosji, jest przywrócenie potęgi Związku Radzieckiego, ale nie w nazwie, tylko w nowej formie i z większymi niż wtedy wpływami. Oznacza to, że kraj można uznać za niepodległy jak np. Białoruś, ale musi być on w pełni kontrolowany przez Rosję. Jakie mają metody, pokazał Aleksander Litwinienko, zamordowany w Londynie w 2006 r.

W swojej książce "Wysadzić Rosję" pisał, że zamachy na budynki mieszkalne w Rosji w 1999 r., które były pretekstem dla Putina do wkroczenia do Czeczenii, były tak naprawdę zamachami przeprowadzonymi przez FSB. Zginęło wtedy 300 osób, ale udało się służbom zdobyć władzę. Moim zdaniem to było zaplanowane od samego początku, kiedy KGB pozwoliło na upadek partii komunistycznej pod koniec lat 80.

Piotr Kaszuwara: Jaka to droga do imperium?

Nikołaj Karpicki: Chodzi o metamorfozę tego pojęcia. Imperium kojarzy się z tworami średniowiecznymi, takimi jak imperium chińskie czy osmańskie albo idea Rosji jako trzeciego Rzymu. Współcześnie takie imperia nie mogłyby istnieć, więc imperium musiało się przeistoczyć. Na przykładzie nazistowskich Niemiec widzimy, że często kończy się to totalitaryzmem.

Dawne imperia opierały się na tradycji, na religii. Hitlerowskie Niemcy czy Związek Sowiecki nie miały takich tradycji, które mogłyby w jakiś sposób połączyć ludzi żyjących na ich terenie. Dlatego musieli stworzyć nową ideę, opierającą się na absolutyzacji zła. Naziści uznali za najistotniejsze cechy biologiczne ludzi, a Sowieci postawili na piedestale społeczną naturę człowieka. System Putina z kolei opiera się na służbach specjalnych. Takich jak dawne KGB, NKWD, Czeka czy teraz FSB. Krótko mówiąc, na policji politycznej.

Piotr Kaszuwara: To coś nowego? Znamy choćby z historii Iranu okrutny SAWAK, niemalże policję myśli.

Nikołaj Karpicki: Już w starożytności powstał tzw. manicheizm. To założenie, że świat materialny jest zły i trzeba z nim walczyć. Jest dobro i zło, które nieustannie się ze sobą ścierają. Tak funkcjonują umysły współczesnych czekistów. Wiele osób w Ukrainie sądzi, że chodzi o wprowadzenie w ich kraju rosyjskiego świata, tzw. ruskiego miru.

W Rosji tak naprawdę nikt się tym szczególnie nie przejmuje. Rosyjski świat, komunizm, carat – to nikogo nie obchodzi. Liczy się tylko walka ze złem, które spersonifikowano między innymi w pułku Azow. Najbardziej niebezpieczna dla tego typu obrazu świata jest jego złożoność, a najważniejsze jest poszukiwanie wroga.

Piotr Kaszuwara: Wróg się nieustannie zmienia, jak w książce Georga Orwella "Rok 1984"? Aby można było taką wizję wprowadzić w życie, trzeba zadbać o to, by społeczeństwo było np. odcięte od zewnętrznych informacji, od zagranicznych szkół, czy w ogóle od wykształcenia?

Nikołaj Karpicki: To kolejny element tego systemu, czyli tzw. lumpen, motłoch. W Rosji "lumpen" to nie tylko proletariat, ale także intelektualiści, ludzie kościoła. Każdy, kto kieruje się niskimi i egoistycznymi pobudkami. To jedna z oznak degradacji społeczeństwa, bo aby móc tak żyć, trzeba pozbyć się złożoności świata. Ten lęk prowadzi do imperialnej nekrofilii. Znika ten, kto utrudnia. Jednostka umiera, a cały system żyje spokojnie. Świat, w którym jest wielu żyjących ludzi, jest zbyt przerażający, a świat, w którym wszyscy umierają, jest światem spokojnym.

Piotr Kaszuwara: To jest ten "rosyjski mir"?

Nikołaj Karpicki: To idea archaiczna. Użyteczna, ale nieistotna. Wiele jest takich pojęć: carat, komunizm, euroazjatyzm, trzeci Rzym. Ja nazywam to społeczną nekrofilią, bo o ile np. bolszewikom chodziło o podbicie świata, o władzę totalitarną i o takie zwycięstwo nad złem, to Putinowi chodzi po prostu o zniszczenie świata, który w swojej złożoności jest dla niego czymś strasznym.

Piotr Kaszuwara: To zupełnie coś innego niż zachodnia myśl budowania i właśnie pokazywania tej złożoności.

Nikołaj Karpicki: Dlatego ludzie na Zachodzie nie rozumieją toku myślenia Putina i tego, co robi w Ukrainie. Dlatego nie spodziewali się, że będzie zachowywał się tak destrukcyjnie. Raczej myśleli, że ma swoje cele polityczne, takie jak np. kapitulacja Ukrainy. Niszczenie miast powoduje jednak coś kompletnie przeciwnego, bo potraktowani w ten sposób Ukraińcy, nigdy nie zgodzą się na kapitulację.

Ja myślałem, że Putin chce przede wszystkim blokować miasta, okrążyć armię. Nie sądziłem, że posunie się do zabijania cywilów.

Piotr Kaszuwara: Politycznie więc Putin tę wojnę przegrał?

Nikołaj Karpicki: Tak. I zgodnie z logiką powinien się wycofać i zawrzeć traktat pokojowy. Tak zadziałałaby logika imperialisty. Zgodnie natomiast z logiką nekroimperialisty wojnę trzeba kontynuować. Imperialista walczyłby o wpływy w inny sposób. Nekroimperialista walczy bez celu.

Piotr Kaszuwara: Naprawdę myśli pan, że Putin nie ma celu?

Nikołaj Karpicki: Czy chce, aby Ukraina znalazła się w strefie wpływów Rosji? To już niemożliwe. Zantagonizował ludność, która była prorosyjska. Niszczy miasta, których nie będzie się dało odbudować. To nie ma sensu.

Piotr Kaszuwara: Trudno to zrozumieć. Może chodzić przecież o wpływy w basenie Morza Czarnego, o ukraińską ziemię, o bogactwa naturalne, o historię?

Nikołaj Karpicki: Pan myśli, jak człowiek sprzed 200 lat, a Putin jest nekroimperialistą XXI w. W ten sam sposób myślało wielu innych polityków całego świata. "Możesz negocjować z Putinem, jeśli rozumiesz jego interesy". Dla nekrofila zniszczenie jest cenne samo w sobie.

Dla Putina celem jest nie tylko rozszerzenie wpływów Rosji, ale także uczynienie świata łatwiejszym i bardziej zrozumiałym. Im więcej ludzi umiera, tym prostszy jest świat. To jest idea, której normalny człowiek nie zrozumie. Ja ją rozumiem, bo spędziłem w Rosji całe życie. Przegrani politycznie nekroimperialiści wierzą, że siła, która zmusiła ich do odwrotu, musi zostać zniszczona.

Piotr Kaszuwara: Ale w tej wojnie giną też Rosjanie.

Nikołaj Karpicki: Dla Putina to podwójna korzyść, bo pozbywa się wielu przestępców, ludzi niepotrzebnych społeczeństwu. Wysyła ich na wojnę, tam umierają i nie ma problemu, bo jeśli umrze, to reszta społeczeństwa nie będzie musiała na niego pracować. Wielu żołnierzy pochodzi z miast dotkniętych biedą i bezrobociem. Jest tu zasadnicza różnica. Dla Ukrainy ważne jest życie. Ukraińcy walczą w taki sposób, aby jak najwięcej swoich żołnierzy uratować. I na tym opiera się powolna taktyka ukraińskiej armii. Ponieważ cena życia żołnierza jest ogromna. W Rosji nie tylko uważa się życie żołnierza za bezwartościowe, ale także, że jego śmierć przynosi państwu korzyści.

Piotr Kaszuwara: W ukraińskiej armii walczy wielu ludzi z wyższym wykształceniem, z ogromnym doświadczeniem zawodowym w różnych branżach.

Nikołaj Karpicki: W Rosji tacy ludzie nie idą do wojska. Znajdą sposób, żeby go uniknąć. Na wojnę wysyła się bezrobotnych, pijaków czy przestępców. Bo żona ma już dość, że jej mąż pije, bije ją, znęca się nad dziećmi. Wolałaby, żeby gdzieś zniknął. Z pomocą przychodzi władza i wojna. Na froncie są po prostu wysyłani do ataku. Ukraińskie wojsko strzela do nich, dzięki czemu rosyjskie dowództwo rozpoznaje, skąd strzelają i tam uderza. Taka żywa przynęta. Nikt się nie martwi o zabieranie zwłok. Tak właśnie myślą nekrofile. Widziałem całe serie pocisków latających nad Słowiańskiem. Bezsensownie niszczących cele cywilne.

Piotr Kaszuwara: Można wygrać z takim potworem?

Nikołaj Karpicki: Jest takie ryzyko, że jeśli Ukraina wygra, to Putin wciągnie ukraińską armię na swoje terytorium, aby kontynuować walkę. Wywoła w ten sposób falę nienawiści, mobilizując ludzi do kontynuowania wojny. Nigdy się nie zatrzyma. Nigdy nie będzie momentu, w którym powie: "To wszystko, wygrałem, przegrałem, poddaję się!".

Piotr Kaszuwara: To znaczy, że po Ukrainie mógłby przyjść czas na Polskę, Litwę, Łotwę, Estonię, czy inne kraje zachodnie? Śmierć Putina rozwiązałaby sprawę?

Nikołaj Karpicki: To kwestia nekroimperializmu w ogóle. Wyznaje ją nie tylko Putin, ale cały jego najbliższy krąg, w tym Nikołaj Patruszew, szef FSB. Dlatego musimy znaleźć sposób, żeby zmienić całą Rosję.

Piotr Kaszuwara: Domyślam się, że ma pan taki pomysł i dlatego musiał pan uciec z własnego kraju? Jaka może to być forma protestu?

Nikołaj Karpicki: Manifestacje, protesty są bezużyteczne. Z Rosją nie da się wygrać militarnie, bo jest za duża. Dobrą formą walki jest nacisk ekonomiczny, jaki wybrał Zachód. Trzeba jeszcze jednak do tego dodać zrozumienie, co zwykli Rosjanie mogą zrobić przeciwko reżimowi Putina. Z bronią w ręku nie będą walczyć, ale mogą np. nie płacić podatków. Postawić pewne ultimatum. Albo federalizacja Rosji, albo nie będziemy płacić, bo nie chcemy, żeby w całości szły one do Moskwy.

Ten pomysł musiałaby wesprzeć społeczność międzynarodowa. Rosyjska gospodarka musi się całkowicie załamać, aby nie było za co utrzymywać gigantycznej machiny wojskowej i represyjnej. Kiedy gospodarka zacznie się chwiać, wtedy nadejdzie moment na zaprzestanie płacenia podatków. Szansa byłaby tylko wtedy, gdyby dany gubernator widział dla siebie szansę, że pieniądze zostaną w regionie, a nie powędrują do centrali. Jeśli zrozumie, że sankcje nie zostaną zniesione, dopóki nie przestanie płacić Moskwie. To jest szansa na dekonstrukcję Rosji.

Piotr Kaszuwara: Tylko najpierw musiałby się znaleźć odpowiednio dużo ludzi w Rosji, którzy chcą zmiany. Dziś ze statystyk i z wypowiedzi cytowanych przez różne media wynika, że wielu Rosjan popiera prezydenta i wojnę w Ukrainie.

Nikołaj Karpicki: Ludzie, którzy chcą zmiany, są faktycznie teraz w mniejszości i stanowią około 20 proc. społeczeństwa. Imperialistów jest między 10 a 15 proc. Reszta populacji po prostu patrzy, kto jest przy władzy i dostosowuje się do trendów. Chcą mieć spokojne i stabilne życie. Reszta ich nie obchodzi.

Piotr Kaszuwara: Dlaczego nie wierzą w barbarzyństwo, jakie dokonuje się obecnie w Ukrainie? Wielu Rosjan podważa zdjęcia, filmy, które przesyłają im przyjaciele czy rodzina z Ukrainy.

Nikołaj Karpicki: Niektórzy ludzie wybierają pozycję, która pozwala im przetrwać w obecnych warunkach. Rząd mówi: "Jeśli w to uwierzysz, będziesz żył w spokoju". Dwie trzecie godzi się na taki wariant. Zawsze tak było. Tak było w Związku Radzieckim, ale tak też jest niemal w każdym społeczeństwie na świecie. Dlatego nawet po zwycięstwie Ukrainy, które pewnie nastąpi w przyszłym roku, razem z Zachodem trzeba będzie kontynuować wojnę gospodarczą z Rosją i zaproponować konkretny plan deimperializacji. Konieczne jest, aby zarówno Zachód, jak i Ukraina miały konsensus, czego chcą w wyniku zwycięstwa nad Rosją. Jeśli tak się nie stanie, to wojna nigdy się nie skończy.

Piotr Kaszuwara: Pan dziś rozumie Ukraińców? Wielu z nich uważa, że Rosja okupuje i niszczy ich kraj oraz kulturę przez ostatnie 200 lat. Jako Rosjanin może pan się z tym zgodzić?

Nikołaj Karpicki: Jestem Syberyjczykiem. Na Syberii są Polacy, Ukraińcy, Rosjanie, ludy syberyjskie. Mamy wielokulturowe środowisko. Moja prababcia używała słów rosyjskich, ukraińskich i białoruskich. Dlatego nie możemy być uważani za czystych Rosjan. Czujemy duże pokrewieństwo z Ukrainą. Rozumiem, że Ukraina chce wyzwolić swoje terytorium i pójść ramię w ramię z Polską, Wielką Brytanią i ze Stanami Zjednoczonymi. Ale cały czas podkreślam, że bez deimperializacji Rosji na świecie nigdy nie będzie pokoju.

Piotr Kaszuwara: Czyli idea, że rosyjskie konie będą piły wodę z Atlantyku nie umarła?

Nikołaj Karpicki: Były na to szanse w latach 20. XX w., ale Polska uratowała Europę Cudem nad Wisłą. Gdyby nie to zwycięstwo, to myślę, że Armia Czerwona wkroczyłaby do Berlina. Kto ma Berlin, ten jest właścicielem Europy. Druga taka szansa była, gdyby Związek Radziecki w czasie II wojny światowej pierwszy zaatakował Niemcy, a nie odwrotnie.

Piotr Kaszuwara: A teraz?

Nikołaj Karpicki: To ciekawe, ale być może Putin agresją na Ukrainę zaprzepaścił trzecią szansę. Gdyby dalej korumpował europejskich polityków i poszerzał swoje wpływy, to Zachód nadal by się rozbrajał. Być może i NATO by w końcu upadło. Można było nadal przekupywać polityków, a w konsekwencji nastawić wszystkich przeciwko sobie. Ta strategia miała szansę powodzenia i zagrożenie było realne. Każdy, kto wejdzie w kontakt z tym nekroimperialistycznym systemem, również gnije od środka.

Piotr Kaszuwara: Kiedy jako Rosjanin słyszy pan określenie "raszysta", to co pan czuje?

Nikołaj Karpicki: Kojarzy mi się to oczywiście z nazistami. I w zasadzie są tu podobieństwa i ten termin ma prawo istnieć, ale uważam, że nie jest dokładny. Ponieważ "raszysta" zgodnie z założeniem powinien kierować się ideą "rosyjskiego świata", "ruskiego miru". W rzeczywistości ich to nie obchodzi. Na przykład wszyscy myśleli, że Putin będzie walczył przede wszystkim z ukraińskojęzycznymi mieszkańcami kraju, a on niszczy też rosyjskojęzycznych. Nie ma dla niego znaczenia, jakiej narodowości ludzi zabija. Myślę więc, że nekroimperializm lepiej opisuje rzeczywistość niż "raszyzm".

Piotr Kaszuwara: Wróci pan kiedyś na Syberię?

Nikołaj Karpicki: Po wygranej walce z Putinem tak. Teraz nie ma sensu. Gdybym tam wrócił, nie mógłbym pisać i tworzyć. Zostałbym aresztowany jak inni moi przyjaciele. Ukraina dała mi możliwość realizacji mojej filozoficznej pasji i potrzeby wyrażania myśli. Mogę to robić bez żadnych ograniczeń, a w Rosji byłoby to w zasadzie całkowicie niemożliwe.

Piotr Kaszuwara: Wierzy pan, że jest jakaś nadzieja dla Rosji?

Nikołaj Karpicki: Czy uda się przekształcić nekroimperium w federację? Sądzę, że jest to szansa jeden na dziesięć. Niemniej musimy o tę szansę walczyć. Nie chodzi o moją nadzieję, ale o udział w tej zmianie. Jeśli nic nie robisz, to czujesz się bezsilny i tracisz wiarę we wszystko.

Piotr Kaszuwara: Nie boi się pan? Nie żyje już wielu, którzy sprzeciwili się władzy w Rosji.

Nikołaj Karpicki: Kiedy pan pracuje jako dziennikarz na froncie, też nie myśli pan o tym, że wokoło latają pociski. Tego typu strach tylko by mnie paraliżował. Kiedy robi się coś ważnego, nie ma czasu myśleć o niebezpieczeństwie. Gorzej bym się czuł, gdybym nic nie robił.

Piotr Kaszuwara: Co będzie jutro?

Nikołaj Karpicki: Jutro będę pisał i przybliżał zwycięstwo nad nekroimperializmem.


*Nikołaj Karpicki to rosyjski filozof, antropolog i artysta poszukiwany przez FSB. Ukrywa się w niewielkim domku w okolicach Słowiańska w Ukrainie, bo od 2015 r. protestował otwarcie przeciwko wojnie w Ukrainie. Wcześniej publicznie krytykował także wojnę m.in. w Czeczenii czy w Syrii. Przez swoje poglądy stał się jednym z wrogów Władimira Putina. Musiał zostawić ukochaną Syberię i osiedlił się w Donbasie. Nie opuścił nowego domu, gdy 24 lutego jego kraj napadł na Ukrainę. Mieszka i tworzy pod nosem okupantów, codziennie obserwując zniszczenie, jakie za sobą zostawiają.

Piotr Kaszuwara. Przerażające odkrycia w wyzwolonej Bałakliji. Dotarliśmy do rosyjskich katowni


Bałaklija w obwodzie charkowskim to pierwsze miasto wyzwolone przez armię ukraińską na początku września. Powoli wychodzą na jaw zbrodnie, jakich dopuścili się tam Rosjanie w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. W Bałakliji odkryto dotychczas trzy katownie, gdzie przetrzymywano, torturowano i zabijano ludzi. Żołnierzy i cywili. Dotarliśmy na miejsce jako jedni z pierwszych.


— Wielu mieszkańców Bałakliji dobrze wiedziało, co dzieje się w piwnicach okupowanego przez Rosjan posterunku policji w samym centrum miasta. Budynek znajduje się naprzeciwko rady miejskiej, z której na początku wojny do Rosji uciekł mer miasta, oskarżony o kolaborację — mówi nam pracujący na tym terenie ochroniarz.


— Bardzo dużo ludzi przeszło przez te pomieszczenia. Niektórzy nie przeżyli tortur. Przepadli nie wiadomo gdzie. Zatrzymywali ludzi za różne przewinienia. Ktoś walczył w ukraińskiej armii, ktoś brał udział w operacji antyterrorystycznej, jeszcze kogoś innego jakiś rodzic był w armii. I tak brali różnych ludzi, ale nie wiem dokładnie, kim byli i za co tu siedzieli. Byłem tylko ochroniarzem. Pilnowałem terenu w nocy — wyjaśnia.

W Bałakliji przed wojną mieszkało około 27 tys. osób. Zdecydowana większość wyjechała z miasta, jak mówili mi żołnierze, którzy wyzwalali miasto kilkanaście dni temu. — Trudno było tu żyć, bo zamknięte były niemal wszystkie sklepy, nie było wody, prądu czy gazu. Pod rosyjską okupacją nie można było swobodnie się przemieszczać, bo w okolicy Rosjanie rozkładali pola minowe — opowiada pan Anatolij.

— Rosjanie przyjeżdżali, wyjeżdżali, głównie siedzieli w lesie. Mieli punkty kontrolne, ale w te okolice nas nie wpuszczali. Tu była ich baza, tu trzymali czołgi, technikę wojskową. Jak przyszli nasi, to w większości pouciekali. U nas w wiosce nie było ich za dużo i mnie się akurat nie czepiali, ale wiem, że czasem aresztowali ludzi. Za co? Może za to, że stawiali się im, że byli przeciwko okupacji? Nie wiem — dodaje.


Ulice Bałakliji są wciąż jeszcze pełne zniszczonych, ciężkich pojazdów wojennych. W wielu miejscach od eksplozji zerwany jest asfalt, mosty. Trudno przejechać samochodem, bo można wpaść w kilkumetrowy lej po bombie. W pobliskiej wiosce zbombardowana została szkoła i kilka okolicznych domów, mówi nam Jurij, który niedługo, 21 września ma urodziny. W prezencie dostaje od nas sporo jedzenia, śpiwór na zimę i latarkę czołówkę.

— Przez okno, w nocy wpadł mi taki odłamek do domu i rozwalił szybę, miskę i kawałek ściany. To była bomba kasetowa, bo znalazłem dużo takich szpilek, kuleczek. Ścięło mi jabłonkę. Jak tylko usłyszałem wybuch, to wybiegłem z domu i schowałem się w takiej jamie, którą sobie wcześniej sam wykopałem, na wszelki wypadek, bo jak się leży nisko, to odłamki nie trafią w człowieka. Tak się nauczyłem — opowiada.


Nie znamy nadal dokładnej liczby ofiar wojny w Bałakliji. Wielu mieszkańców przyznaje, że bardzo dużo ludzi było w mieście i zaginęli. Nie wiadomo, co się z nimi stało, bo nie ma informacji, aby wyjechali.

— Obok stoi samochód, w którym zginęła cała rodzina. Rosjanie ich rozstrzelali. Niedaleko autobus, który miał ewakuować ludzi, także zbombardowany. Z moich bliskich nikt nie zginął, ale wiem, że wiele osób aresztowano i brano do piwnic. Tam ich bili, katowali, część wypuszczali, a część nigdy nie wróciła. Nie wiadomo do dziś, co się z nimi stało.


Na razie do Bałakliji nie są wpuszczani żadni postronni ludzie. Miasto jest rozminowywane przez saperów, a na miejscu działają prokuratorzy, którzy dokładnie zabezpieczają miejsca kaźni. Dotychczas znaleziono w nich kilka ukraińskich mundurów, niewielkie agregaty, które mogły służyć do rażenia prądem zatrzymanych, zakrwawiony sekator, wiele kabli, a także pozostawione w pośpiechu części rosyjskiego umundurowania.

Duży cmentarz, a także masowe groby znaleziono dotychczas w pobliskim Iziumie. W Kupiańsku wciąż trwają walki, a w położonym na północy Wowczańsku odkryto pozostałości obozu koncentracyjnego, w którym mieli przebywać m.in. obcokrajowcy.




wtorek, 13 września 2022

Piotr Kaszuwara (po polsku) i Bradley Woody (po angielsku) rozmawiają z Mikołajem Karpickim: Razem jesteśmy silni. Słowiańsk, 10 września 2022 r.


Wrazenia z Ukrainy polskiego i angielskiego dziennikarzy. Damy radę, jeśtesmy razem!

W tym filmie dziennikarze z Polski i Wielkiej Brytanii dzielą się wrażeniami z tego, co zobaczyli w Donbasie podczas wojny ukraińsko-rosyjskiej. Czy to, co zobaczyli w Słowiańsku, zbiega się z obeazami wojny, które mieli?