piątek, 21 sierpnia 2026

Piotr Kaszuwara. „Obyśmy zdążyli z operacją przed nalotem”. Tak żyje Kijów. Dziennik korespondenta wojennego, 16.08.2026

 

Wydaje się, że kolejne zdjęcia, dane, statystyki, komunikaty wojskowe, prośby i groźby polityków, emocjonalne słowa, starannie dobrane przymiotniki, metafory, ani nawet całe godziny telewizyjnych relacji nie są już w stanie opowiadać o wojnie w Ukrainie. Dlatego my – dziennikarze, którzy widzimy ją na co dzień, w momencie, gdy konflikt wszedł w zupełnie nową, być może kluczową fazę – dotarliśmy do ślepego zaułka. Stąd pomysł na dziennik korespondenta wojennego. Na próbę położenia suchych informacji medialnych obok zwykłego, ludzkiego doświadczenia.

Mechnizmy raniące duszę

Często, zwłaszcza od 2025 roku, zdarza się, że każdy nasz komentarz, reportaż czy nawet wejście na żywo z konkretnego miejsca tragedii jest w stanie w sieci podważyć tysiące anonimowych komentatorów, powtarzających jak mantrę propagandowe hasła: „Ciągle pokazujecie nam ten sam blok”, „Dlaczego nie pójdziecie do dyskoteki?”, „Co tam robi czerwono-czarna flaga?”, „Wczoraj inny dziennikarz pokazywał, że tam wcale nie ma wojny”, „Jesteście nieobiektywni, kłamiecie”, „Nic nas to nie interesuje”.

To słowa, wbrew pozorom, napełnione wielkimi emocjami. Takimi, które są w stanie zapaść głęboko w duszę i zasiać wątpliwości. Te z kolei ukorzeniają się w nas, jako odbiorcach, i niezauważenie kiełkują. Dniami, tygodniami, miesiącami, latami. Aż wreszcie znajdują sytuację, do której dana emocja zaczyna pasować.

I wówczas następuje krach.

Odkrywa się kwiat zasianej propagandy i zaczynamy myśleć: „Oni mieli rację. Tam jest ta flaga, jest ta restauracja, może widziałem już ten budynek?”.

To mechanizm, który dezinformacja poznała już dawno. „Kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą”, zwłaszcza gdy dociera do nas z różnych, niby niezależnych i niepowiązanych, a czasem wręcz ułudnie skłóconych ze sobą źródeł.

Z mojego dziennikarskiego doświadczenia wynika, że jedyne, co jest w stanie obronić rzeczywistość przed propagandową fantasmagorią, to subiektywne fakty. Nie da się bowiem podważyć doświadczenia konkretnego człowieka. Nie da się zetrzeć z jego oczu i pamięci tego, co widział i słyszał.

Dziennik korespondenta wojennego. Rozchorowałem się od stresu

Od tygodnia ciężko mi było spać. Długo nie mogłem zasnąć. Kręciłem się w nocy. To otwierałem okno, to włączałem klimatyzację. Raz było mi duszno, raz chłodno. Serce biło w nienaturalny sposób. To chyba dlatego, że przez parę dni nie było nalotów na Kijów. Organizm przyzwyczaił się do stresu i oczekiwania.

Odpocząć można dopiero po wyjściu z metra, po tym, jak wreszcie wynurzymy się z objęć dwóch ścian, czy wyjdziemy z łazienki. Uspokajamy się dopiero wtedy, gdy w oddali słyszymy pierwsze wybuchy. Mózg podpowiada wtedy: „Możesz spać, dziś nie ty jesteś celem”.

Za każdym razem oczywiście łapiemy się później na wyrzutach sumienia, że przecież ktoś inny faktycznie był. Ale instynkt przetrwania jest w tym wypadku zwierzęcy. Ja żyję. Ten świat się nie skończył.

Życie w chronicznym stresie sprawia, że w końcu zaczynamy chorować. Prędzej czy później. I tak po kilku dniach bez bombardowań i ja zacząłem się słabo czuć. W telewizji wyszedłem na żywo, ale tego dnia starałem się nie jeździć daleko po mieście, bo kręciło mi się w głowie i nie mogłem zebrać myśli. Po każdym łączeniu zalegałem na łóżku, ochładzałem płonące czoło. Zamykałem na chwilę oczy.

Po kilku godzinach poinformowałem jednak producenta w Warszawie, że po 16.00 nie dam już rady relacjonować wydarzeń, bo jestem dziwnie zmęczony i chyba muszę pojechać do lekarza. Dostałem jeszcze prośbę, aby opowiedzieć o udaremnionym przez polskie służby zamachu na ukraińskiego rapera, ale akurat o tej samej godzinie miałem konsultację, musiałem więc odmówić. Wydawcy nie lubią takich sytuacji, bo robi się dziura w programie.

Ale cóż. Bywa. Każdy ma swoje zadanie do wykonania. Działa inny instynkt. „Nie widzisz, co się dzieje w duszy drugiego człowieka. Ale to, co się dzieje w twojej własnej duszy, powinno ci wystarczyć” – pisał Marek Aureliusz w Rozmyślaniach.

Do szpitala na operację. Czy tam jest bezpiecznie?

O 16.45 byłem już w jednej z kijowskich przychodni. Zapisałem się akurat do lekarza, który przyjmuje na Światoszynie. Po drodze mijałem więc zwalone budynki, ostrzelane magazyny, bloki bez okien. To jedna z dzielnic Kijowa, gdzie zniszczeń jest najwięcej. Rosjanie często uderzają właśnie tam, a my z Żorą, moim ukraińskim operatorem z TVP, jeździmy później relacjonować, co się stało. Dobrze więc znam te uliczki, bo nader często tu bywamy. Droga wiedzie między innymi przez okolice zwęglonej stacji metra Łukianiwka, a także obok bloku, w którym we własnych mieszkaniach spłonęło kilka osób.

Lekarz po krótkim badaniu stwierdził, że wypisuje mi skierowanie do szpitala na operację. Na dziś. O tym, żeby jechać do Polski, nawet nie ma mowy. Każda doba zwłoki może pociągnąć za sobą komplikacje. – Sam pan widział, że ból jest ogromny. Prawie pan przez okno wyskoczył, jak tylko dotknąłem. Mógłbym mocniej, ale nie jest pan Rosjaninem, to nie chciałem pana męczyć. Potrzebna będzie pełna narkoza, niech pan ma świadomość – wyjaśnia.

– Gdzie jest ten szpital? – pytam.

– Niedaleko lotniska Żuliany – odpowiada medyk i spogląda na mnie spod okularów. – Ale proszę się nie bać. Tam wokół są takie wysokie budynki, szpital dzięki nim jest dobrze osłonięty. Jak coś spadnie, to najpierw zatrzyma się na blokach. W samym szpitalu też jest porządny schron. No chyba że będzie balistyka, to wtedy i tak panu nic nie pomoże – przyznaje lekkim tonem.

W końcu w Ukrainie o takich sprawach rozmawia się przy śniadaniu, w sklepie, w pracy, na placach zabaw, w barach czy restauracjach.

Zbieram rzeczy i o 18.00 jestem już w szpitalu.

Szybkie badania krwi wykazują, że mam lekko podwyższone neutrofile, a limfocyty z kolei nieznacznie obniżone. Ich wartości bezwzględne są w porządku, a więc medyk na podstawie takiego obrazu morfologii dochodzi do wniosku, że przeżywam ból, stres i najprawdopodobniej mam stan zapalny lub infekcję. Wszystko się zgadza.

Proszę o założenie mi wenflonu. – Jak kiedyś byłem ranny pod Kramatorskiem i spędziłem kilka dni w tamtejszym szpitalu, to każdego dnia robili mi nowe wkłucie. Od tego momentu, kiedy wiem, że mam być dłużej w szpitalu, zawsze proszę o wenflon. Pamiętam, jak nie miałem wtedy miejsca bez siniaka – wyjaśniam.

– W tych frontowych szpitalach po prostu oszczędzają wenflony, żeby wystarczyło dla ciężkich pacjentów – dopowiada siostra, jakby chcąc usprawiedliwić pracę kolegów. Sama, jak się okazuje, jest z Mikołajówki, miasta pod Słowiańskiem w obwodzie donieckim, gdzie dziś przechodzi front. Wymieniamy się wspomnieniami z jej rodzinnej miejscowości, bo często jeździłem tam z Fundacją UA Future, by dostarczać pozostałym mieszkańcom pomoc humanitarną. Okazuje się, że pewnego razu byłem nawet pod jej blokiem.

Niedługo później docieram do sali na jednym ze środkowych pięter budynku. Wyższe piętra są raczej puste, bo tam jest największe zagrożenie w razie bombardowania. Pacjentów lokuje się więc niżej, aby zwiększyć ich szanse na przeżycie. Pojawia się uśmiechnięta pielęgniarka i od razu zaczyna tłumaczyć:

– Tu pan ma łazienkę, tu szafa, w niej szlafrok, ręczniki, jednorazowe kapcie. Łóżko, a przy nim taki pilot. Zielonych pan nie używa, bo i tak nie działają, ale jakby się pan źle poczuł, to naciska pan czerwony przycisk i wtedy ktoś z obsługi przyjdzie. Podobnie w wypadku alarmu przeciwlotniczego. Jeśli będzie pan chciał zejść do schronu, to proszę nacisnąć czerwony przycisk. Ostrzegają, że dziś w nocy może być atak – dodaje.

– Wspaniale. Myśli pani, że zdążymy z operacją przed nalotem? A może nic nie będzie? Teraz w Ukrainie to wszyscy są bukmacherami albo wróżbitami – dodaję żartobliwie.

– Wybuchy zazwyczaj zaczynają się między północą a pierwszą w nocy. Pana operacja zajmie nie więcej niż dwie godziny, w razie komplikacji, więc jeszcze skończymy przed godziną policyjną – uspokaja mnie salowa.

Rzeczywiście. Komplikacji nie było. Operacja poszła zgodnie z planem. Przed nią stoczyłem jeszcze dość długą rozmowę z anestezjologiem na temat trudnych relacji polsko-ukraińskich. Starałem się wyjaśnić, że nie każdy Polak bije i wyzywa Ukraińców. W końcu od niego zależało, czy się obudzę – pomyślałem, żartując sam z siebie, że w ogóle przyszło mi to do głowy. – A pana ktoś, kiedyś w Ukrainie obraził? – pyta. Odpowiadam szczerze po chwili zastanowienia, że nie. Choć kiedyś prezydent Wołodymyr Zełenski częściej zapraszał TVP na konferencje prasowe, a po tym, jak Karol Nawrocki zabrał mu order, to jakoś przestał.

Przed snem lekarz powiedział do mnie „do widzenia”. To chyba było dobrą wróżbą, bo jego twarz również przywitała mnie po zabiegu. Jak to po narkozie, wygadywałem jakieś głupoty. Zapraszałem całą załogę na drinka to baru mojej polskiej koleżanki Asi, niedaleko cerkwi Michała Archanioła w Kijowie. Śmiali się, że reklamuję, bo jesteśmy z tego samego kraju. Przekonywałem, że Sao Miguel naprawdę serwują najlepszą pizzę w mieście i genialny koktajl Brasilian Long Island. I to bez względu na narodowość.

Zamiast do baru, przewieziono mnie jednak do mojej sali. Zadzwoniłem do bliskich, powiedziałem, że wszystko w porządku i zasnąłem. W nocy włączył się alarm ostrzegający o nalocie. Przebudziłem się w tej dziwacznej, ponarkozowej malignie i nie wiedziałem, czy mi się to wszystko śni, czy nie. Może faktycznie byłem w Sao Miguel i za dużo tych Long Island było. Na wszelki wypadek jednak sprawdziłem w telefonie, co się dzieje.

Kanały w Telegramie pisały, że nadlatuje kilka dronów odrzutowych. Nic więc – pomyślałem. Jak byłaby balistyka, to co innego. Trzy drony jakoś przeżyjemy. Wyciszyłem więc powiadomienia, aby więcej syreny mnie nie budziły, a pilot z czerwonym przyciskiem odłożyłem na bok i poszedłem spać.

W domu będzie bezpieczniej niż w szpitalu

Rano obudził mnie komunikat ze szpitalnych głośników: „Każdego dnia o godzinie 9.00 rano szanujemy pamięć poległych za obronę naszej ojczyzny. Zatrzymajcie się, pomyślcie o nich. Zaczyna się narodowa minuta milczenia. Tik-tak, tik-tak, tik-tak”.

Po tym ogólnokrajowym rytuale przywieziono mi śniadanie, które nie przypominało niczego smacznego i takim też się okazało. Przyszli lekarze na poranny obchód. Oznajmili, że wszystko ze mną w porządku i jeśli chcę, będę mógł dziś po południu jechać do domu.

– Może pan zostać oczywiście, ale w nocy być może będzie nalot, a pana stan zdrowia nie przeszkadza w tym, żeby mógł pan być poza szpitalem. Tak chyba będzie bezpieczniej – zasugerował doktor, prosząc, abym tylko kolejnego dnia przyjechał na kontrolę i dzwonił, gdyby cokolwiek się działo.

Wróciłem więc do mieszkania. Zabrałem recepty i listę produktów spożywczych, które powinienem teraz jeść, i poszedłem do pobliskiego centrum handlowego. Na wysokich schodach często siedzi młodzież i dyskutuje o różnych ważnych dla siebie sprawach. W ucho przypadkiem wpada mi rozmowa.

„…i te dwie Polki zaczęły bić tych Ukraińców na ulicy po prostu, bo ci po ukraińsku między sobą rozmawiali!” – relacjonuje filmik z sieci nastolatek swojej koleżance. „To co, tam w Polsce lepiej po rosyjsku rozmawiać?” – dopytuje dziewczyna. „Polakom wszystko jedno. Oni nie rozróżniają. Biją i nas, i ich”. Zrobiło mi się smutno.

W aptece większości leków, które mi przepisano, nie ma, bo niedawno Rosjanie zbombardowali składy z medycyną, więc są braki. Dostaję jakieś zamienniki o podobnym składzie, ale też nie wszystkie, tylko tyle, ile było. Będę musiał poszukać. Może w innej aptece w mieście będzie jeszcze parę sztuk.

W supermarkecie kupuję ostatnie opakowanie brytyjskiej owsianki, bo półki też są mocno przerzedzone. Kilka dni temu rakiety zniszczyły największe magazyny z żywnością pod Kijowem, więc nie wszystko jest dostępne, a towary pierwszej potrzeby się rozeszły. Na tydzień wystarczy. Może w innym sklepie znajdę jeszcze jedno opakowanie.

Nadchodzi wieczór, więc robię pranie, pakuję plecak pierwszej potrzeby, zbieram dokumenty, sprzęt dziennikarski, dyski z danymi Fundacji, zdjęciami, filmami i tekstami. Całe swoje dziennikarskie archiwum pakuję w torbę, bo to najcenniejsze, co mam.

Są już komunikaty, że w nocy będzie ostrzał. Dobrze więc chyba, że nie zostałem w szpitalu. Strzeżonego Pan Bóg strzeże, jak to mówią.

Metro mam niedaleko, ale z takim bólem i tak pewnie nie zdążę tam dojść, jeśli włączy się alarm. Wybieram więc najbezpieczniejszy do spania pokój. W salonie lepiej, bo sypialnię mam tuż przy przedniej elewacji budynku, a więc tylko jedna ściana i balkonowe okno. Decyduję się spać na kanapie.

Dziennik korespondenta wojennego: Atak na Kijów

W nocy, około pierwszej, uruchamiają się syreny alarmowe. Ostrzeżenie o nalocie trwa trzy minuty. Zanim dobiega końca, już słyszę potężne eksplozje. Bach, bach, bach, bach, bach, bach.

Staram się liczyć, ale gubię rachunek w nocnej malignie. Balistyka musiała nadlecieć jedna za drugą. Pewnie gdzieś niedaleko, bo huk był głośny. Może Łukianiwka albo okolice. Dźwięk zazwyczaj niesie się w moje okolice po prostopadłych, szerokich ulicach Kijowa.

Po rakietach przychodzą informacje o nadlatujących dronach odrzutowych. Publikuję post w mediach społecznościowych: „Seria wybuchów w Kijowie. Syreny nie zdążyły się jeszcze wyłączyć, a już przyleciała balistyka. W tym samym momencie: lewy brzeg, Łukianiwka oraz Wysznewe, Bojarka, Obuchiw”.

I dochodzę do wniosku, że idę spać. Niech się dzieje wola nieba. Jestem tak zmęczony i obolały, że jest mi wszystko jedno. Widać, że celują gdzie indziej.

Budzę się rano. Znów od syreny. Nadlatują kolejne drony. Za oknem już słyszę, jak obrona przeciwlotnicza próbuje je zestrzelić.

Sprawdzam telefon. W nocy Rosjanie trafili między innymi w największy stołeczny rynek z książkami i pchli targ. W pobliżu jest duży most łączący prawy i lewy brzeg rzeki, a także stacja kolejowa.

Może celowali w coś innego i nie trafili, a spłonęła cała literatura. Kto mnie zna, ten wie, że kocham książki, więc te informacje przyjmuję z wielką przykrością.

Jest jakaś 6.00 rano, więc zasypiam jeszcze na parę godzin, z tymi wybuchami w tle. Około 9.00 ponownie budzi mnie alarm przeciwlotniczy. Sprawdzam Telegram. Drony.

Wstaję. Myję zęby, zmieniam opatrunek. Idę do kuchni i nastawiam mleko z owsianką. Dodaję łyżkę miodu do smaku. Palę papierosa na balkonie. Słyszę dwie eksplozje. Chyba strącili drona. Lecą jeszcze trzy. Wykipiało mi mleko, ale śniadanie zjem.

Robię zdjęcie owsianki i wysyłam w odpowiedzi do kolegi na froncie. Jest teraz gdzieś pod Słowiańskiem, na Donbasie, ale od rana pyta, jak się czuję po operacji. Kiedy widzi zdjęcie, przestrzega: „Uważaj, bo nie masz już trzech lat. Mleko się ciężko trawi. Lepiej gotuj na wodzie”.

Kiedy kończę pisać ten tekst, nie ma jeszcze południa, a znów słychać syreny alarmowe.